poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Szafki nocne

Znalazłam niedawno dwie szafki nocne, idealne do pokoju Moniki i Izabelki. Jedyny mankament jaki miały to to, że pokryte były dwoma warstwami różnych farb: beżową i brudnym pomarańczem, spod których miejscami wyglądał biały. Stwierdziłam, że chyba dam radę jakoś to odnowić.

Zaczęłam mozolne zdejmowanie kolejnych warstw farby:


Muszę przyznać, że specyfik do tego stworzony, znacznie ułatwił mi sprawę. Nakładałam żel chyba dwa razy na każdą powierzchnię i farba puchła...



...po czym schodziła pięknie i odkrywała kolejną warstwę:



...aż dotarłam do początków:



Pozostało tylko wyszlifować resztki papierem ściernym, poprawić rowki, wygładzić i umyć z kurzu i brudu przez malowaniem.


Wierzch jednej z szafek nie wyglądał pięknie. Pewnie zalany został wodą, bo był spuchnięty i lekko popękany. Po zdjęciu farby pozostawało szlifowanie i wyrównywanie powierzchni.




Uchwyty, podobnie jak szafki, pomalowane były różnymi kolorami, w dodatku niedokładnie. I znowu z pomocą przyszedł mi żel:


Widać, jak spod farby wyłaniają się różyczki. Kiedy już wyczyściłam uchwyty, okazało się, że zrobione są z porcelany. Nie wiem, czy takie były oryginalnie, czy ktoś je dokupił. W każdym razie w pierwszej wersji podobają mi się znacznie bardziej, niż w tej "uszlachetnionej" malowaniem.

I oto po trzech dniach pracy(między obiadem, wożeniem do szkoły i ze szkoły, i innymi codziennymi czynnościami) wyłonił sie prawie surowy produkt, w liczbie sztuk dwóch, gotowy do dalszej obróbki:



Za kilka dni, mam nadzieję, pokażę efekt końcowy.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Okulary



Monika odebrała w koncu okulary. Piszę w końcu, bo trochę czasu upłynęło od wystawienie recepty, do momentu odebrania gotowych szkieł.
Przede wszystkim wybraliśmy optyka, który daje od razu dwie pary, poza tym uwzględnia zniżki dla małych dzieci.
Nie było łatwe ani wybranie ramek(ostatecznie padło na niebieskie i różowe), ani ich przymierzanie, bo w głowie Moniki zalęgła się myśl, że wygląda głupio i dzieci będą się z niej śmiać. Płakała podczas przymiarek, i zdecydowanie zaprotestowała, kiedy nadszedł czas noszenia. Na szczęście, dzięki namowom, dzieki temu, że Artur zawsze miał okulary, a ja od niedawna znowu zaczęłam nosić swoje, w końcu dała się przekonać.




Pierwszy dzień w szkole, z okularami na nosie, był najtrudniejszy. Już na podwórku Monika ściągnęła je i powiedziała, że nie założy. W końcu, zapłakana, stanęła na swojej linii z okularami na nosie. Musiałam cały czas mieć ją na oku, żeby nie próbowała jakiś sztuczek.



Z pomocą, zupełnie nieoczekiwaną, przyszła koleżanka z klasy - Sara. Podeszła do Moniki, zobaczyła okulary i z zachwytem oznajmiła, że Monika wygląda ślicznie. To nieco pomogło. Za chwilę ta sama Sara podeszła do mnie i powiedziała, że Monika teraz wygląda tak dorośle i elegancko, i że jej okulary są piękne.



Możecie mi wierzyć, poczułam ulgę, że przynajmniej jedno dziecko wyraziło autentyczny zachwyt, który znacznie poprawił nastawienie Moniki do nowego "naocznego sprzętu". 

Potem rozmawiałam z mamą Sary i opowiedziałam o całym zdarzeniu. Ucieszyła się, że ma takie mądre dziecko, a jednocześnie powiedziała, że zawsze uczy swoje córki, aby jeśli mają powiedzieć coś przykrego, zatrzymały to dla siebie, a komentowały wtedy, kiedy mogą powiedzieć coś miłego, dobrego. Nie o to przecież chodzi, by kogoś pognębić, prawda?




Teraz o czym innym. 


Dziś zaliczyłam 21 dzień ćwiczeń z Ewą Chodakowską. Czuję się dobrze, zmęczenie oczywiście ogromne, po każdym treningu, ale o to chodzi. Wyciskam litry potu, a z nim toksyny. Mięśnie bolą tylko podczas ćwiczeń, potem już nie odczuwam niczego. Oddech wyrównuje mi się wkrótce po zakończeniu treningu. Zdecydowanie wzmocniłam mięśnie ramion, podnoszę się na rękach bez trudu, wytrzymuję pozycję deski bez tego drżenia i odliczania sekund, które rozciągały się jak wieczność. Oby tak dalej.



Kolejna rzecz: samochód.

Chyba powoli dobijamy do celu, czyli zakupu konkretnego auta. Ciężko było, choć na rynku samochodów cała masa. Z tym, że jeśli już szuka się trochę nowszych, to wybór nie poraża. Ogłoszenia śledziłam już od grudnia, od momentu, kiedy zaczęliśmy myśleć, że w przyszłości będziemy zmieniac moje renault na coś nowszego. Potem, wiadomo, plany się załamały, ze względu na nieoczekiwane nawalenie skrzyni biegów. 
Przez jakiś czas kusiły nas auta z Irlandii Północnej, bo ceny były niezwykle atrakcyjne, nawet po opłaceniu VRT, czyli cła. Zrezygnowaliśmy jednak z tej opcji. W Irlandii - tej naszej - też raczej wybieraliśmy bliższe, niż dalsze okolice i patrzyliśmy tylko na oferty dealerów. Doświadczenie nauczyło nas, że lepiej jest dopłacić troszkę i mieć gwarancję. 
Od dwóch tygodni mam zawalone prace domowe, bo każda wolna chwila wypełniona była odwiedzinami kolejnych dealerów. W  tamtym tygodniu wytypowałam 5 samochodów do obejrzenia. W trakcie, zrezygnowaliśmy z dwóch - nie były warte naszego czasu, trzeci okazał się nie być na miejscu(nie dzwoniliśmy do dealera wcześniej, wpadaliśmy niespodziewanie, z ulicy i albo miał, to co chcieliśmy obejrzeć, albo nie). Artur przetestował dwa samochody: skrajnie różne, jeśli idzie o markę. Z bólem serca zdecydował się na auto, które podpowiadał mu rozsądek; zadzwonił następnego dnia, a ono właśnie się "sprzedawało". Wypadło więc na to drugie - do którego coś go ciągnęło. Nie wpłaciliśmy zaliczki. Jeśli ktoś podkupi, będzie znaczyło, że nie było dla nas.
Moglibyśmy oczywiście szukać dalej, ale zrezygnowaliśmy. Nie warto zarywać kolejnych dni, palić kolejnych litrów benzyny. To, co znaleźliśmy, w pełni nas satysfakcjonuje i mam nadzieję, posłuży przez 3-4 lata, jeśli tylko sfinalizujemy zakup w przyszłym tygodniu.
Decyzję podjął Artur. Ma on jakąś intuicję w wybieraniu samochodów. Tym razem też liczę na to, że wybrał dobrze:)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Filiżankowo


Ci, co znają mnie dłużej wiedzą, że jestem miłośniczką filiżanek. Jednak dopiero niedawno Auntivory oświeciła mnie, że są filiżanki do herbaty i kawy. Dla mnie było to wszystko jedno, i szczerze powiedziawszy, nadal za bardzo tym sie przejmować nie będę, ale zawsze dobrze jest się dowiedzieć czegoś nowego.

Dziś prezentuję dwie skorupki z mojej, może niezbyt wielkiej, a tym bardziej cennej, ale za to ulubionej, kolekcji:



 Zazwyczaj mam tylko jedną sztukę, ale na tym polega moje zbieranie filiżanek. W tej chwili już cięzko mi cokolwiek upolować, bo przebieram, wybieram i kręcę nosem.





Druga filiżanka jest jakby z innego świata, bo i kształt i kolory...



Obie ostatnio należą do moich ulubionych naczyń, które krążą między stołem, zlewem, suszarką, a swoimi wieszaczkami.



niedziela, 21 kwietnia 2013

Nasza trzecia trzylatka



Mam na myśli Izabelkę.

Wczoraj skończyła 3 lata. Czekaliśmy na tatę, żeby zrobić urodziny, ale wrócił późno, więc niestety, impreza odbyła się bez jego obecności.



Tort był spory, czekoladowo-śmietanowy. Już dzień wcześniej Izabelka zobaczyła, jak go robię, a w zasadzie wykańczam, krzyknęła: to mój tolt? jeśt piękny! mamo, dziękuję. - zaskoczyła mnie takim spontanicznym zachwytem. Ciasto nie było wyczesane, ale dla niej niezwykłe, bo jej własne.





Uroczystość pidżamowa, kolejny już raz. Tylko solenizantka była w pięknej sukience.




Robienie zdjęcia z siostrami odbyło się nawet bez narzekań i płaczów: nie chcię!



A potem potrzebna była pomoc tych sióstr, żeby zdmuchnąć trzy świeczki. Sama Iza nijak nie mogła sobie z tym poradzić.



I oczekiwanie na kawałek tortu...



...konsumpcja, dość szybka i sprawna, ale w końcu ma się te trzy lata, prawda?



I zdjęcia starszych pociech w tym radosnym dniu:




Obie jakoś wyjątkowo pozytywnie nastawione do aparatu, więc i spokojnie się wszystko zakończyło. Nie tak, jak to niekiedy bywa: płacz, łzy i ucieczka, bo ja nie chcę zdjęcia.




Izabela wybrała sobie prezent w piątek, kiedy pojechałyśmy do miasta. Stanęła przy regale z ciastoliną i nie odeszła, póki nie dzierżyła w dłoni całego pakietu. Ja dołożyłam jej jeszcze dwa i tak dziecko, niezmiernie szczęśliwe, już w piątek rozpoczęło zabawę. Uciechy co niemiara! Radość wielka, wyobraźnie pracuje, a i siostry dołączyły do tej ogólnej masakry.

sobota, 20 kwietnia 2013

A życie pędzi, pędzi...



Dni po prostu uciekają! Zwłaszcza teraz, kiedy każdy ranek to ćwiczenia, prysznic i już trzeba myśleć o obiedzie, zakupach, ewentualnie załatwiać inne sprawy.

Ćwiczenia idą dobrze. Nie powiem, żeby po tych 12 czy 13 dniach(już nie wiem ile minęło)  było widać jakieś oszałamiające efekty, chociaż Artur twierdzi, że na brzuchu zaczyna mi się zarysowywać wyraźna linia mięśni. Ja aż tak tego nie widzę, ale nie powiem, coś tam czuję pod ręką. Cieszę się ogromnie, bo może dzięki tym regularnym ćwiczeniom, wchłonie mi się troche skóra po tych wszystkich ciążach, bo schudnąć to jedno, a doprowadzić skórę do porządku, to drugie. U mnie tak łatwo się ona nie poddaje.
Teraz, po każdym treningu, regularnie masuję brzuch dość ostrą gąbką, bądź ścieram mydłem kawowym domowej roboty. Efektów wielkich też jeszcze nie ma, ale trudno oczekiwać cudu.
Z tym mydłem kawowym wiąże się mała historyjka. Otóż starłam na tarce zwykłe mydełko, dodałam fusy kawy, skrzętnie zbierane przez dwa dni(to było w czasch, kiedy jeszcze piłam kawę) i podgrzałam w kąpieli wodnej. Wszystko ładnie się połączyło, mimo że na początku ogarnęły mnie wątpliwości. Pięknie rozpuszczoną masę włożyłam do foremki po ciastkach i zostawiłam do ostygnięcia. Artur wrócił z pracy i zobaczył.... upieczony makowiec, który chciał pokroić i zjeść. Zapach go odstraszył:) Zastygnięte mydło, faktycznie wyglądało jak makowiec, który piekę, trudno więc winić wygłodniałego małżonka, że się pomylił.

Co jeszcze...

Pojechaliśmy któregoś dnia w poszukiwaniu auta. Nalegałam, żebyśmy zobaczyli samochody w realu, a nie tylko na zdjęciach. Chciałam przymierzyć trzy dziecięce siedziska z tyłu auta, bo oczywiście każdy dealer twierdzi, że na pewno się zmieszczą, a w praktyce wygląda to inaczej.
Pojechaliśmy więc  i na moją prośbę, dealer podstawił mi renault scenic; miałam jakieś takie wyobrażenie, że to spore auto. Tak, spore, ale jeśli jest 7-siedzeniowe, a tymczasem ja zobaczyłam 5-siedzeniówkę. Od razu powiedziałam mu, że już mnie nie interesuje:) Wtedy zaproponował jeep'a - toyotę rav4, na co dostał odpowiedź, że absolutnie nie i koniec, bo ja szukam kombi i tylko kombi! Nakłonił mnie jednak do obejrzenia, wypróbowania, nawet zaproponował przymierzenie dziecięcych fotelików(tak sam z siebie wpadł na ten pomysł)...  Bez entuzjazmu spojrzałam na auto, przepytałam gościa z całej wiedzy na temat tej toyoty:)) ale na propozycję jazdy próbnej znowu powiedziałam: nie.
Sama nie wiem czy ją chcę czy nie; ładna ta toyota, przestronna, ale sporo krótsza niż mój renault, trochę szersza i na pewno siedzi się o wiele wyżej, jak w tego typu samochodach. Tak, pali sporo, bo to benzynówka, ale przy moim starym renault wypada porównywalnie. Podoba mi się też ze względu na silnik: 2,0, 150 koni i napęd na cztery koła(stąd to spalanie)... Nawet cenę dostaliśmy niższą  o 900 euro, tak po prostu, bez pytania nawet... Widać, że nie idą za bardzo tego typu samochody i gościowi zależy pewnie na "złowieniu" klienta.
Na koniec powiedziałam dealerowi, że muszę to przemyśleć, bo sama nie wiem czy chcę to auto. Przyjechałam szukać kombi, a on mi pokazuje całkiem fajnego jeep'a. Jak już się zdecyduję, to umówię się na jazdę próbną, a jeśli do tego czasu sprzeda... znaczy, że nie była dla nas.

Tutaj widok na auto:







Zdjęcia ze strony dealera

Jakby się upierać przy kolorach tylko, to nawet całkiem ładny:) ale na kolorze się nie jeździ.

sobota, 13 kwietnia 2013

Nie ma...




...już mojego renault. Dziś został sprzedany. Słabo mi się zrobiło, kiedy wyjeżdżał z parkingu i gość tylko zatrąbił na pożegnanie. Samochód śmignął między domami i tyle go widziałam.



Treningi idą mi o niebo lepiej. Po trzecim dniu było źle, ale nie tak źle, jak po drugim. Czwartego dnia przestała boleć mnie większość mięśni, a od piątego ćwiczę w bólach, ale potem wszystko się uspokaja.
Jest coraz lepiej i te 30 minut przelatuje piorunem. Wierzę, że już niedługo będzie to codzienna przyjemność, tak, jak mówi autorka ćwiczeń.

O ile na początku nie myślałam, że dam radę, tak teraz zaczynam czerpać przyjemność z tej codziennej porcji wysiłku. Tak, jak na początku biegania, było cholernie ciężko, tak teraz, pot płynie strumyczkami, ale za to w ciągu dnia dostaję energetycznego kopa.

piątek, 12 kwietnia 2013

Trafiło się...




...nie będe mówić, że jak ślepej kurze ziarno, bo taka ślepa, to jeszcze nie jestem.

Leżał sobie wciśnięty w najgłębszy zakamarek półki, pognieciony, i chyba potraktowany tak trochę z pogardą:




Lniany obrusek, bo nie obrus. Haftowany w kwiaty. Zapomniany, oddany, bo stary...





Wyprałam go, odzyskał biel, zniknęły dwie plamki, które potraktowałam szarym mydłem. Uprasowałam go - wiem, nie widać, bo Iza zaczęła zabawę i jak to naturalne włókno: pogniotło się w jednej chwili.




Jest śliczny w swej prostocie, taki delikatny i tylko żałuję, że nie moge go używać w dni powszednie. Piękny!


Kupiony chyba za 50 centów:)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Nadrzwiowy organizer kuchenny




Tak sobie nazwałam to, co uszylam kolejny już raz. Zawisło w kuchni, na drzwiach, żeby wspomóc zbyt małe szafki kuchenne.



Poprzedni organizer był już trochę wysłużony, poza tym zupełnie nie pasował do obecnego wystroju. Szyty był z takich materiałów, a w zasadzie ich kawałków, jakie miałam kilka lat temu. Teraz wyciągnęłam materiał, który już raz został użyty do stworzenia poduszek na krzesła. Można rzec, że teraz stanowią komplet.





Nowy twór nie jest tak pojemny, jak jego poprzednik, ale też przez to prezentuje się trochę lepiej. 





W organizerze znalazły się miejsca, na zbyt duże objętościowo, aby zmieścić się w szufladzie, utensylia kuchenne. 




Aby całość ładnie leżała na drzwiach, w górnej i dolnej części przeszyłam wąski pas, tworząc tunele i wsunęłam tam niepotrzebnie już rurki ze stojaka łazienkowego(stały w schowku pod schodami i zastanawiałam się już czy ich nie wyrzucić, a tu, proszę, przydały się obie).




Aby zamaskować szwy przytrzymujące tunel z rurką, naszyłam na wysokości pasków kokardki ozdobione kwiatkiem. Kwiatków takich mam całe mnóstwo, w różnych kolorach i rozmiarach. Często przydają się do zamaskowania plamek(których przy małych dzieciach powstaje mnóstwo), szwów, czy po prostu do ozdobienia.




Jeszcze widok na kieszonkę. Nie jest to płasko naszyty kawałek materiału; tym razem postarałam się troszkę bardziej i przez uformowanie zakładek, powstała całkiem pojemna kieszonka.


Jak znam życie, ten organizer przetrwa kolejnych 10 lat zanim powstanie kolejny:)



wtorek, 9 kwietnia 2013

I kolejna niespodzianka




Wczoraj pojechałyśmy z Moniką do Portlaoise, do szpitala, gdzie miała kontrolę wzroku. Wizyta poszła nawet całkiem sprawnie, co mnie niezmiernie zaskoczyło. Rezultat wizyty też mnie zaskoczył, tylko już mniej przyjemnie.

Monika ma zdiagnozowany astygmatyzm, więc będzie musiała nosic okulary. Nie tragedia przecież, ktoś powie. I ma rację. Kiedy już to przemyślałam, też doszłam do wniosku, że jakoś to Monika przeżyje:)
Początkowo była zrozpaczona. Powiedziała, że jej przyjaciółka, Lucia, nie pozna jej, kiedy już założy okulary. Potem stwierdziła, nie wiem skąd to wzięła, że będzie wyglądać głupio w okularach.
Po południu Moniki nastrój zmienił się całkowicie, bo kiedy pojechałyśmy odebrać Gosię ze szkoły, pochwaliła się, że będzie mieć okulary. Takim samym stwierdzeniem zaskoczyła ojca, który wstał po odsypianej nocce i dziadków.
Jutro pewnie pojedziemy szukać tych pięknych okularów dla naszej pociechy. Obawiam się tylko, że z Moniki niespożytą energią, nowy zakup może długo nie przetrwać.


Dziś zaliczyłam kolejny trening. Rany, myślałam, że zwymiotuję pod koniec. Ale dałam radę, dziś już przeszłam 5 zestawów. Czuję wszystkie mięśnie. Z tym, że to nie jest najgorsze. Podczas wykonywania któregoś ćwiczenia, zdarłam sobie naskórek z przedramienia, z tej części, na której się opieram całym ciałem. Prawdopodobnie posunęłam lekko po dywanie i stało się. Nawet nie poczułam, dopiero po prysznicu coś zaczęło mnie piec w tych okolicach, a lustro wyraźnie mi pokazało, o co biega:)


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Lubię wyzwania?




Sama nie wiem; często podejmuję się robienia rzeczy, które wymagają ode mnie o wiele więcej pracy, niż normalnie.

Teraz zaczęłam mały trening. Trening ciała.

Jogging jest fajny, ale tylko podniósł moją kondycję, a ja chciałbym czegoś więcej. Moja siostra zaproponowała mi, żebym spojrzała na treningi Ewy Chodakowskiej. Spojrzałam i... pomyślałam, czymu nie?

Uwaga! Dziś rano ustawiłam sobie pierwsze 5 zestawów ćwiczeń. Odwiozłam dzieci do szkoły i po powrocie, przebrana w sportowy strój, pozytywnie nastawiona, zaczęłam ćwiczenia.
Padłam po 4 zestawie!!!, a przecież nie wydają się takie ciężkie. Po takim czasie joggingowania, po w miarę systematycznym robieniu brzuszków(i to naprawdę ostrych) myślałam, że dam radę. Ot, kilka ćwiczeń. Nie wierzyłam wprost, kiedy moje ciało odmówiło współpracy.

W tym momencie wściekłam się na siebie i swoją niemoc. I już nie ma przebacz, przejdę przez to, tak, jak cztery lata temu przeszłam przez bardzo ciężkie początki biegania.
Najsłabszą stroną u mnie są mięśnie rąk, więc wszystkie ćwiczenia gdzie angażujemy te właśnie mięśni, dają mi nieźle w kość.
Nic to. Życzę sobie samej powodzenia:)


niedziela, 7 kwietnia 2013

Wiklinowa plecionka



Wspominałam już, że próbowałam swoich sił w zwijaniu papierowych rurek. Długo to trwało i efekty były mierne. Straciłam cierpliwośc i wszystko poszło w kąt.
Za jakiś czas zaczęłam jeszcze raz. Porażka na całej linii. Do tej pory nie wiem, co robię nie tak. Raz rurki skręcą się pięknie, a za chwilę papier przestaje poddawać się moim rękom. Może za mało mam cierpliwości?  Nie wiem.

Ze dwa tygodnie temu zaparłam sie i ukręciłam około 150 rurek. Zajęło mi to chyba ze cztery wieczory. Nie sprawdziłam też oczywiście rzadnych technik, tylko zaczęłam plecionkę na wyczucie. Wyszła straszna krzywizna! Sami zobaczcie:




Jak widać, skrzywił się na jedną stronę. Krzywizny nie mogłam opanować szczególnie w momencie dodania nowych rurek do szkieletu. Zastanawiałam się, jak ludzie plotą takie piękne, równe koszyki. Dopiero potem zobaczyłam, że pomagają sobie naszyniami, na których jakby "tworzą" potrzebny kształt. Podejrzewam, że wprawa też robi swoje.




Nie wyszedł też okrągły, a lekko jajowaty.

Żeby go usztywnić, najpierw pokryłam całą powierzchnię zawnętrzną i wewnętrzną, rozcieńczonym klejem PVA. Konstrukcja stała się bardzo twarda.



Potem pociągnęłam jedną warstwą farby akrylowej Dulux, kolor: Ivory.



Tylko dno pozostało "gazetowe", bo farba skończyła się, a nie miałam kolejnej puszki pod ręką.


Reasumując: myślę, że nie będzie to mój ostatni produkt, wszak ćwieczenie czyni mistrza. Myślę, ze poczytam sobie dokładniej o wyplataniu, zamiast zaczynać samej i denerwować się. Popróbuję też innych splotów.

Koszyk zagościł w naszej prywatnej, przysypialniowej łazience, czyli mijscu, gdzie nie będzie zbyt widoczny dla ludzi:)

piątek, 5 kwietnia 2013

Wciąż się czegoś uczę



Teraz na przykład obsługi bloggera. Jeszcze wiele rzeczy jest dla mnie zagadką, ale powoli rozszyfruję. Dziękuję za wszelkie podpowiedzi! Jesteście nieocenieni!


Skoro już potrafię wstawić starsze wpisy we właściwym miejscu na "osi czasu", mogę też pisać na bieżąco.


Sprawa najważniejsza:

Gosia ma już przekłute uszy. Prosiła o to już chyba od roku, ale Artur absolutnie nie wyrażał zgody. W końcu namówiłam go, że może po komunii to zrobimy? Trochę zmiękł, ale nie do końca. W momencie, kiedy Gosia osiągnęła takie sukcesy w szkole - i nadal osiąga - ostatecznie przekonałam małżonka i wyraził zgodę. W sumie to nie wiem o co tyle krzyku! W końcu niemowlakiem Młoda nie jest(a i takim przekłuwają uszy), stara się, naprawdę się stara, więc... dostała prezent.
Sama wybrała sobie rodzaj kolczyków, ja określiłam tylko przedział cenowy - wybrałam jedne z najtańszych, bo kiedy uszy się już zagoją, to w domu mam cały ogromny zapas moich malutkich(bo tylko takie tutaj dziewczynki mogą nosić w szkole) wkrętów. Gosia już nie może się doczekać, kiedy dorwie się do moich "skarbów" i zacznie wybierać.

Izabela starsznie cieszy się na przedszkole! Od samego słowa "przedszkole", już zaczyna skakać z radości,a kiedy tylko widzi Sheilę - nauczycielkę - dopytuje się, czy już może z nią iść, do niej iść. Na razie jest zachwycona, ale ja bym na tym nie opierała przyszłości.

Monika zaczęła trochę jeździć na rowerze bez kółek. Mam na myśli bez bocznych kółek. Rowerek jest troszkę za mały dla niej, uderza kolanami w kierownicę i przez to traci równowagę. Na swoim dużym natomiast nie chce próbować. Nic to, może jakoś ją przekonam? Zachętą może będą wspólne wycieczki rowerowe? Zobaczymy.


Mój renault stoi na parkingu i kusi, żeby coś z nim zrobić. Było już kilku oglądających, dwóch jest chętnych na zakup, ale jednemu z nich żona zakazała kupowania kolejnego samochodu... Wciąż nie ściągnęłam paliwa z baku, a to przecież ponad 30 litrów. W hondę całość się nie zmieści, bo ma za mały bak, a w moim aucie to zaledwie połowa zbiornika:) Musze skołować jakiś karnister i zrobić to w najbliższym czasie.
Sąsiedzi co przechodzą, to kiwaja głową nad moim autem i dopytują co dalej? Ben - jeden z najbliższych sąsiadów - szuka chętnych do zakupu wśród znajomych, głosząc wkoło, jakie to piękne, zadbane i wspaniałe cacko, a do tego tanie jak barszcz.
Z hondą próbujemy się zaprzyjaźnić, ale ciężko to idzie. Wiecie, nigdy nie musiałam się zastanawiać, jak spakuję wielkie zakupy, np. 2 metrową drabinę, stolik, jakieś inne meble. Płaciłam, niosłam do auta i pakowałam. Teraz niespodzianka: nie ma miejsca! Pojechaliśmy po nową deskę do prasowania(wzięliśmy dzieci, bo wciąż trwa przerwa wielkanocna, na szczęście ostatni dzień!) i okazało się, że włożenie jej do hondy nie będzie już takie proste... tak, co kombi to kombi.
Artur rozgląda się za kolejnym, ale niestety, tegoroczne fundusze nas bardzo ograniczają i będę musiała zrezygnować z hondy accord w kombiaku. Już decydowaliśmy się chyba na 3 czy 4 auta, ale za każdym razem było "coś". Ciekawe czy nie wyląduję z kolejnym renault, bo mąż jakoś skłania się w ich stronę:) Są obszerne w środku, niezwykle komfortowe w jeździe, i raczej tanie w obsłudze(serwisie i naprawach). Jeśli mielibyśmy takie samo szczęście, jak z pierwszym, to dlaczego nie?

Zabrałam się za papierową wiklinę. Już od kilku miesięcy próbowałam skręcać te rurki, ale nijak mi nie szło. Teraz zaczęło coś wychodzić, ale wciąż co któraś odpada. Dużo, dużo cierpliwości trzeba mieć do tego!


Tak na koniec napisze jeszcze, że strasznie tęsknię za wiosną. Jest zimno, strasznie zimno, jak na tę porę roku. Optymistyczne prognozy zapowiadają ciepło po połowie kwietnia. Oby!!!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Zamieszanie wielkie



Ponieważ część postów przenoszę ze starego bloga na ten obecny, na razie jest wielkie zamieszanie. Zostało mi już niewiele i mam nadzieję, że w ciągu najbliższych dwóch dni powinnam się wyrobić. Potem zlikwiduję wpisy na starym blogu, a tutaj pojawią się nowe prace i zdjęcia.


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Kartki świąteczne





...ale nie tylko. Post będzie dotyczył kartek wszelakich.


Jakiś czas temu Filth Wizardry umieściła post nt recyclingu kart. Ponieważ od lat gromadze takie karty w pudłach, postanowiłam wykorzystać jej pomysł. Zmniejszyłam ilość pudełek w schowku, a jednocześnie piękne kartki sprzed lat znowu zobaczyły światło dzienne.

W pracy pomagała mi Małgosia. Zrobiłyśmy 3 kule, jedna powędrowała do Gosi szkoły, jako przykład recyclingu - akurat mieli taki temat pracy domowej.

Moje kule nie są tak śliczne, jak te z zalinkowanej strony, ale za to są robione z bardzo dużym udziałem dziecka. To Małgosia wycinała kółka. ja tylko wyrysowałam trójkąty wpisane w okrąg i sklejałam całość.




Widać tutaj, jak bardzo liczy się dokładne wycięcie kółek. Najmniejsze odstępstwo i już zagięte boki nie nachodzą dokładnie na siebie.




Kule można robić tematyczne, tak, jak w naszym przypadku: jedne sa kwiatowe, inne o tematyce wielkanocnej.









Na pewno zrobimy takie kule na święta Bożego Narodzenia, bo po dodaniu zawieszki, będą zdobiły ramy drzwi.




Uważam, że jest to jeden z lepszych pomysłów, na które natknęłam się w blogosferze.