niedziela, 31 marca 2013

...













Życzę wszystkim Wam czasu pogodnego, radosnego, pełnego szczęścia! Niech Święta upłyną w pięknej atmosferze. 



sobota, 30 marca 2013

...





Pojechałyśmy dzisiaj do Portlaoise na święcenie pokarmów. W Portarlington też było, ale tutaj chodzimy zazwyczaj na mszę irlandzką; tym razem chciałam, żeby dziewczyny zobaczyły, jak to święcenie odbywa się po polsku. 

Był irlandzki proboszcz i on powiedział kilka słów, ale całość prowadził Polak. 


Z moimi córkami nie może być nudno... nigdy!

Tym razem rozrywkę wszystkim ludziom dookoła zapewniła Izabela. 

Najpierw próbowała odkręcić podstawki pod świeczki. Upatrzyła je wcześniej, takie piękne, złote, błyszczące... delikatnie je głaskała, a cały stojak niebezpiecznie sie chybotał. 
Za chwilę zobaczyła stojak do mikrofonu, podeszła więc do niego, poklepała, odwróciła się do mnie i pyta: co to? ja po cichu - mikrofon, Izabela nie słyszała, wszak stała ze 2 metry ode mnie więc pyta już głośniej: cio?! ja dalej po cichu: mikrofon. Moje dziecię na całe gardło: nie śłisię! Co?! Ludzie wkoło się uśmiechają. 

Na koniec wpadła na genialny pomysł: wczołgała się pod ławkę i... zniknęła. Zaczęłam się rozglądać, zaglądać pod ławkę, nie ma dziecka. Wstałam w końcu i patrzę dookoła. Nadal nie zlokalizowałam Izabeli. Gosia zaczyna robić panikę, że zginęła jej siostra, ludzie w sąsiednich ławkach też już poruszeni. Ja padłam na kolana i zaglądam pod wszystkie ławki, a tam pusto. Kilka osób też zaczeło klękać i szukać dziecka, a ją po prostu wcięło! 
W końcu pojawiła się! Wyczołgała się spod ławki po drugiej stronie kościoła, przeszła kawałek, i ostatecznie przyczołgała się do mnie, wycierając podłogę dokumentnie. Wstała, otrzepała ręce z piachu i popatrzywszy na wszystkie twarze wkoło, uśmiechnęła się promiennie:) 

Przez kolejnych kilka minut już był spokój.

czwartek, 28 marca 2013

Porządki już mam za sobą





Jako, że te święta Artur spędzi w pracy, nie mam natchnienia na pieczenie i gotowanie. Sprzątanie mam już za sobą, a zrobiłam to według przepisu, który zamieszczam niżej:






Zimowe dni uprzyjemniałam sobie(i wciąż uprzyjemniam, jako że nadal mamy zimę) kwiatami, moimi ulubionymi kwiatami - różami. Kupowałam je w obniżonej cenie, bo były już "na wylocie"; w naszym zimnym domu spokojnie stały po dwa tygodnie i wciąż były piękne. Zatem, na własnym przykładzie mogę potwierdzić: chłodnia spowalnia procesy starzenia kwiatów. Ponieważ tegoroczna zima nie zamierza ustąpić, a może to wiosna nie zamierza wrócić z baletów, mam cichą nadzieję, że mój własny proces starzenia też został skutecznie przyhamowany w tym roku:)

Teraz już pokazuję róże:







Zawsze fascynował mnie układ płatków różanych...



...te momenty, kiedy z ciasno zwiniętego pąka wyłaniał się kolor, kiedy pąk zmieniał się w kwiat...




Kiedy już dni świetności mijały, róże zawisały na żyrandolu:



...aby za jakiś czas powędrować do wazonu i wciąż błyszczeć urodą. 

Białe bolerko już wisi





Zakończyłam pracę nad jedną z białych rzeczy. Jak wspomniałam w tytule, już wisi na wieszaku i czeka na swój wielki dzień. Praca była wyjątkowo przyjemna i poszła mi nadzwyczaj szybko. Może dlatego, że jest to mały rozmiar? Włóczki pochłonęła sporo: 3,5 motków czystej bawełny "Cruise" Aran produkowanej w Irlandii, w Cork, przez Tivoli.


Na płasko bolerko - bo o nim mowa - wygląda tak sobie:




Na osóbce już lepiej, choć muszę przyznać, że Małgosia dziś wybrała sobie średni strój. Prezentacja białego wdzianka na tych maziajkach nie wygląda najlepiej, ale wyjścia nie było. Córka niezbyt chętnie pozuje, skoro więc "złapałam" jej dobry humor, nie chciałam tego zrujnować propozycją zmiany stroju:)





Pod szyją delikatne łuki:



Zastanawiam się nad jakimkolwiek zapięciem(Artur wyjątkowo domagał się jakichś guziczków, kwiatków czy innych ozdób, kiedy ja tłumaczyłam, że przy tym wzorze już nic więcej nie jest potrzebne; dodam tylko, że nie jest przekonany)


Rękawy dość długie, żeby nie było zaskoczenia za dwa miesiące:




Wykończenie rękawów:




Z tyłu podobnie - wykończyłam półkolami:




Jeszcze zbliżenie wykończeń na ciemnych tłach:



Przyznaję, że te półkola dodały ostatecznego uroku robótce. 




Jest to pierwsze bolerko zrobione na miarę(generalnie po sweterku, który dziergałam 7 lat temu, nic poza tym nie robiłam dla dzieci). Wyrysowałam szablon tyłu(przody robiłam według tyłu, tylko założyłam, że mają się nie zchodzić po środku), wymierzyłam rękaw, wyliczyłam główkę, wyrysowałam... a potem i tak robiłam ją na czuja. Przypięłam prawie gotowy rękaw, oceniłam ile jeszcze rzędów potrzeba do ładnego przylegania rękawa na ramieniu, odpiełam, dorobiłam resztę i przypięłam jeszcze raz. Na szczęście udało się za pierwszym podejściem. To taka praca "na piechotę"; pewnie można łatwiej i szybciej, ale jako samouk dochodzę do niektórych rzeczy swoimi metodami. Dłużej, ale nie muszę wysilać się na próby zrozumienia czyichś tłumaczeń.


Jak już robiłam Gosi zdjęcia, uchwyciłam od razu jej dzisiejszą fryzurę. Taki warkoczyk nakładany na kucyk:





A w pudełku kolejna rzecz się bieli:




Już niedługo w pełnej odsłonie.

poniedziałek, 25 marca 2013

Emo w obiektywie mojej koleżanki







Oczywiście, że pojechałyśmy do Emo, bez tego nie może obyć się żadna wizyta! Park niby wiosenny, ale przez naszą zimowa pogodę, wyglądający ponuro, wilgotno i mało przyjemnie.


Zapraszam na króciutką wycieczkę miejscami już znanymi, ale pokazanymi troszkę inaczej:





















To już nie jest park w Emo. To las otaczający stację ciśnień i tajemniczą budowlę, o której jeszcze nie znalazłam informacji. Może niedługo Was tam "zabiorę":




A to nasza stacja kolejowa:



Kiedy 7 lat temu wysiadłam tutaj z pociągu, od razu wpadła mi w oko, jako wdzięczny element fotograficzny. Jak widać moja znajoma też się nie oparła urokowi starych budynków.

niedziela, 24 marca 2013

I wykluło się...







...białe, puszyste, mięciutkie. Nie jest to pisklę żadnego ptaka:) 


To białe, to delikatna etola dla Małgosi na jej święto:


Małgosia pozować nie chciała, pomogła więc Monika i stąd prezentacja etoli na szkolnym mundurku.



Zapięcie to kwiatek, który ma się zbytnio nie rzucać w oczy:




Jeszcze kilka zdjęć:




Etola jest bardzo delikatna, taka tylko do okrycia gołych ramion, ponieważ sukienka Gosi jest bez rękawów. Podejrzewam, że w maju może być ciepło, więc może nawet się to ustrojstwo nie przyda, ale... warto mieć.



Do kompletu robię torebkę, w której przeważał będzie wzór ażurowy i tylko brzegi delikatnie zwieńczę puszkiem. 


sobota, 23 marca 2013

Pospotkaniowe zdjęcia


  • Dziś głównie Izabelka(i troszkę mnie) w obiektywie mojej koleżanki Ani:
  • Wycieczka do Emo była najbardziej owocna w zdjęcia z osobami.





























    Tu Izabela padła po 2 godzinnym spacerze po Emo: 




    Było też wyjście do pubu:



    I oczywiście guiness; z tym, że ja później juz przeszłam na jasne piwo.Chyba już trochę zasyciłam się tutejszym ciemnym.





środa, 20 marca 2013

Medal






Gosia otrzymała medal za drugie miejsce w konkursie pisania ręcznego. Konkurs odbywał się w szkole, o czym nawet nie wiedziałam! 





Córka powiedziała mi o tym, kiedy było już po fakcie. Kilka dni później, po oficjalnym ogłoszeniu wyników w szkole, dostała medal, który z dumą nosiła na szyi przez całe popołudnie:




Wieczorem znalazłam odpowiednią ramkę, dokleiłam tło i zaczepiłam w widocznym miejscu, w naszej jadalni. Gosia pęka z dumy!


W piątek, po południu, odbędzie się finał. Trzymam kciuki za moją "małą" dzielną dziewczynę.

wtorek, 19 marca 2013

Różne różności









Zebrało się sporo rzeczy do napisania, ale czas mi jakoś tak szybko uciekał. 

Pomalowałam w końcu kuchnię i jadalnię. Wybrane zostały dwa kolory: delikatna zieleń i żółty. Bałam się trochę efektu, mimo, że zakupiłam próbki i spawdziłam na ścianie. 





Najpierw wydzieliłam przestrzenie dla koloru zielonego i nim pomalowałam ściany. Kiedy już schła druga warstwa, padł na mnie blady strach. Kolor wydał mi się zbyt ciemny, jakiś taki przytłaczający. Nie wzięłam poprawki na to, że dopiero co skończyłam malowanie, a poza tym dzień był pochmurny i wyjątkowo ponury. Wszystko to dało obraz dość ponury.




Dopiero następnego dnia, kiedy rano weszłam do kuchni, negatywne emocje opadły. I pomyśleć, że poprzedniego dnia chciałam wsiadać do samochodu i jechać po neutralną "magnolię", która zakryłaby cały ten niewypał.





Dopiero jakieś dwa tygodnie później, kiedy moja siostra przyjechała do nas na krótki relaks, pomalowałyśmy resztę ścian na żółto. Tak, tak, u mnie zazwyczaj odpoczynek jest dość aktywny. Dana malowała i malowała - dodam, że pierwszy raz w życiu. 


Kiedy już pomieszczenia lśniły nowością, wpadł mi w ręce taki obrazek:




Wpasował się koło filiżanek, ale nie wykluczam, że znajdzie swoje miejsce koło wnęki okiennej, która jeszcze nie doczekała się malowania:)



W międzyczasie powstawały małe ozdoby. Styropianowe jajka otulam materiałem, dodaję jakąś wstążkę i już mam zawieszkę. 

Wybrałam się też z dziewczynami do lasu po bukszpan. Rośnie go u nas pod dostatkiem, tak na dziko. Gałązki ma niesamowicie długie, jako że większość czasu "biegną" one w kierunku światła, którego mają mało. 
Skoro już przyniosłam bukszpan, uplotłam z niego wianki:



Zawisiłam nad drzwiami jadalni i pokoju dziennego. Na razie są dość surowe - tylko koronka lub wstążka.



Sama nie wiem, czy jeszcze coś do nich dodam. Taka surowość też ma swój urok. 



Nie moge powiesić ich na całej długości futryny, bo zostana pozwalane, zawisło ich zatem tylko kilka. 




Od momentu, kiedy nabyłam klejownicę, moje możliwości znacznie wzrosły. Mogę kleić, mocować i wyczyniac cudeńka z pomocą silikonu. Powstają więc kolejne rzeczy, które nabierają mocy przed prezentacją. 
Dziś dokleiłam w końcu kolorowe nitki do pisanek i mogły one zawisnąć na sercu z wikliny - nie papierowej, nie - jakoś mi z nią nie po drodze. Dodałam tylko malutkie bukszpanowe koło, wstążkę i gotowe.





Kończę jeszcze kilka prac, ale czy wyrobię się z nimi przed świętami? Tego nie wiem.