czwartek, 3 października 2013

Szkolne potyczki



W tym tygodniu traf chciał, że wzięłam sprawę Gosi w swoje ręce. Zaraz w poniedziałek, jakoś tak podminowana stwierdzeniem mojego dziecięcia, że nienawidzi szkoły, wypuściłam obie córki z auta, po czym sama obrałam kierunek - sekretariat. Gosia od razu wyczuła co sie święci i próbowała mnie zawrócić, ale przekonałam ją, że muszę tam pójść i koniec.

Zanim weszłam do szkoły, spotkałam jeszcze dwie matki, które od razu zobaczyły, że moim zamiarem jest walka. Próbowały mnie jeszcze zawrócić i przekonać, że może warto najpierw ochłonąć...? W międzyczasie dyrektorka zauważyła mnie przez okno, pomachała radośnie ręką na powitanie, a ja wiedziałam, że już nie ma odwrotu.
Weszłam na recepcję tylko z zamiarem zapytania jakie są szanse na umówienie spotkania z nauczycielką. Wzbudziłam ogromne zainteresowanie dyrektorki, która wzięła sprawę w swoje ręce. Najpierw zrobiła dokładne rozeznanie w sytuacji, wypytując mnie o wszystko, potem ustaliła termin, osobiście poszła do nauczycielki, a następnie zapewniła mnie, że jeśli rozmowa nie pomoże, albo Gosia będzie mieć nieprzyjemności(choć nie może tak się stać), to sama załatwi sprawę.
Już tego samego dnia i kolejnego sytuacja w klasie zaczęłą się zmieniać - na lepsze. Pani rozmawiała z naszą córką, pochwaliła kilka razy, posadziła z najlepszą przyjaciółką w ławce... Dziecko wyszło z uśmiechem, jak rogal! Proszę, tak niewiele trzeba było, żeby dzieciak był zadowolony.


Termin szkolenego spotkania przypadał na środę(wczorajszą), po zajęciach. Oddaliśmy nasze dzieci do znajomych, bo nie chcieliśmy zamieszania podczas rozmowy.

Nauczycielka przyjęła nas miło. Rzeczowo porozmawialismy o problemach; przedstawiliśmy Gosię, jako dziecko bardzo wrażliwe i odbierające wszystko personalnie. Zwróciliśmy uwagę, że w tym roku zaczęła bać się szkoły. Nauuczycielka przyznała, że na pewno różni sie ona od poprzedniczek, jesli idzie o rygor w klasie. Możliwe, że Gosia się jej przestraszyła(nie "możliwe", tylko na pewno), więc postara się delikatniej do niej zwracać. Pochwaliła angielski Gosi, stwierdzając, że jest doskonały; przy okazji języka wypłynął temat polskiej szkoły i dwujęzyczności naszych dzieci oraz tego, że mają one dodatkowe zajęcia, do których muszą sie przygotowywać, więc ilość pracy w szkole irlandzkiej nie jest im straszna. Tu chyba "zapunktowaliśmy", że się tak wyrażę, dbałością o edukację nie tylko podstawową, ale także o starania, cytuję: "zachowania dziedzictwa językowego, kulturowego i historycznego kraju, z którego pochodzimy", co nie jest tak popularne wśród tubylców, i co sama nam przyznała.
Na koniec nauczycielka zapewniła nas, że w razie jakichkolwiek problemów możemy zawsze przyjść na spotkanie, ba, nawet nie umawiać się w sekretariacie, tylko zapukać bezpośrednio do niej!!! Co za zmiana! Stwierdziła też, że cieszy się, że przyszliśmy z tym do niej, że nie odkładaliśmy wizyty, bo ona (podobno) lubi mieć jasną sytuację i rozwiązywac problemy w zarodku.

Artur wyszedł bardzo zadowolony, ja tylko(a może aż) zadowolona. Teraz poczekamy, jak sytuacja będzie się rozwijać.  

6 komentarzy:

  1. Czyli nie taki diabeł straszny, jak go malują. Z Twojej relacji wynika, że nauczycielka jest wymagającą kobietą o zdrowym podejściu do nauczania. Choć numer z wydartą kartką nieco mnie zszokował... Dobrze, że wyjaśniliście sprawę na samym początku. Pierwsze efekty są zadowalające, oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem konfrontacja staje się nieunikniona. Oby był to pierwszy krok ku lepszemu:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno mne tu nie było, ale teraz z przyjemnością pooglądałam i poczytałam o Waszych wyprawach, o Twoim ogródku.
    Z trochę mniejszą przyjemnością, a właściwie ze smutkiem poczytałam o problemach szkolnych.
    Najważniejsze, że zostały szybko rozwiązane, na jak długo, to się okaże - życzę oby już ich nie było.

    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aniu, czytalam poprzednie wpisy na ten temat i przekonana jestem, ze pani nauczycielka ma jakis problem sama ze soba, i niestety odbija sie to na Gosi (I=i pewnie tez na innych uczniach). Mam nadzieje, ze odebrala sygnal, ze nie pozwolisz skrzywdzic swojego dziecka, nabierze szacunku dla calej rodziny i da spokoj Gosi - wiekszosc ludzi szanuje tylko tych silnych, a Ty pokazalas, ze nie nalezysz do slabeuszy przyczajonych pod miotla. Mam tez nadzieje, ze nie odwazy sie odgrywac na dziecku za to, ze wogole odwazylas sie z nia umowic i rozmawiac. Czasem trudno przewidziec co sie klebi w cudzej glowie, a mi zdarzylo sie miec do czynienia z tak pokreconymi osobowosciami i tokami myslenia, ze juz chyba nic mnie nie zadziwi. Mocno trzymam kciuki za Gosie i Ciebie. Sle duzo cieplych mysli!

    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochani, mam nadzieję, że wszystko ułozy się w miarę dobrze i mocno trzymam kciuki za tę sprawę; nic bardziej nie boli, jak krzywda dziecka.


    Anka

    OdpowiedzUsuń