wtorek, 14 maja 2013

Wycieczka część druga




Kolejnym punktem programu był dawny klasztor. Na jego terenie obejrzeć można było kościół(ten na poniższym zdjęciu), dom zakonnika, saunę, skryptorium i coś na kształt dawnego refektarza.





Zegar słoneczny wzbudził niezwykłą ciekawość u dziewczyn. Długo tłumaczyłam Gosi, jak za pomocą cienia określano czas:



Jedna z chat na terenie monastyru:



Tutaj zakonnicy przygotowywali posiłki i jedli:



A to już skryptorium, maleńkie bo maleńkie, ale jest:




Piec do suszenia kukurydzy, przygotowywania ziarna do robienia słodu(nie wiem, jak się to fachowo nazywa) czy też suszenia grochu i fasoli do ich dalszego przechowywania. Tego typu ustrojstwa były bardzo popularne ze względu na to, że choć kukurydza plonowała bardzo obficie w tym kraju, to trzeba było ją dobrze wysuszyć. Podobnie było z innymi ziarnami.
Piece te były specjalnie konstruowane. Na siatkach ze słomy lub włosia końskiego - bardzo gęstych - rozsypywano ziarno. Pod sufitem podwieszano kilka takich ekranów. Tymczasem na dole, wolno palący się ogień ogrzewał powietrze, a ono wędrując do góry, obsuszało plony. Zboże schło powoli, dokładnie, przy czym nie ulegało paleniu. Gęsty, trzcinowy dach chronił przed deszczem.
Na zdjęciu widać z boku usytuowany wlot pieca, od którego biegnie podziemny kanał, którym gorące powietrze szło pod dach.



Tuż obok suszarni łódka przycumowana do brzegu. Taka mała przystań? Nie wiem, bo nie doczytałam o tym nigdzie. Domyślam się tylko, że łódź mogła służyć do przewożenia ziarna:



Ja tu sobie obfociłam suszarnię i łódkę, a rodzinka już mi uciekła:



Gdzież tak się spieszyli? Ano szukać złota! Ze specjalnie przygotowanych koryt z wodą i piaskiem, należało zaczerpnąć sitem wszystkiego, co sie dało i płukać. Można było znaleźć grudkę "złota", czyli mieniący się piryt. Takie trofeum trzeba było przynieść pani w centrum informacji.



Monika, która miała wyjątkowe szczęście, znalazła mnóstwo takich grudek i podzieliła się z siostrami, a także dzieciakami, które toczyły i toczyły sita, nie znajdując upragnionych świecących grudek. Podeszła po prostu do ludzi i powiedziała: proszę, to dla was; my już mamy.


Kiedy tak goniłam moją rodzinę wśród pięknych okoliczności przyrody(zieleń teraz jest po prostu zabójcza!) zdążyłam jeszcze zrobić dwa zdjęcia:



Łódź, widziana teraz nieco z góry...



I kolejny cel wycieczki...


Młyn wodny....


...kto miał młyn, miał władzę. Nie, aż tak nie było, ale faktem jest, że takie młyny były niezwykle cenne; odciążały kobiety, bo to one głównie zajmowały się mieleniem zboża w żarnach. Młyny w posiadaniu mieli zazwyczaj wodzowie lub zakonnicy; czasem kilku bardzo bogatych rolników wspólnymi siłami budowało,a  potem użytkowało taki młyn. Stopniowo ich budowa rozprzestrzeniała się na cały kraj, jako że znacznie ułatwiały jak i przyspieszały pracę, ale długo jeszcze były udogodnieniem tych najbogatszych.


Fulacht fiadh, (nie po angielsku bynajmniej), to duża jama w ziemi, wypełniona wodą, którą doprowadzano do wrzenia przez wrzucanie rozpalonych do czerwoności kamieni. Na zdjęciu widać w obrębie muru stosy drewna. Obkładano nim kamienie, podpalano i czekano aż się odpowiednio nagrzeją. Do czego to wszystko służyło? Prawdopodobnie do gotowania jedzenia. Takie "kuchnie na powietrzu" znajdowano na terenie całej Irlandii i archeologowie uważają, że powstały 3-4 tysiące lat temu.
Okazuje się, że około 200 litrów wody, jakie mieścił otwór w ziemi, można doprowadzic do wrzenia w ciągu 2-3 minut tylko dzięki kamieniom. Kiedy już mięso się gotuje, dorzuceniu 2-3 kolejnych kamieni powoduje delikatne duszenie przez dłuższy czas na tzw. wolnym ogniu.
Gotowanie, to jednak nie jedyna czynność jaką tutaj wykonywano. Takie same miejsca(nie mówię, że te same) mogły być używane jako sauny, pralnie, farbiarnie czy warzelnie piwa.





Dalej "ścieżka" znowu poprowadziła nas przez mokradła i bagna aż do wyjścia:



To tutaj zobaczyłam po raz pierwszy, od bardzo długiego czasu, kaczeńce:



Pełno było kosaćców wodnych:



...czy też zwykłych bajorek rozlanych w malowniczej scenerii:




Po drodze mijaliśmy miejsce w budowie:


Jest to Crannóg czyli sztuczna wyspa. Przez tysiące lat budowanu tutaj takie wyspy; ostatnie powstały około 400 lat temu, czyli nie tak dawno. Miejsce jest odbudowywane, jako że poprzednie użyte było przez archeologów do prac badawczych.


My idziemy dalej...

...brama, tunel i na jego tle sylwetki trzech moich córek:




Tunel prowadzi do siedziby wikingów, którą pokazuję już z góry:




Wikingowie zaczęli "wędrować" ze Skandynawii około 1200 lat temu. Docierali do Wielkiej Brytanii, Irlandii i Zachodniej Europy. Dotarli do Islandii, Grenlandii, a nawet wybrzeży Ameryki na 400 lat przed Kolumbem. Zawędrowali też do Bizancjum.
Na terenach Irlandii wybudowali pierwsze miasta, wprowadzili monety, a także nowe nurty w sztuce zdobniczej.

Oczywiście, jak można się było spodziewać, w takim miejscu nie mogło zabraknąć łodzi:


Jakaś ona "bidna" taka, przynajmniej w moich oczach, bo spodziewałam się czegoś bardziej porywającego.





Te ciemne plamy na wodzie to porosty. pełno ich było przy brzegu.


I jeszcze jeden widok:



Kolejne miejsce - normańska twierdza - strasznie bijąca bielą po oczach.


Normanowie, byli ekspertami w budowaniu twierdz. Najpierw używali do tego drewna i gliny, potem kamienia, zawsze jednak bielili je wapnem, żeby wyglądały na wspanialsze. Ja już chciałam skrytykować tych, co zrekonstruowali to miejsce, za tę biel; dopiero po doczytaniu wiedziałam, że nie był to kaprys obecnych budowniczych:)


Okrągłą wieża, to nie replika. To pozostałośc po tzw. okrągłym forcie, który był twierdzą zbudowaną na planie okręgu. Służył tutejszemu lordowi do obrony. Niestety, nie pomógł mu zbytnio, gdyż Norman został zdradzony i po walce pojmany.



Kiedy już wszystko obeszliśmy, poczytalismy mniej lub więcej(raczej mniej), przszła pora na posiłek zjedzony w obrębie czegoś na kształt toru przeszkód dla dzieci. Moje córki, które już padały, powłóczyły nogami i nie miały sił na nic, nagle krzykneły: plac zabaw! i raźnie pobiegły zaliczać przeszkody. My mogliśmy posiedzieć na ławeczce usytuowanej w cieniu i "delektowac się" zimnymi podmuchami wiatru walącego po naszych placach.

Dotarliśmy w końcu i do parkingu, po wcześniejszym zaliczeniu recepcji, gdzie dziewczyny dostały dyplomy w nagrodę zaliczenia szlaku historycznego i przyniesienia "złota". Kiedy już dzieciaki dowlokły się do auta, padły. I tylko jedzenie i picie jeszcze je ożywiało:


Oczywiście nie zabrakło też siostrzanych kłótni w drodze powrotnej!

Uważam, że wycieczka była naprawde udana. Mam ochotę odwiedzić kolejne podobne miejsce:) nie wiem tylko co na to nasze dzieci. Monika pochwaliła się Lucii, że pojechaliśmy na wyprawę i podsumowała to jednym zdaniem: ale nudno było! Nie wiem czy cieszyć się, czy płakać? Na miejscu wydawała się zadowolona, może to tylko zwykła dziecięca przekora?

5 komentarzy:

  1. Aniu, znów fantastyczny opis Waszej wycieczki! Czuję się, jakbym była tam z Wami. Ciekawe miejsce i niezwykle ciekawie o nim opowiadasz:)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję. miejsce jest niezwykłe pod każdym względem i chętnie odwiedzę kolejne, podobne.

    pozdrawiam

    Anka

    OdpowiedzUsuń
  3. powinnaś książki pisać lub być przewodnikiem, wspaniałe, a co do dzieci? może jeszcze zbyt małe na takie miejsca,chyba wolą kolejki,karuzele itp.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ula, wow! dziękuję za tak miłe słowa. Lubię sobie po większych wycieczkach uporządkowac wiadomości i poukładać, a przy okazji piszę na blogu.
    Pewnie masz rację, ale ciągle tylko w takie miejsca nie możemy jeździć, chciałabym, żeby i coś innego zasmakowały.


    pozdrawiam


    Anka

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniała, kolejna wycieczka, w której wzięłam udział, dzięki tej notce i piękny zdjęciom :)
    Dziękuję :)
    Dzieci mimochodem zapamiętają to, co widziały i gdy dorosną wrócą w te miejsca...
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń