poniedziałek, 6 maja 2013

Enniscorthy Castle, Co. Wexford



W tym roku dość późno zaczęlismy sezon wycieczkowy. Wczoraj wyruszyliśmy na naszą pierwszą wyprawę. Dopisała pogoda, a Artur miał wolny dzień.

Autostrada i reszta dróg była prawie pusta, kiedy rankiem jechaliśmy w obranym przez nas kierunku.


Po naszych, prawie równinnych terenach, wjechaliśmy w lekko pagórkowate tereny. Słońce było piękne, przez okna można było podziwiać zmieniająca się scenerię i zieleń, która dopiero wchodzi w pełnię swej zieloności.


Dotarliśmy wkrótce do miasteczka Enniscorthy. Kiedy spacerowaliśmy po uliczkach, nagle wyłonił się zamek. Nie stoi on na uboczu, ale prawie w samym centrum, otoczony przez domy, sklepy i ogrody.



Obok nas przejechał taki oto malutki samochodzik, który przykuł uwagę; szczególnie dziewczyny były nim zachwycone:


Okazało się, że nie możemy wejść do zamku, bo przyjechaliśmy za wcześnie, udało się nam jednak zagospodarować czas. Dzieci coś przegryzły (dzięki temu miały potem ogrom sił do biegania od pokoju do pokoju, wdrapywania się po schodach, itp.)...


... a ja wybrałam się w stronę pięknego, starego mostu, zeszłam nad samą wodę i zrobiłam kilka zdjęć. Jak mój małżonek zauważył, most oczywiście musi skręcać, bo przecież inaczej nie byłoby tak fajnie jeździć:) Nie wiem czy inni tutaj mieszkający zetknęli się z taką ilością mostów i wiaduktów, które nie są budowane na prostej drodze, ale właśnie na zakrętach.  Artur doszedł do takich swobodnych wniosków, że to już przypadłość tutejszch budowniczych:)

Wspomniany most łączy brzegi rzeki Slaney


Po spacerach poszliśmy sprawdzić, czy jest już szansa na wejście do zamku, czy jeszcze nie. I dobrze, że to zrobiliśmy. Zamek został otworzony nieco wcześniej, a pani okazała się niezwykle miłą osobą, opowiadała i opowiadała... Potem zostaliśmy wpuszzceni  "na komnaty".



Byliśmy jedynymi zwiedzającymi, przez co udostępniono nam wnętrza bez ograniczeń. Dziewczyny korzystały ze swobody do woli; strach ogarniał mnie tylko wtedy, kiedy przemieszczaliśmy się między piętrami, po dość stromych i krętych schodach.




Wnętrza zostały wyposażone w meble "z epoki", które były sukcesywnie dokupowane.



Ciekawostka: filiżanka i spodek... sama filiżnka nie byłaby aż taka atrakcyjna, gdyby nie to, że ma specjalne udogodnienie dla panów z wąsami.



Piękny sekretarzyk, bogato rzeźbiony, drewniany... aż chciałoby się usiąść i pisać... Najstarsza zachwyciła się kałamarzami i piórem.



Miejsce wypoczynku... doskonałe do poleżenia z książką, wyciągnięcia nóg, albo wypicia filiżanki herbaty.  Ależ przydałby mi się  taki mebel!!!



Skromna łazienka


 Pokój dziecięcy



Zastanawiałam się czy te lalki są  tymi z dawnych lat, czy są tylko stylizowane?



I kolejne miejsce, które szczególnie wpadło mi w oko. Szeroki parapet z poduchami, idealne miejsce do czytania, pisania lub po prostu siedzenia.



Kominki obłożone pięknymi kafelkami też przyciągały mój wzrok.


I schody... tak wyglądały wejścia i zejścia. Dziewczyny trzymały się poręczy mocno i chyba były lekko spięte, żeby nie powiedzieć przestraszone.



Po obejrzeniu całości(niestety, bez dokładnego doczytania, bo z  dziećmi to niemożliwe) pani przewodnik  zaproponowała nam wejście na dach; potem dopiero doczytałam, że jest ono możliwe tylko dla zorganizowanych wycieczek, jak widać wystąpiliśmy jako takowa:)


 Panorama miasta nie jest może powalająca pod względem widoków;  przynajmniej nam nie zaparły one oddechu, ale też nie można powiedxieć, że nie miały w sobie niczego.  Może to sama wysokość robiła już wrażenie?



Z dachu dobrze widoczne jest Vinegar Hill, czyli wzgórze, gdzie powstańcy z 1798 roku mieli swój obóz, gdzie stacjonowało dowództwo i skąd mieli doskonały widok na całe miasto, które przez jakiś czas kontrolowali.
Na wzgórze już nie pojechaliśmy, ponieważ w planach mieliśmy jeszcze coś innego.



Z samego dachu zeszliśmy do... lochu:


Podejrzewam, że oryginalne zejście nie było aż tak przyjazne. Teraz to tylko kilka stromych, wąziutkich stopni, które prowadzą do klaustrofobicznego pomieszczonka, choć nawet to słowo nie oddaje ciasnoty tego wnętrza:


 Ten obraz na ścianie został wydrapany przez ostatniego z tych, którzy byli tu więzieni. Trochę czasu musiało mu to zabrać, ale jak to pani przewodnik stwierdziła, w sumie nie miał nic innego do roboty. Pomieszczenie jest tak malutkie, że nawet zdjęcia nie mogłam dobrze zrobić. Podłoga jest wykuta w skale, nie ma mowy o jakiejkolwiek równości. Spanie na pewno nie było tu przyjemnością, zważywszy że do skalistej podłogi dodać trzeba ziąb i wilgoć.

Na koniec dziewczyny dostały całą skrzynię tarcz, mieczy i hełmów, żeby poprzymierzać i robić zdjęcia.



Nasz "mały wielki rycerz":






Po zakupieniu kilku pocztówek, po krótkiej rozmowie z dwiema już paniami przewodniczkami, pojechaliśmy w dalszą drogę.

2 komentarze:

  1. Świetna wycieczka! Uwielbiam takie zamczyska, choć ten wewnątrz prezentuje się zbyt rokokowo-pluszowo;) Za to klatka schodowa świetna - zero marnowania przestrzeni, same schody. Pewnie można dostać zawrotu głowy od chodzenia po nich.
    Zadziwiła mnie filiżanka dla panów z wąsami:D Niesamowity wynalazek:)
    Pierwszorzędny fotoreportaż!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się, ten zamek z zewnątrz wygląda zupełnie inaczej, niż w środku; różniaca ogromna; może dlatego, że zbudowany był około 1170r a zamieszkiwany był praktycznie jeszcze w wieku XX. Stąd ten wystrój.

    Anka

    OdpowiedzUsuń