piątek, 12 kwietnia 2013

Trafiło się...




...nie będe mówić, że jak ślepej kurze ziarno, bo taka ślepa, to jeszcze nie jestem.

Leżał sobie wciśnięty w najgłębszy zakamarek półki, pognieciony, i chyba potraktowany tak trochę z pogardą:




Lniany obrusek, bo nie obrus. Haftowany w kwiaty. Zapomniany, oddany, bo stary...





Wyprałam go, odzyskał biel, zniknęły dwie plamki, które potraktowałam szarym mydłem. Uprasowałam go - wiem, nie widać, bo Iza zaczęła zabawę i jak to naturalne włókno: pogniotło się w jednej chwili.




Jest śliczny w swej prostocie, taki delikatny i tylko żałuję, że nie moge go używać w dni powszednie. Piękny!


Kupiony chyba za 50 centów:)

4 komentarze:

  1. Faktycznie piękny! Zawsze podobały mi się hafty "riszelie" (nie pamiętam jak to się pisze), kiedyś nawet chciałam sobie coś takiego wyhaftować, ale w porę przypomniało mi się, że przecież mój codzienny wystrój nijak do takich elementów nie pasuje, a zrobić coś, żeby to coś przez większość dni było schowane w szafie, to nie dla mnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja musze go schować ze względu na dzieci; w tej chwili może być tylko na okazje, a nie na dzień powszedni. Kiedy zobaczyłam taki wymięty i potraktowany z pogardą, a przy tym piękny... musiałam go kupić i "uratowac".


    Anka

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny. Rzeczywiście Ci się trafiło!
    Ja lubię podziwiać... u innych. Sama się pozbywam wszystkiego, co się tylko da. Serwetek najróżniejszych i obrusów mam mnóstwo - nic wartego przechowywania choćby. Ale to takie zaszłości z przeszłości. Ładniejsze rozdałam, a te wypadało by wywalić (i chyba to zrobię).

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja z kolei lubię takie rzeczy i gdyby nie wciąż małe dzieci, eksponowałabym to dzień w dzień.

    Anka

    OdpowiedzUsuń