sobota, 30 marca 2013

...





Pojechałyśmy dzisiaj do Portlaoise na święcenie pokarmów. W Portarlington też było, ale tutaj chodzimy zazwyczaj na mszę irlandzką; tym razem chciałam, żeby dziewczyny zobaczyły, jak to święcenie odbywa się po polsku. 

Był irlandzki proboszcz i on powiedział kilka słów, ale całość prowadził Polak. 


Z moimi córkami nie może być nudno... nigdy!

Tym razem rozrywkę wszystkim ludziom dookoła zapewniła Izabela. 

Najpierw próbowała odkręcić podstawki pod świeczki. Upatrzyła je wcześniej, takie piękne, złote, błyszczące... delikatnie je głaskała, a cały stojak niebezpiecznie sie chybotał. 
Za chwilę zobaczyła stojak do mikrofonu, podeszła więc do niego, poklepała, odwróciła się do mnie i pyta: co to? ja po cichu - mikrofon, Izabela nie słyszała, wszak stała ze 2 metry ode mnie więc pyta już głośniej: cio?! ja dalej po cichu: mikrofon. Moje dziecię na całe gardło: nie śłisię! Co?! Ludzie wkoło się uśmiechają. 

Na koniec wpadła na genialny pomysł: wczołgała się pod ławkę i... zniknęła. Zaczęłam się rozglądać, zaglądać pod ławkę, nie ma dziecka. Wstałam w końcu i patrzę dookoła. Nadal nie zlokalizowałam Izabeli. Gosia zaczyna robić panikę, że zginęła jej siostra, ludzie w sąsiednich ławkach też już poruszeni. Ja padłam na kolana i zaglądam pod wszystkie ławki, a tam pusto. Kilka osób też zaczeło klękać i szukać dziecka, a ją po prostu wcięło! 
W końcu pojawiła się! Wyczołgała się spod ławki po drugiej stronie kościoła, przeszła kawałek, i ostatecznie przyczołgała się do mnie, wycierając podłogę dokumentnie. Wstała, otrzepała ręce z piachu i popatrzywszy na wszystkie twarze wkoło, uśmiechnęła się promiennie:) 

Przez kolejnych kilka minut już był spokój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz