czwartek, 7 lutego 2013

Wrześniowa wycieczka do Lullymore, część pierwsza






Pewnej wrześniowej niedzieli, a może soboty, już nie pamiętam, wybraliśmy się do pobliskiego(ok. godziny jazdy) Lullymore, znanego jako "Heritage and Discovery Park". Jest to popularne miejsce wycieczek szkolnych, zaliczane w klasie juniorków: Gosia była tam ponad 3 lata temu, a Monika pojedzie w tym roku. 

Miejsce oferuje wiele rozrywek, ma dość bogate zaplecze turystyczne(są miejsca na piknik, restauracje, oczywiście toalety, parking dla samochodów i autokarów). Atrakcji dla dzieci sporo, więc spokojnie spędziliśmy tam cały dzień i moglibyśmy zostać jeszcze dłużej. Dla osób bez dzieci, wstęp może wydać się dość drogi. My zapłaciliśmy ok. 30-35 euro za bilet rodzinny. Wszelkie atrakcje są już dostępne bezpłatnie(poza jedzeniem oczywiście).



Lullymore jest specyficzne przez swe położenie wśród torfowisk. Ponieważ sama nigdy nie spotkałam się z tym w życiu, torfowisko samo w sobie, jest dla mnie atrakcją.


Dziewczyny jeszcze w samochodzie, cieszące się na wycieczkę:


Jak widać, było dość ciepło. Wybraliśmy się Artura autem, stąd ta ograniczona przestrzeń(Artur, pewnie będziesz wkurzony, że tak oczerniłam twój samochód, ale... sam wiesz, jak jest).


Pierwsza rzecz, która przyciągnęła uwagę moich córek:


Nie da się ukryć, że spora i nie dało się jej obejść nie zauważywszy:) 


Szlak prowadził przez mały las, bardziej wyglądający jak lasek, zagajnik... gleba uginała się pod naszymi stopami, sprężynowała wręcz i to nie ze względu na naszą wagę:) Kiedy stąpnęło się mocniej, dawała głuchy, stłumiony odgłos:



Tu już widać lepiej kolor torfowej ziemi:



 I oczywiście wrzosy... wszędzie wrzosy, choć u nas to już nędzna końcówka kwitnienia.


W takiej scenerii stał dom:



Nie mam pojęcia prywatny, czy należący do parku, ale na pewno robiący wrażenie(I wish I had one...).


Wszędzie stały tablice z informacjami, kto ciekawy, mógł sporo wynieść(nie w kieszeniach, a w głowie)




Torfowisko jest dość stare - ukształtowane ok. 7 tys. lat temu i jak w każdym podobnym miejscu, pełno zachowanych skarbów z przeszłości, takich jak choćby świetnie zakonserwowane szczątki ludzkie, ozdoby, naczynia i wiele innych.



Rekonstrukcja pierwszych chat:




A w środku, wyglądało to tak:





Kolejna rekonstrukcja:



Dom z "czasów głodu" zbudowany z błota(prawdopodobnie gliny, bo takie tu mamy podłoże, głównie gliniaste), trawy, sitowia i sierści zwierząt. W środku niesamowicie ciasno.



Kuchnia serwująca "zupę głodową":




Część prywatnych "kuchni" serwowała zupę w piątki, z wkładem mięsnym; przeznaczona ona była dla tych z katolików, którzy w zamian za jedzenie zrzekali się swej wiary i przechodzili na protestantyzm. Inne "kuchnie", które żywiły ludzi, rozdając zupę każdego dnia, miały duży wkład w ocalenie wielu istnień. Była to jednak kropla w morzu potrzeb.


A tutaj już sceneria:




Bluszcze, które są naszymi nieodłącznymi towarzyszami w Irlandii. Tutaj zwieszały się całymi welonami, obrastały drzewa i tworzyły malownicze przejścia.


Przejażdżka kolejką:




Ilość przejażdżek nieograniczona, zależna od cierpliwości rodziców. 




Nasze starsze córki popisały się śpiewem(po angielsku, więc pozostali pasażerowie mogli uczestniczyć we wspólnym śpiewaniu) i zaintonowały piosenkę stosowną do podróży pociągiem. Zebrały oklaski "publiczności", jako że nie ograniczały swych wokalnych możliwości.


Kolejny punkt programu: golf



Każdy dostawał kijek stosowny do wieku i szło się wyznaczonym szlakiem. Przyznam, że po raz pierwszy poczułam, że gra w golfa może wciągać. Teraz już w jakimś stopniu rozumiem te spacery wśród łąk w poszukiwaniu piłeczki:)




Każda z nich starała się jak najlepiej uderzyć. Skupienie malowała się na każdej twarzy, tym bardziej, że był to nasz pierwszy raz.



Izabela oczywiście podchodziła do tego najbardziej beztrosko. Dla niej najważniejsze było wybicie piłki, a w którym kierunku... to już najmniej istotne.




Starsze próbowały za wszelką cenę zaliczyć dołek.




Iza trochę "pomagała" szczęściu i precyzji:) Coś takiego jak zasady, nie istniało dla niej.


Dla tych, co nie mają pojęcia o "farmingu", mała lekcja, opatrzona stosownymi "obrazkami" w postaci żywych zwierząt:




Na koniec jedzenie - po tym, które było na samym początku wycieczki w strefie piknikowej i zabawa w... no właśnie, gdzie? W PL znane są takie miejsca jako kulkownie na przykład. Baseny z piłeczkami, zjeżdżalnie, przejścia, liny, drabiny pod sufit i wiele, wiele więcej atrakcji. Moje córki bawiły się tam chyba z godzinkę, a my mieliśmy chwile odpoczynku między kolejnymi poszukiwaniami jednej, drugiej, bądź trzeciej. 


 
Jak widać Artur załapał się na fotę i to taka dynamiczną:) 


Reszta atrakcji w kolejnym odcinku.

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz