wtorek, 8 stycznia 2013

Kolor czerwony i 13




Rok 2013 to nasz rok!!! 

Liczba 13 zawsze nam sprzyjała i różne, często dość ważne, wydarzenia jakoś tak przypadkowo wypadały 13. Choćby nasz ślub - 13 listopada, chrzest Gosi - 13 listopada, zakup renault - 13 listopada, nawet honda była prawie kupiona 13 stycznia(Artur kupił ją sobie na urodziny, 12 stycznia, ale przyjechała do nas 13; swoją drogą to niezły prezent sobie sprawił, prawda:))

Kiedy tylko wybiła pierwsza minuta 2013 roku - przynajmniej tutaj w Irlandii, powiedziałam sobie - to będzie nasz rok i tego się trzymam. Dobre zdarzenia już zaczęły się pojawiać. O tym jednak za jakiś czas... Czekają nas na pewno zmiany, poważniejsze lub nie, zobaczymy.



Tymczasem dzieciowato.


Nowy rok zaczęliśmy kreatywnie. Ponieważ dziewczyny siedziały w domu, bez przerwy coś wyciągały, cięły, kleiły i malowały.


Malowanie było najbardziej fascynujące, może dlatego, że nie jest zbyt częstym zajęciem? Tym razem były to ciężkie, kryjące farby plakatowe. Po całej imprezie kolory, głównie czerwony, były wszędzie. Na ubraniach - to oczywiste, ale ubrania były specjalne do malowania, takie już troszkę gorsze. Zawsze biorę poprawkę na to, że jakaś farba czy inna "plastyczna sprawa", może nie zniknąć po praniu, nawet tym najbardziej wyszukanym. 
Pomalowana była podłoga i stół - tu nie ma wątpliwości, w końcu na nim odbywał się proces twórczy, ale podłoga?
Kolorów dostały poduszki na krzesłach(przypomniało mi się, że miałam uszyć drugi komplet, na zmianę). Ściany też "oberwały", ale kuchnia i tak idzie pod pędzel, więc jakoś mnie to nie zmartwiło.


Efektem było kilka rysunków i przygotowane wstępne tła pod kolejne prace.  


A oto pociechy podczas całej akcji:




Najmłodsza znowu mnie zaskoczyła.




Wykazała się cierpliwością i dokładnością w zamalowywaniu połaci papieru o wymiarach A3:



Przytrzymywała paluszkiem, domalowywała białe miejsca i oceniała z pewnej odległości:




Jaki początek roku... pewnie utoniemy w tej kreatywności:) 
Ja już poobklejałam część półek i elementów odstających od płaszczyzny ścian, bądź tych, które wcale, ale to wcale nie mogą zmienić koloru. Artur puszcza parę uszami, bo kuchnia i jadalnie to dwa kolory i czeka nas (albo tylko Artura) malowanie. 
Potem pokój dzienny... farby już czekają i przytupują w schowku na narzędzia. 


Robótkowo chwilowo przycichłam, ale zapowiada się też okres wzmożonych prac.  Oby wystarczyło energii na długo. 


Zdrowotnie, wyciszyłam się sporo przez ostatni miesiąc. A z początkiem stycznia rozpoczęłam, po raz drugi, dietę oczyszczającą. Nie wiem, kiedy tym razem skończę. Póki co mija szósty dzień, czyli granicę przekroczyłam(poprzednim razem 6 dnia złamałam się i wypiłam tę nieszczęsną czarną herbatę). Troszkę boję się przerywać, bo potem sporo czasu zajmuje mi dojrzenie do ponownego podejścia. Nie jest łatwo, ale mam nadzieję, że pomoże mi to jakoś w moich problemach z zatokami i stawami. 

Trzeciego dnia, a w zasadzie w nocy, zaczęłam odczuwać silny ucisk w zatokach czołowych i nosowych. Następnego dnia zaczęło mi wszystko schodzić - nie jakoś spektakularnie, ale systematycznie przez prawie dwa dni. Z kolei piątego dnia dostałam tak silnej migreny - a tu niestety żadnych środków farmaceutycznymi zwanych, brać nie można. Wytrzymałam i po 3 godzinach samo przeszło. Za to zaczęłam odczuwać ból w stawie kolanowym, który kiedyś miałam uszkodzony. Pulsowanie odczuwam do tej pory, ale nie jest jakieś dramatyczne. 
Chyba nic poza tym nie zauważyłam...

Asiu, co Ty na takie efekty? Czy to tylko moje wyczulenie tak wpływa, czy faktycznie coś może zaczynać się "naprawiać"?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz