sobota, 29 grudnia 2012

Herbaciana wariatka



...czyli ja. Jeszcze do niedawna, dodam. 


Od paru ładnych lat - około dwudziestu, tak sobie policzyłam - jestem wierną miłośniczką czarnej, mocnej, niemalże smolistej herbaty. Muszę czuć gorycz w ustach. Nic innego mnie nie satysfakcjonuje/nie satysfakcjonowało. Nigdy. Idąc do znajomych, będąc u rodziny, wolałam zawsze wybrać herbatę ziołową, zieloną lub wodę, bo było to bezpieczniejsze, niż późniejsze męczenie się nad kubkiem czy filiżanką niby czarnej herbaty. Nienawidziłam, kiedy ktoś zalał mi saszetkę i po minucie już sam "wyrwał" tę saszetkę z kubka!!! W myślach wyrywałam mu tę łyżeczkę z jakże cennym skarbem, a w rzeczywistości zaciskałam zęby.


Ranek bez kubka mojego naparu, był od razu rankiem straconym. Artur nauczył się, że kiedy wracam z biegania, zaraz po prysznicu, piję herbatę. Zaparzał mi odpowiednią. Krok mnie dzielił tylko od tego, aby na urlop do Polski zabrać ukochanego czerwonego Lyons'a(tylko on ma ten szczególny smak)...
Kawa istniała, lubiłam wypić, nawet 2-3 kubki dziennie, ale nie musiało jej być.

Jakiś czas temu moje przyjaciółka namawiała mnie na detox. Wszystko opowiedziała, podesłała kilka linków, poczytałam i... największym problemem był ABSOLUTNY ZAKAZ picia czarnej herbaty. 
Zaczęłam się detoksować, czy też odtruwać, jak kto woli. Myślałam, że głód będzie najgorszy. Nie. Po dwóch dniach poprzestawałam na jednym-dwóch jabłkach, jakichś warzywkach i litrach picia. Dosłownie zapominałam wraz z upływem czasu, że można jeść:) Niestety, po szóstym dniu złamałam się. 
Siedziałam przy stole i myślałam o herbacie, jak maniak jakiś. Dosłownie. W głowie czułam jej smak i zapach. Nie wytrzymałam i zaparzyłam ogromny kubas lyonsa. Macie wyobrażenie jak on smakował? 

W tamtym czasie, gdybym podjęła dyskusję z Asią na temat odstawienia herbaty: że można, że trzeba spróbować, że bla, bla, bla... pewnie byśmy się starły i każda pozostałaby przy swoim zdaniu. 


Minęło kilka miesięcy i... przestałam pić czarną herbatę i kawę. Tak po prostu, nawet nie wiem teraz w którym momencie się to zaczęło. 


W tej chwili zaczynam ranek prawie pół litrową porcją ciepłej, przegotowanej wody z sokiem z połówki cytryny. Tak też kończę dzień. Do tego pijam herbatę głównie zieloną lub owocowe, albo samą wodę. Asiu miałaś rację. Bez herbaty i kawy da się żyć i nawet można za nimi nie tęsknić. Jak bardzo się musiałam zmienić zrozumieją tylko Ci, którzy znali mnie przez lata, ci, którzy zawsze kręcili głowami nad moją smolistą herbatą, moja mama, która lata całe próbowała przekonać mnie, że taka słaba, słomkowa herbata też jest dobra, a o ile zdrowsza...


Myślę, że dorastam do kolejnego podejścia do odtruwania organizmu:) 
Może wszystko wypływa z tego, że staram się od jakiegoś już czasu zmienić też siebie, tak wewnętrznie. Uspokoić się, nie przejmować sprawami na które nie mam wpływu. Co nie znaczy, że moje życie jest piękne, świetliste, że leżę na kanapie i pachnę, a wszystko robi się samo. Problemy są, owszem, ale moje nastawienie zaczyna być inne. Gdzieś na FB przeczytałam coś takiego:

...problem nie jest problemem. Problemem jest twoje nastawienie do tego problemu...



I to staram się mieć na uwadze. 

  

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Spokojnie jakoś w tym roku



Nie wiem czy to kwestia mojego innego nastawienia do przedświątecznej krzątaniny, czy coś jeszcze, ale w tym roku wszystko poszło dość gładko. Jak już wspominałam, niektóre rzeczy przygotowałam wcześniej i zamroziłam, inne robiłam w dzień wigilii. Nie było tego dużo, bo dzieciaki jakieś nigdy nie głodne, Artur nie jest miłośnikiem potraw wigilijnych, a siostra i ja... same nie zjemy tony potraw. 



Artur pracował tuż przed wigilią, więc ubieranie choinki odbyło się wcześniej, bo już w piątek. Dziewczyny nie mogły się doczekać, ponieważ świecące drzewka(i nie tylko) widziały od końca listopada.




Żeby trochę im osłodzić to czekanie, systematycznie zdejmowałam ozdoby ze strychu i dekorowałam jakąś część domu. Była wycieczka do lasu po świerk, a właściwie jodłę i ostokrzew, było sypanie brokatu na kartki...





W piątek stanęła choinka w pokoju dziennym. W tym roku to dzieci ubrały ją po swojemu. My złożyliśmy tylko drzewko w całość i powiesiliśmy światełka. Reszta to ich wkład. Zabawki wiszą jedna na drugiej, w innych miejscach pusto, ale to nic. Przecież to ich radość.

 




Przezornie wyjęłam tylko plastikowe ozdoby. Szklane, malowane świecidełka są schowane, starannie zapakowane i czekają na "za rok, albo za dwa". Na corocznych, poświątecznych wyprzedażach gromadzę sobie powoli oryginalne, czasem stylizowane na dawne, bombki i póki co czekają, bo podczas tegorocznego strojenia drzewka co raz słychać było stukot lub turlanie się zabawki:)

  



Kiedy choinka już znalazła swoje miejsce - w tym celu jeden z foteli musiał wywędrować na strych - przejrzałam zawartość pudeł i stwierdziwszy, że zostało całe mnóstwo kuleczkowych łańcuchów w kilku kolorach oraz dwa zestawy światełek, udekorowałam resztę domu.




Jak widać na zdjęciach, dzieciaki zaangażowane w pracę/zabawę. Ochoczo wyciągały rączki po kolejne bombki i inne świecidełka.




Kiedy choinka stanęła, całe zainteresowanie jakby uleciało. Tak mi się wydawało, bo były to tylko pozory. Na naszym drzewku nie ma zbyt dużo słodyczy. Dostałam paczkę trufli od Charlotte, postanowiłam więc je powiesić(wielokrotnie podczas przedświątecznych zakupów zastanawiałam się czy kupić cukierki, czy nie i ostatecznie nie kupiłam). Moje córeczki niby nie zainteresowane choinką, niby nie dotykające jej i... 




Co się okazało? Już pod koniec drugiego dnia odkryłam wiszące puste papierki! Zjadły wszystko! Nie, przepraszam, nie wszystko. Zostawiły nam jeden cukierek do podziału. Artur jeszcze o tym nie wie(no chyba, że już przeczytał mój wpis), ale jak się dowie...





Drzwi jadalniane otrzymały ostatecznie błękitne oświetlenie i ciemnozielone łańcuchy.




Od strony pokoju dziennego łańcuchy też zielone, tylko błyszczące i kolorowe światełka. Marzy mi się, że któregoś roku zaświecę światełka o ciepłym, jasnym blasku. Nie białe, nie kolorowe, ale takie lekko żółtawe, rozjaśniające i ogrzewające otoczenie.





Na kominku i na wstążce okalającej kominek, karty świąteczne. 4 z Polski, reszta z Irlandii. Kilka lat temu było odwrotnie:)





Białe śnieżynki to namiastka śniegu, bo u nas 12(lub więcej) stopni od kilku dni. Którejś nocy zerwał się naprawdę silny wiatr(podobno 110km/h), który obudził mnie i lekko nastraszył. Myślałam, że zerwie nam dach. Dom trzeszczał i skrzypiał, świstało wszystkimi szparami w oknach. Mimo wszystko jednak wolę taką pogodę, typowo wyspiarską. Kiedy mrozi, kiedy lód na drogach, boje się o powroty mojego męża z pracy. Kiedy zimno, w naszym domu panuje chłód ogromny. 




Na schodach zawisły koralikowe łańcuchy w czterech kolorach. Miałam jeszcze ożywić to zielenią z lasu, ale już nie pojechałam, bo w sobotę umyłam swoje auto i nie chciałam go od nowa utrzaskać w błocie. Ostatnim razem prawie utonęłam w błotnistej mazi. Na szczęście mój renault jakoś przepłynął przez największe błoto, a kiedy już chwycił twardy grunt pod kołami, odetchnęłam z ulgą. Nie byłoby ciekawie pchać auto z trójką dzieciaków w środku:) Po takiej wyprawie jeździłam nim jeszcze ze dwa tygodnie, bo a to za zimno, a to nie było czasu nic robić, ale w sobotę nadszedł czas kąpieli. 




Udało mi się nawet nakłonić Artura do umycia hondy, która już nie srebrna, a szaro-czarna była. I nie przeszkadzałoby mi to tak strasznie, gdyby nie fakt, że w momencie, kiedy dzieci wsiadały do jego auta, wycierały z grubsza drzwi swoimi kurtkami, płaszczami czy czym tam jeszcze.





W świetle dnia łańcuchy też ładnie się prezentują, a świecą się najbardziej rankiem, kiedy słońce wpada przez szyby wejściowych drzwi.


Mój wpis dziś i długi i trochę chaotyczny, ale w momencie pisania coś mi się przypominało i musiałam to umieścić w danej chwili, bo potem umknęłoby mi to na zawsze. O kilku sprawach miałam wspomnieć wcześniej, zapomniałam, więc dziś wszystko hurtem.



  Jeszcze raz życzę Wszystkim wspaniałych Świąt!

niedziela, 23 grudnia 2012

***








Wspaniałych, pełnych miłości i wzajemnego zrozumienia Świąt Bożego Narodzenia życzę Wszystkim Odwiedzającym. Niech ta czarowna atmosfera pozostanie z nami na ostatnie dni starego roku, a także na kolejny, Nowy Rok 2013!!!



                                                                                                                         Anna 






                                  


piątek, 21 grudnia 2012

Co w kuchni?




...w tej chwili spokój, jeszcze spokój. 


Zakupiłyśmy razem z Izabelą rybę, a nawet dwie. 





Niedawno sprzedawali całe łososie, dość spore, przy czym zeszli z ceny o połowę. Skusiłam się na dwa takie po 2,5kg każdy. W tym roku na święta będzie zatem łosoś, a nie karp, którego miłośniczką jestem tylko ja. 
Izabela towarzyszyła mi przy całokształcie prac. Łosoś był wypatroszony, więc ta "przyjemność" mnie ominęła, ale już skrobanie łuski i odcinanie płetw, głowy i dzielenie... tak, zrobiłam to sama, mimo że jeszcze za dwa lata temu nie byłabym w stanie. 


Kilka dni temu upiekłam też makowy zawijaniec.

Rozwałkowałam jakoś za szeroko i stąd ten zawijas na końcu ciasta:




Po upieczeniu wszystko się prawie wyrównało:





I tylko z ilością maku przesadziłam, a może za cienko rozwałkowałam w środku? W każdym razie nie wyszły ładne warstwy  makowo-ciastowe:




 Takie trochę to wszystko zawalone, jakby ruina, ale w smaku rewelacja, więc mniejsza o większość. Jeden od razu poszedł tego samego dnia; drugi pocięłam i zamroziłam, żeby nie bawić się przez wigilią. 

Swoja drogą wypróbowałam nowy przepis na drożdżowe ciasto i nie przewidziałam, że tym razem wyrośnie aż tak! Powinnam to była podzielić na 4 placki, wtedy i kształtniejsze by wyszły i ładniej może ułożyłoby się ciasto w środku.


Dzięki znajomej blogowej Rest, wypróbowałam błyskawiczne pączki dla dzieci. Rest, one są rewelacyjne! 20 minut i miałam około 40 pączuszków, niemalże takich jak drożdżowe. Dzięki za zalinkowanie tamtej strony.
Może Wy znacie, ale ja dopiero poznałam stronę Skutecznie.TV  i jestem zachwycona.  

środa, 19 grudnia 2012

Pierniczenie i lukrowanie



Pierniki już polukrowane, ozdobione i w tym roku całościowo, absolutnie własnoręcznie przez dziewczyny. Ciacha wyglądają tak:




I lekkie zbliżenie:





Izabela dzielnie pracowała:




Układała pojedyncze kulki, po jednej, aż nie mogłam uwierzyć w jej cierpliwość!




Ten motylek to jej praca, ja pomogłam posypać środek różowym, a kulki ułożyła sama:



To jajo tutaj, to też jej praca; Artur aż podszedł cicho od tyłu i przyglądał się jak najmłodsza pociecha pracuje:



Reszta dziewczyn też się udzielała:



Tutaj wszystkie cztery(jak widać jedno dziecko ekstra mi się przytrafiło; tym razem tylko jedno):



I najstarsza:



Wszystkie pracowały bardzo przejęte, podjadały lukier, podkradały ozdoby i też pakowały do buzi...

 Dzieci były zachwycone pracą, a Artur skomentował, że znalazłam sobie niewolników, którzy wykonali za mnie pracę; w dodatku cieszyły się, że mogły to zrobić:)

wtorek, 18 grudnia 2012

Świetliście i błyszcząco



Dziękuję za wszelkie porady odnośnie ciasta drożdżowego. Wypróbuję i się pochwalę:)


Po raz kolejny rozświetlamy mroki wieczorów, tym razem bardziej świątecznie. Żyrandol dostał trochę zieloności z dodatkami:





Jakieś tam złote dzwoneczki, czerwone owoce, trochę wstążki:




Wszystko w ramce delikatnych światełek.




Chwilowo wiszą jeszcze tu metalowe, srebrne dzwonki, ale tylko po to, żeby niedługo znaleźć nowe miejsce, ponieważ to nie koniec "wędrówki" ozdób.




Na łańcuchu żyrandola huśtają się delikatnie kryształowe ozdoby:



Czy zostaną tutaj? Jeszcze nie wiem





A w przygotowaniu okno i parapet:)

sobota, 15 grudnia 2012

Wymieniłam pokrowce na poduszkach



Swego czasu, czyli około roku temu, zakupiłam poduszki na jadalniane krzesła. Krzeseł mam sześć, a poduszek jednakowych było sztuk cztery. Oczywiście dwie pozostałe też zakupiłam, tyle, że już w innym kolorze. Wiedziałam też od początku, że będę musiała pokrowce uszyć, bo kolorystyka nie pasowała wcale do naszej jadalni. Czas płynął, zrobił się z tego rok i nagle, wczoraj mnie naszło na szycie. 

Znalazłam stosowny materiał, odrysowałam formę i już bez dalszych przymiarek pocięłam materiał. Ten brak dokładnego mierzenia czasem się na mnie odbija, ale na szczęście nie tym razem. Wymyśliłam sobie jakieś tam mocowania w formie paseczków i...




...zarzuciłam stół skrawkami materii.


Dziś zebrałam się w sobie i dokończyłam dzieło. Szycie było nużące ze względu na powtarzalność elementów, szczególnie pasków. Przebrnęłam jednak.


Efektem jest taki stosik poduszek:




Materiał leżał ze 4 lata i planowałam uszyć z niego zupełnie coś innego, już nawet nie wiem co? Mimo delikatności wzorku, jest to solidnie utkana materia, dość gruba, więc mam cichą nadzieję, że wytrzyma troszkę. 



Nie ma się jednak co łudzić, przy tej kolorystce, z przewagą jasnych barw, trzeba będzie uszyć kolejny komplet, żeby był na zmianę. Dzieciaki na pewno wezmą czynny udział w przyspieszeniu procesu brudzenia.




Tu widok na paseczki, szyte w ekspresowym tempie.




I poducha już w akcji:






A na koniec ktoś mnie może poratuje? 

Jak przedłużyć świeżość drożdżowych ciast? Zwykłej babki na przykład. Macie jakieś sposoby? Moja babka już drugiego dnia jest prawie sucha. My możemy jeść, zawsze można ją odświeżyć, ale jak już chciałabym komuś dać... jak przetrzymać ją choć jeden dzień?

 

wtorek, 11 grudnia 2012

Zupełnie zapomniałam



...o moich kolorowych kwadratach. Robiłam je od wielu lat - nie ciągiem oczywiście - i w końcu coś tam skleciłam. Tak naprawdę powstało to już dawno, bo jakoś w lipcu chyba. Jako dowód załączam zdjęcia z naszego wakacyjnego pikniku. Oto poszewka na.... no właśnie, na co? 
Przez wakacje znalazło zastosowanie jako pokrowiec na wszelkie koce wożone w moim aucie. Któregoś dnia Mark zapytał czy wydziergam wszystkim sąsiadom takie poduszki? Każdy samochód na naszym parkingu dostałby po jednej:) i byłby to taki znak rozpoznawczy. 

Poniżej wybebeszona poducha nad "okiem" mojego renault:


Tu wtrącę coś z dawnych lat. Zawsze miałam słabość do aut i na któregoś dnia, na studiach będąc i uczęszczając na ćwiczenia głównie, szłam z grupą znajomych. Nagle wyrwało mi się: "ale on ma piękne oczy! - Zauważyłaś jego oczy? - zdziwili się znajomi - z tej odległości? Jak?" Oni mieli na myśli faceta, a ja mijający nas samochód. 
I tak mi zostało. Lampy niektórych aut mają taki kształt, że od razy wpada mi do głowy tylko jedno słowo, najbardziej trafne, na ich określenie - oczy.


Nasz piknik. Zastosowanie znalazł nawet mój bardzo prosty patchwork, prezentowany też lata temu:



Dziewczyny dość głodne zajadały po spacerze:



...a podusia grzecznie leżała na masce wietrzącego się auta(bo mój samochód ma tylko taką klimę; Artur lubi podkreślać, że w jego hondzie jest klimatyzacja, więc ja uparcie twierdzę, że w moim też, w dodatku ekonomiczna - jedyne co muszę zrobić, to nacisnąć guziczek od otwierania okien, albo od ogrzewania - zależnie od pory roku:) )





Zatem moje "dziergadełko" przeleżało w samochodzie wiele miesięcy, aby w końcu przywędrować do domu. Tu, solidnie wypchana poducha, bo nie można nazwać jej poduszką, a tym bardziej jaśkiem, zagościła na kanapie:




Ponieważ każda strona jest inna, pokażę obie:



Tak to już jest z tym wyrabianiem końcówek, żaden kwadrat nie jest identyczny:



Ma to jednak i swój urok, z tym, że w tej chwili jakoś mi się już "przejadły" tego typu wzorki i szukam czegoś innego. Ponieważ sieć ma niezmierzone zasoby, na pewno coś znajdę:)