niedziela, 26 sierpnia 2012

Kolejny powojnik ukazuje swoje piękno



Tym razem jest to ciemny fiolet, rozwija kwiaty aż do ziemi:




Wciąż rozchylają się kolejne pąki, i kolejne...




I jeszcze zbliżenie:




A tymczasem w oknie kuchennym wiszą zasuszone ostróżki. Zupełnie zapomniałam, że właśnie ostróżki suszą się fantastycznie. Gdybym pomyślała o tym odpowiednio wcześnie, teraz miałabym przepiękny, wysoki bukiet, w kolorze, który uwielbiam:





Natomiast na żyrandolu zawisł różany bukiet - pamiątka po chrzcie Izy:
 


Kwiaty miały fantastyczny kształt - taki "różany", zwarty...





...nie mogłam się im oprzeć i nie pozwoliłam zwyczajnie zwiędnąć i umrzeć:






Z innej beczki...

Izabela radzi sobie coraz lepiej z toaletą. Od piątku zaliczyła tylko jedną wpadkę; jestem zachwycona.



W robótkach cisza, bo czytam kolejną książkę H. Mankella "Firewall". 

sobota, 25 sierpnia 2012

Zaczęliśmy...







...naukę nocniczka dla Izabelki. Wiem, że niektórzy powiedzą, że za późno. Usłyszałam już setki opinii, jak bardzo opóźniona jestem, pytań: dlaczego dopiero teraz??? i zdań: moje dziecko/dzieci korzystały świadomie z nocnika kiedy miały już 9/10/12 miesięcy. 

Tak... Możliwe, że zaczęłabym wszystko wcześniej, gdyby nie wygoda pampersów. Wiecie, zapinasz pieluszkę i nie martwisz się o ciąg dalszy. 
Kolejna rzecz - Izabela nie przejawiała zainteresowania toaletą czy nocnikiem, choć podpytywałam ją i pokazywałam możliwości tychże, już dużo wcześniej. Izabela była obojętna lub na "nie". Przypominając sobie słowa mojej babci: widać to nie jej czas; będzie gotowa, zacznie - dałam sobie spokój. 

Może to i ja potrzebowałam dorosnąć do decyzji rozpoczęcia tego procesu nauczania? Może to bardziej chodziło o moje obawy, niż o to, czy Iza poradzi sobie i jak szybko? Nie wiem. 


6 dni temu zaczęłyśmy. Piszę zaczęłyśmy, bo Artur ma ten tydzień strasznie zajęty pracą i w domu jest sporadycznie, stąd jego trochę mniejszy udział w tym procesie. 


Jak to wszystko wygląda? Z mojej perspektywy jakby łatwiej niż z Małgosią. Nie mówię tu o Moni, która sama z siebie zainteresowała się wszystkim i po prostu nauczyła, patrząc na starszą siostrę. Z Gosią było o tyle trudniej, że nie miałam doświadczenia z tego typu sprawami; wszystko robiłam na podstawie przeczytanych artykułów lub opinii. Miałam mniej cierpliwości(ciąża i hormony), a może oczekiwałam cudu? Efekt był taki, że wściekałam się strasznie, latałam ze ścierą i sprzątałam.

Teraz po prostu założyłam, że będzie ciężko. Nastawiłam się na pilnowanie i zalane mieszkanie mimo wszystko. Pierwszy dzień był najtrudniejszy: ciągłe pytanie - chcesz siusiu? usiądziesz na nocniczek? Brak zrozumienia u dziecka - to kolejna rzecz i mój stres do pierwszego zalania podłogi... Potem poszło. Izabela jest niesamowicie zadowolona, kiedy zrobi to co trzeba. Następuje cały rytuał wylewania do toalety, spłukiwania, itd. 

Wczoraj - 5 dzień nauki - wybraliśmy się na zakupy do Portlaoise, zabierając Izę bez pieluszki(oczywiście w moim aucie). Droga krótka, do 20 minut. Na miejscu nie chciała skorzystać z toalety, zrobiliśmy zakupy, wciąż nic, więc wróciliśmy do domu. W sumie trochę ponad 2 godziny. Dziecko załatwiło sprawy toaletowe w domu, pozostawiając auto czyste. Uznałam to za pierwszy sukces. Kolejny, to nasza wyprawa do znajomych, gdzie Izabelka sama z własnej woli poszła do toalety i skorzystała z niej z sukcesem! 


Czyżby nastąpił przełom? Oby tak było.  

środa, 22 sierpnia 2012

Jeżynowa uczta



W piątek - poprzedni - wybraliśmy się na spacer. Raczej wybrałyśmy się, bo Artur był jedynym, który został w domu. Pogoda dopisywała, choć chmury straszyły deszczem co kilka minut; na szczęście na strachu się skończyło. 

Wędrowałyśmy sobie w takich oto "okolicznościach przyrody":
 




Stopniowo robiło się coraz bardziej "lesiście", ale też i przyjemniej... cisza przerywana tylko odgłosami ptaków i szumem wiatru(pomijam tu odgłosy moich córek)




Na obrzeżach pełno było jeżyn, które zaczynają swój czas owocowania, więc dziewczyny nie omieszkały ich spróbować, a kiedy już to zrobiły...





Najwięcej schylałam się ja, bo moje córki jakoś nie widziały owoców...

 




Te pierwsze są jeszcze małe, ale na gałązkach widać mnóstwo kolejnych - zielonych lub czerwonawych...





W trakcie spaceru nie obyło się bez kłótni i przytulasów...





A po powrocie do domu ugotowałam kisiel jeżynowy - niesamowity w smaku! Na tę okazję Monika "zaoszczędziła" trochę owoców, które zbierała w drodze do domu.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

19 sierpnia minął



19 sierpnia Izabela przyjęła sakrament Chrztu Świętego w kościele Św. Michała w Portarlington. 


Uroczystość była skromna: 7 osób dorosłych i 4 dzieci. Byli tylko Dana(chrzestna matka), Plunket(chrzestny ojciec) z żoną, dwójka naszych przyjaciół z synem i my.

Izabelka od rana pomykała w sukience:  




W kościele nie tak łatwo było ją ujarzmić, bo kręciła się wszędzie i chodziła własnymi ścieżkami(w tle Gosia i Monika):



Dopiero tata wziął ją na ręce...




...zapozowali łaskawie do zdjęcia...




...i przez chwilę był spokój...



Opaska-wianuszek długo nie gościła na głowie, a nawet jeśli, to szybko zmieniała położenie:




W końcu się zaczęło:



Dostaliśmy miejsca w ławkach: 



Jeszcze kilka fotek " na luzie":



...a potem ksiądz usadził nas w ławce z chrzestnymi:




Wszystko przebiegało gładko do momentu polania głowy wodą. Izabela nie bardzo zgadzała się na takie trzymanie...





...a kiedy poczuła lejącą się wodę, w kościele rozegrała się mała tragedia. Izabela była przekonana, ze ksiądz zaczął mycie głowy i wściekła się! 



W momencie powrotu do pionu, wciąż płacząc i ściskając mnie za szyję, obrzuciła księdza wściekłym spojrzeniem:




I tata, który ja trzymał podczas polewania głowy wodą, nie wrócił już do łask:




Izabela została u mnie na kolanach i nie było mowy o żadnym podaniu ręki księdzu "na zgodę":




Po zakończeniu obrzędu, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć z księdzem, i takich rodzinnych, i...ruszyliśmy do domu na małe przyjęcie.


 Na stole gościły maki i haftowany len:    



Było jeszcze kilka rzeczy, parę przekąsek, trochę słodkości i tort, którego nie mam na zdjęciach, bo zniknął:



Cieszę się, że wszystko poszło gładko; za rok kolejna impreza - 1 Komunia naszej Małgosi.

środa, 15 sierpnia 2012

Ostatnia notka przed imprezą





Impreza już w niedzielę. Menu przygotowane, prace rozpisane na poszczególne dni, więc nie powinno być niespodzianek. 

 
Dziś tylko kilka fotek moich działań - ukończonych i tych w trakcie. 




Na początek coś na chrzest: "white shawl" czyli taka polska biała szatka. Tutaj jest to po prostu biały szal, kocyk, płótno, coś, co nakłada się dziecku na ramiona podczas ceremonii. Pytałam znajomych Irlandek gdzie mogę to nabyć, ale one stwierdziły, że przecież mogę sobie zrobić na drutach bądź szydełku. 

Zrobiłam.






Dwie nitki: jedna złamana biel, druga coś z błyskiem:



A poniżej wzór, który szybko się dzierga:




Ukończyłam szalik na chłodne dni:



Siostra dostała zrobiony na szydełku, ja mam swój na drutach, ale kolor identyczny:



I wzór:



Bardzo prosty, ale wymagający ciągłego liczenia i liczenia. Wiele razy podpruwałam, bo nagle zabrakło mi jednego oczka.


Ukończyłam też szydełkowego cosia, czyli chodniczek do łazienki. Nie było w sklepach takich kolorów, to sobie zrobiłam:




Trzy nitki i najprostsze półsłupki:



Wszystko to bawełna, więc chłonie wodę doskonale.



A niedawno zaczęłam kolejny łazienkowy chodniczek - pętelkowy:



Też trzy nitki, więc wychodzi mięsisty, ale do jego ukończenia... jeszcze chwilka.


Teraz znikam robić gołąbki:)

wtorek, 7 sierpnia 2012

Jakaś zajęta jestem ostatnio






...i to nie z powodu dzieci, czy przygotowań do chrztu. 


Mam trzy robótki narzucone na druty czy szydełko. I wszystko robię prawie w jednej chwili. Najostatniejsza rzecz ma być oczywiście zrobiona jak najszybciej. Nie pokażę jej jeszcze, bo nie chcę zapeszyć robótki. 

Póki co, mała zajawka szydełkowego dziergadełka:






Jak widać jest długie, ale niezbyt...





Ma lekko wypukłą fakturę, ale nie za mocno...





Przebija w nim trochę niebieskiego, ale nie za dużo...


Cóż to jest? Zobaczymy

niedziela, 5 sierpnia 2012

Tort orzechowo-czekoladowy





Sprawdziłam następny przepis na tort. 

Kolejne ciasto, które gwarantuje brak zakalca - jest całościowo wilgotne zaraz po upieczeniu, do tego ciężkie i intensywnie orzechowe. Dodajmy do tego jeszcze rum i czekoladę...







Całości nie pokazuję, bo już nie ma. Pozostało tylko trochę. Rano zdołałam zrobić zdjęcie połówce - tort skończyłam przygotowywać wczoraj wieczorem - i całe szczęście.
Jak widać nie jest ozdabiany, bo nie o to chodziło. Chciałam tylko wypróbować przepis.




Podobno nadaje się do zamrożenia - właśnie sprawdzam. Zobaczymy jak zachowa się po rozmrożeniu. 

Ciasto wlałam do swojej dużej tortownicy(25 albo 28cm) i wypełniona była ona pod sam wierzch - dosłownie. Nie urosło jednak dużo, może ok. 1cm powyżej. Tort pochłania cały tuzin jaj i prawie pół kilograma zmielonych orzechów włoskich. Mąki w nim nie ma. 

Masa, którą jest przełożony, zrobiona została z masła i czekolady. Zastanawiałam się nad tym połączeniem, ale jest doskonałe; może za sprawą minimalnego dodatku rumu? Jak widać na zdjęciach, masy używa się bardzo oszczędnie - porcja z przepisu wystarcza dokładnie na cienkie posmarowanie dwóch krążków. I więcej jej nie potrzeba. Do tego polewa czekoladowa na wierzch i... można próbować.

Artur skrytykował ten tort - podobnie, jak kawowy. Nie jest rewelacyjny - to jego słowa. Ja z kolei od razu go polubiłam za orzechy i czekoladę. 

Wiem już, że ciasto upiekę dzień wcześniej, żeby ostygło na spokojnie. 



A z wieści ogrodowych... 




Kolejny powojnik zaczyna kwitnienie - 'Polish Spirit' - kolor jest zdecydowanie ciemniejszy, niż pokazują zdjęcia. 

Poniżej zapowiedź tego, co będzie dalej...




Czy ja już wspominałam, że uwielbiam powojniki?