niedziela, 20 maja 2012

Czasem tak jest...

...że spełnienie marzeń trzeba odłożyć na potem.


Póki co, nasze marzenie o domu odsuwa się na bliżej nieokreśloną przyszłość. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że właśnie znaleźliśmy dom. Dom, który ma wszystko, czego szukaliśmy. Podoba się nam obojgu, posiada ciekawe detale i przyjazne rozwiązania. Nie leży w Portarlington, a 7km poza miastem i jest w zasadzie przedstatnim domem we wsi:) Za nim tylko lasy i torfowiska. 

Tutaj można go zobaczyć; co prawda to tylko detale, ale... Od agenta dostaliśmy całą ofertę z dużą ilością zdjęć, ale to, co zobaczyliśmy w realu... Dużym(dodatkowym) atutem jest cena - mniejsza o 55tys. niż ta widoczna na ogłoszeniu.


Kiedy wjeżdżałam przez bramę, a potem wychodziłam i oglądałam podwórko na tyłach, wcale nie byłam pewna, czy mi się spodoba. Wszystko zaczęło się zmieniać po zobaczeniu kuchni; potem było już lepiej i lepiej. Dom jest wystarczająco duży, jak na nasze potrzeby - 200m na dole i 100 na poddaszu, które jest już w 3/4 zrobione. Właściciel jest budowlańcem; dom był robiony pod jego rodzinę, w czasach, kiedy w Irlandii nie było mowy o kryzysie. W środku piękne wykończenia drewnem: sufity, podłogi, parapety. Piękne płytki w łazienkach i to, co najlepsze: możliwośc podwójnego ogrzewania albo olejem, albo torfem, albo drewnem - tu się kłanie suszenie domu, tak ważne w tym klimacie. 
Do tego jest prawie 1/3 hektara ogrodu na tyłach. Czego chcieć więcej? 

I jeszcze jedno. Właśnie w tym domu "widzę" naszą rodzinę. Kiedy tak chodziłam i oglądałam wszystko, "przemówił" do mnie. Dlatego tym bardziej ciężko mi było pogodzić się z myślą, że trudno, trzeba się z nim pożegnać. Jeśli ma być dla nas, to poczeka(w obecnej sytuacji domy nie sprzedają się szybko; niektóre stoją po dwa lata i nic). Jeśli zostanie sprzedany... przynajmniej wiem dokładnie, czego szukam, bo dzięki niemu już wiem.


Post piszę po dwóch tygodniach od momentu, kiedy musieliśmy zadzwonić do agenta i odmówić. Musiałam ochłonąć i przemyśleć wszystko. Emocje musiały opaść, łzy obeschnąć. Nie było to łatwe, nie. Nasz znajomy Irlandczyk pociesza mnie, żebym nie rozpaczała, bo to nie ostatni dom, który będzie taki piękny i radzi mi: "get over it" - przeboleć. Nie pozostaje mi nic innego.


wtorek, 15 maja 2012

Poduszki do pokoju dziewczynek



Pierwsze dwie poszewki skończone. Jeszcze raz przypomnę, że wzór brałam z tego miejsca.






Tył inny, żeby się nie nudziło. Nierówne te paski kolorów, bo wykańczałam włóczki.





Zapięcie najłatwiejsze z możliwych...




..dwa sznureczki na szydełku




Druga w innych kolorach:







I razem:










Myślę, że wyszły całkiem przyjemne. Pozostała do zrobienia jeszcze jedna.



niedziela, 13 maja 2012

sobota, 12 maja 2012

Wytrzymałość wszystkiego kiedyś się kończy...




...następuje zużycie materiału i koniec. 



W tym tygodniu, po prawie 7 latach użytkowania(bardzo intensywnego), moje żelazko padło. Nawet nie tak do końca pewnie, bo po prostu zaczęło coś śmierdzieć palonym plastikiem, więc wyłączyłam sprzęt, potem odkręciłam tylną klapkę i okazało się, że izolacja jednego z kabelków zaczyna się nadpalać. Być może można by było to jakoś ratować, ale ja nie jestem specem od elektrycznych rzeczy, nie miałam czasu, bo pranie czekało i musiało być gotowe - w sensie uprasowane, więc mój małżonek poświęcił się i pojechał aby kupić wybrany przeze mnie model. 

Będąc na studiach miałam philipsa - to prawie najprostsze, jedno z najtańszych parowych żelazek. Wytrzymało studenckie pożyczanie, potem pracowało w naszym domu, kiedy urodziła się Małgosia(kto ma maluchy wie, jak intensywnie się prasuje), potem służyło mojej siostrze na studiach(przetrwało!) i wylądowało w domu moich rodziców, jako awaryjne. Nie wiem czy nadal tam jest, ale wydaje mi się, że i tak wiele przeszło.

W Irlandii kupiłam sobie też philipsa, nieco lepsze, z trochę wyższej półki, aczkolwiek nie jakieś wyczesane. Przeżyło tyle lat, kolejna dwójkę maluchów i chyba ze trzy upadki na podłogę. Nie pękło, nie ciekło, odkamieniało się samo i teraz dopiero jakby wysiadło. 

Kilka dni temu kupiłam kolejnego philipsa:

 
philips azur - zdjęcie z amazon.

Kto ma ochotę poczytać tutaj jest mały opis, z którym się zgadzam, przynajmniej w tej chwili. 
Prasuje się idealnie! Poprzednie było bardzo dobre(miało stopkę ceramiczną, więc po tylu latach nie było na niej ani jednej rysy, a jechałam równo po suwakach, guzikach), a to jest jeszcze lepsze. 
Ogromnym plusem jest 2,5m kabel, jego waga - niezbyt ciężkie, ale też i nie leciutkie, siła pary - duża(uwielbiam takie), moc też. 

Z całego mojego wpisu wynika jasno, że jestem fanką jednej firmy. Tak. Jestem. Nie zawiodłam się jeszcze na ich sprzęcie, a miałam już i depilator(mam go nadal) i czajnik i żelazka. Pewnie sa inne, dobre firmy, ale ja jestem przywiązana(głęboko) do tej jednej. I mam nadzieję, że to, kupione niedawno, zostanie z nami na parę ładnych lat. 

I to tyle na dziś.