niedziela, 29 kwietnia 2012

Niebieskie szaleństwo






...trwa już u nas jakiś czas.

To ta pora roku, ten miesiąc, tylko pogoda się troszkę popsuła. a może wiosna zapomniała o nas? Ostatnie dni były iście zimowe: deszcze, zimne wiatry przeszywające do szpiku kości... Mimo to natura powolutku działa i oto co tworzy: 




Zdjęcia są z wczorajszego spaceru, kiedy słońce świeciło pięknie, tylko czasem naciągając chmury na twarz; za to wiatr nie próżnował, a temperatury też nas nie rozpieszczały. 





Dziewczyny szalały w Emo - tak, to kolejna wyprawa do tego parku.




Ja robiłam zdjęcia.





Podobne dywany, całe niebieściutkie, można spotkac w tutejszych lasach. 




Kwiaty te są wszechobecne na Wyspach i teraz jest ich czas.





Hyacinthoides non-scripta znany czasem jako Scilla non-scripta; w Polsce: cebulica 




Tutaj nazywany jest Blue bells




Czyż te kwiaty nie są piękne?


A w kolejnym poście, a może postach - drzewa... bo lubię im robić zdjęcia.

hrabina.ee, niedziela, 29 kwietnia 2012

Niebieskie szaleństwo







...trwa już u nas jakiś czas.

To ta pora roku, ten miesiąc, tylko pogoda się troszkę popsuła. a może wiosna zapomniała o nas? Ostatnie dni były iście zimowe: deszcze, zimne wiatry przeszywające do szpiku kości... Mimo to natura powolutku działa i oto co tworzy: 




Zdjęcia są z wczorajszego spaceru, kiedy słońce świeciło pięknie, tylko czasem naciągając chmury na twarz; za to wiatr nie próżnował, a temperatury też nas nie rozpieszczały. 





Dziewczyny szalały w Emo - tak, to kolejna wyprawa do tego parku.




Ja robiłam zdjęcia.





Podobne dywany, całe niebieściutkie, można spotkac w tutejszych lasach. 




Kwiaty te są wszechobecne na Wyspach i teraz jest ich czas.





Hyacinthoides non-scripta znany czasem jako Scilla non-scripta; w Polsce: cebulica 




Tutaj nazywany jest Blue bells




Czyż te kwiaty nie są piękne?


czwartek, 26 kwietnia 2012

Tyle dni juz minęło...




...od pierwszego krzyku Izabelki w szpitalu, we wczesnych - 6.55 - godzinach rannych. 



Dwa lata - 2 LATA! - minęły 20 kwietnia, czyli już prawie tydzień temu.


Nie było wielkiej imprezy. Ciasto ,w kształcie serca, które przypadło Izabelce do gustu, dwie kartki ze wschodniej Polski... i tyle. Najmłodsza jest jednak jeszcze na tyle mała, że nie o imprezy jej chodzi:) i ten szczególny dzień przeżyła bez fochów, za to w spokoju i z uśmiechem. I oby tak dalej!!!










wtorek, 24 kwietnia 2012

Kolorowych kwadratów ciąg dalszy




...czyli co robię w wolniejszych chwilach.


Już pokazywałam zaczątek poduszki dla Moniki. Oczywiście, jak należało się tego spodziewać, Małgosia natychmiast wyraziła chęć posiadania podobnej. Zatem, kiedy tylko skończyłam szydełkować przód poduchy dla Moniki, zaczęłam następna produkcję, a w międzyczasie jeszcze jedną - dla siebie:) Dzięki temu nie nudzę się, bo wciąż przeskakuję między kolorami. 


Ta ma być dla Gosi:



Już jest skończona, bo zdjęcie robione było wczoraj.


Ta z kolei może dla mnie, może dla Izabelki? Zobaczymy.



Kolory takie bardziej moje, w niebieskości uderzające, ale nie jest wykluczone, że spodobają się najmłodszej.


I ostatnie zdjęcie: 



Zaczął się produkować tył jednej z poduch. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zainspirowana przez...






...Joankę-Z zrobiłam moim dziewczynom takie bransoletki:




Ta fioletowa jest pierwsza, robiona z drewnianych koralików i szarej włóczki bawełnianej. Kolejne zrobiłam z muliny. 




Nie ma tam splotów makramowych, bo są one dla mnie jakąś magią. Niby wiem, niby rozumiem, ale kiedy zaczynam sama przeplatać... wychodzi NIC.




Niebieski to mój ulubiony kolor i akurat miałam takież koraliki, więc przeplotłam jedną więcej, dla siebie?:)



Dziękuję Joanko za podpowiedź, jak robic takie cudeńka. Moje córki są zachwycone.
hrabina.ee, poniedziałek, 23 kwietnia 201

sobota, 21 kwietnia 2012

Podstawy pod lampki już mam



Nie wiem jeszcze czy będą to lampki z przeznaczeniem do pokoju dziennego czy naszej sypialni. Najpierw jednak muszę poszukać abażurków. Skąd to zdrobnienie? Stąd, że to są małe lampki, o takie:






Dwiadzieścia centymetrów, może dwadzieścia pięć mierzą ich nóżki;





Są niemożebnie ciężkie, jeśli porównać to do wysokości.

Znajoma kobietka ze sklepu SH przyniosła mi to z zaplecza mówiąc, że czekała na mnie, bo wie, że tego typu rzeczy lubię. I nie myliła się. Najpierw stwierdziłam, że nie będą pasować, ale po przemyśleniu wszystkiego doszłam do wniosku, że przecież w pokoju dziennym mamy lampy z okuciem w takim kolorze. Do sypialni też pasowałyby, bo tam króluje ciemny orzech i ciemne złocenia. Nie ma za to miejsca, żeby je postawić. Poza tym nie mam stosownych abażurów, których wygląd będzie zależał od miejsca przeznaczenia:)
Za nabytek zapłaciłam całą ósemkę. Aż nie wierzyłam w swoje szczęście:) Teraz będę powolutku szukać abażurów.

 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Malowanie domu idzie coraz lepiej




Czyżby dlatego, że w planach mamy opuszczenie go? Być może proroctwa siostry się spełnią i w momencie, kiedy już wszystko będzie takie, jak byśmy chcieli, przyjdzie czas na zamalowywanie moich wypocin. Chyba że właściciele zażyczą sobie pozostawienie malowideł na ścianach:) ale nie sądzę.


Pod poprzednim postem padło kilka wypowiedzi na temat poszukiwań domu. 
Ivory pisze, że w porównaniu z cenami u nich, u nas jest bardzo tanio. No tak, ale ceny nieruchomości spadły tutaj strasznie! Dom kupiony kiedyś za 230tys. w tej chwili warty jest 85-90tys. To taki jeden, wyrwany przykład, bo oczywiście wszystko zależy jeszcze od ilości ziemi, od położenia, sąsiedztwa, odległości od miasta, itp. 
Ten, który oglądaliśmy, jest stary, ale ma zrobioną nową izolację na zewnątrz - to jego niewątpliwy plus, patrząc na ostatnie zimy i ogólnie, na tutejszy wietrzny klimat. Do tego ma duży ogród i usytuowany jest na uboczu, w spokojnej okolicy, niemalże na łonie natury. I powiem Wam, że gdybyśmy nie musieli po wyłożeniu całej tej kasy starać się o pozwolenia na budowę, żeby zwiększyć łazienkę i ewentualnie dobudować jeszcze jedną sypialnię, to pewnie byśmy już się nad nim zastanawiali, ale... No właśnie. Nie mamy takich możliwości, więc wolę obejrzeć domy, które już mają gotowe 4 sypialnie, więcej niż jedną łazienkę i kosztują o kilkadziesiąt tysięcy mniej. Na przykład taki dom(klikamy, jeśli kogoś interesuje). Ja wiem, że 3 pokoje to sporo(tu piszę odnośnie wypowiedzi Uli), ale tutaj sypialnie są na ogół małe(jeśli są ogromne, to nas na pewno nie stać na taki dom) i dlatego ważne jest, aby było ich 4. Do tego ja lubię przestrzenie w kuchni, która powinna być jasna; ważna jest pralnia czy generalnie pomieszczenie gospodarcze - tak to nazwijmy. 

I jeszcze jedno, jak wspomniała Persjanka, zamierzam postawić na intuicję choć w jakiejś części. Wiem, że dom, który mi się nie spodoba, nie będzie mi się podobał i później, a przecież nie wymienię go za kilka lat! Nie spieszy się nam z kupnem, więc czy to będzie w tym miesiącu, w następnym, za pół roku czy rok, to nie gra roli. Ważne, żebyśmy dostali to, czego szukamy. 


A teraz moje malowanki korytarzowe Wam przedstawię, bo dobrnęłam do końca. Wyobrażacie sobie?! Nie wiem nawet, ile już to trwało, a nie chce mi się bloga przeszukiwać. Pewnie siedem miesięcy stuknęło, może nawet więcej:) Najważniejsze, że to już koniec. 


Widok ogólny z dołu:




I jeszcze z bliższych i dalszych odległości:



Pojawiły się kwiaty i liście w większej ilości, a do tego wszystkiego motyle i motylki. Całość to powtórzenie, a w zasadzie wolna interpretacja, motywu z lustra na dolnym korytarzu.





Kwiaty malowałam odręcznie tak, jak mi się kreska postawiła. Motyle najpierw rysowałam, wycinałam szablon, a potem malowałam.





Prawie każdy motyl jest inny; prawie, bo w kilku miejscach powtórzyłam motyw, jeśli karton jeszcze mi się nie rozpływał pod wpływem farby.




Niektóre motyle mają skrzydła jednolite, inne mają środki zamalowane tylko raz, żeby dało to jakiś tam odcień, wzór, cokolwiek...

Nad rozmieszczeniem nie zastanawiałam się, bo chciałam, żeby było totalnie przypadkowe. To, czym się kierowałam, to zagęszczenie owadów(i drobnych liści) w miejscach najbardziej narażonych na zabrudzenie.


Stąd też wypłynęła myśl o drzwiach do schowka:



Najpierw miały być całe żółte, ale w miejscu uchwytu, nawet na brązowej płycie, były już ślady. Zatem kilka  szablonów więcej i...
 


...strategiczne miejsce zabudowane.


Ogłaszam zatem wszystkim: zakończyłam malowanie korytarza!!!


Teraz szafki w pokoju dziewczyn czekają na swoją kolej; a i łazienka, którą już wygipsowałam w wyłupanych miejscach, wyszlifowałam i pomalowałam w 1/3 może. Pozostało dokończyć. Tutaj obejdzie się bez szaleństw, bo chciałam po prostu odnowić poplamione ściany. Artur wybrał odcień "Moonlight", który nie wiem dlaczego skojarzył mi się ze złamaną bielą. Taki obraz miałam w głowie, stąd przeżyłam szok otwierając puszkę, bo uderzyła mnie czysta biel. Niby logiczne: światło księżyca żółte nie jest:)

Największym wyzwaniem będzie kuchnia, jeśli dotrę do tego momentu:) 

środa, 18 kwietnia 2012

Dni mijają




Już dawno miałam coś napisać, podzielić się wrażeniami i nie udało się. Czas dosłownie ucieka, dni gubią się i kolejne tygodnie stają się przeszłością. 


W ostatni poniedziałek umówiliśmy się z agentem nieruchomości i obejrzeliśmy pierwszy dom. 


Tak. Chcemy kupić sobie dom. Po paru latach płacenia za wynajem, godzenia się na wiele(choć oczywiście narzekać nie mogę, bo kolejni właściciele domów byli naprawdę fajni i z każdym rozstaliśmy się w zgodzie), wybierania mniejszego zła, itp., zdecydowaliśmy, że zaczniemy sobie powoli czegoś szukać. 

Mamy sprecyzowane wymagania, jakieś wyobrażenie o tym, co chcemy dostać i... teraz czas zacząć wędrówkę po domach:)

Póki co podobały mi się dwa; z tym, że jeden bardziej Arturowi, a drugi z kolei mi. Później Artur zaczął mnie przekonywać(do spółki ze swoim ojcem), że właśnie jego wybór jest lepszy, bo dom ma potencjał, a działka jest bardzo duża. Nawet ogromna.
Przejrzałam jeszcze raz zdjęcia, przemyślałam obie opcje i stwierdziłam, że faktycznie, wybór Artura jest lepszy. Umówiliśmy się z agentem, bo chcieliśmy skonfrontować internrtowe zdjęcia z rzeczywistością.

Zatem, jak już wspomniałam, w miniony poniedziałek obejrzeliśmy dom i... 


...nadal stoimy w punkcie wyjścia, ale kto powiedział, że będzie łatwo? 


Działka może i duża, ale agent nie miał pojęcia, że dla mnie takie "przestrzenie" to nie są przestrzenie. Nie do takich wielkości jestem przyzwyczajona od dzieciństwa:) 
Druga i najważniejsza sprawa: dom jest tylko 3 sypialniowy i sypialnie te nie powalaja na kolana. Kuchnia, na zdjęciach duża i jasna, nie poraża swoja wielkością; przytłacza wręcz i sprawia przygnębiające wrażenie, bo jest bardzo ciemna. Wszystko za sprawą drzew, które z zewnątrz nadają charakteru domowi, ale zacieniają go strasznie. W Irlandii nie możemy narzekać na nadmiar światła, więc nie chcę go dodatkowo ograniczać. Te rzeczy, to tylko jedne z niewielu mankamentów, które odkryliśmy.

Żeby nie było, że tylko źle o tym domu piszę... Ma on potencjał, ale dla rodziny z dwójką dzieci(maksimum); Na pewno jest w nim wiele do zrobienia(malowanie, zrywanie tapet, gipsy, rozbudowa łazienki, to takie najważniejsze). Wielkim plusem był gotowy, drewniany taras o powierzchni mojego tylnego ogrodu. Kolejny plus to cicha okolica, dzika wręcz, ale sąsiedzi blisko, aczkolwiek w odpowiednim oddaleniu. Nie czujesz się sam(co dla mnie jest ważne, bo Artur pracuje na nocne zmiany), a jednocześnie nikt w okna, ba, do ogrodu, nie zagląda. 


Zaraz po wstępnym obejrzeniu domu agent zapytał mnie o moje wrażenia. Wydawał się pewien, że po prostu padnę tam z zachwytu i w związku z tym Artur podpisze umowę kupna w jednej sekundzie(Artur chodził tam jak boss, który towarzyszy żonie podczas kupna jakiejś droższej zabaweczki i tylko czeka, czy żoneczka już podjęłą decyzję:)). Zaskoczony był wielce, kiedy oznajmiłam, że jestem głęboko rozczarowana rzeczywistością. Próbował mnie, a potem już nas oboje, przekonać, jak wspaniała  to posesja, jak wielkie daje możliwości, i tym podobne pierdułki. W dodatku za ROZSĄDNĄ CENĘ! która nam z kolei już nie wydaje się taka rozsądna. 


Wszystko wszystkim, ale dla nas najważniejsze było pierwsze wrażenie. Weszłam do domu i od razu poczułam negatywne emocje, od razu coś mi się nie podobało. Próbowałam się dobrze nastawiać, ze względu na Artura, ale on oświadczył mi, że łazienka to według niego pierwszy i największy minus i już mu się dom nie podoba. To przesądziło o reszcie. 


"Elba"(po kliknięciu na nazwę można obejrzeć to cudo) - bo tak ma na imię dom, został skreślony z listy. A mielibyśmy taki fajny adres, bez numeru, tylko nazwa domu...


Kolejny dom czeka na oglądanie:) 

piątek, 13 kwietnia 2012

Kolorowy wzór szydełkowy



Pod wpływem jednego z filmików "Crochet geek" chwyciłam za szydełko i postanowiłam spróbować zrobić coś podobnego. Początkowo wydawało mi się skomplikowane zapamiętanie ilości słupków: raz 6, raz 19, to znów 7, to 4... ale jak już się w to wejdzie...


Efekty są takie:




to około pół godziny pracy.




A to po kolejnej godzince. Może i szybkość nie jest porywająca, ale jak dla mnie super! Szybko nie szydełkuję, więc ten imponujący przyrost zaskakuje mnie samą. 


Co z tego będzie? Kiedy zaczynałam, to przyznaję, nie miałam pomysłu, ale Monika, po pierwszym rzucie oka na robótkę, zaanonsowała wszystkim, że to jej poduszka:)

 

środa, 11 kwietnia 2012

Korale dziecięce



Nie wiem, jak Wy, ale ja ciągle miałam problemy z porwanymi koralami moich dziewczyn. Jeszcze kiedy były tam duże, ogromne nawet części, to pal licho; łatwo pozbierać. Z wiekiem jednak, koraliki zmniejszyły rozmiar, a zwiększyła się ich ilość. Wtedy problem się rozrósł. W zasadzie wydłużył się czas zbierania rozsypanych części i drastycznie zmniejszyła się moja cierpliwość. Żadne udoskonalenia w postaci mocnych nici, żyłek nie pomagały. Wcześniej czy później(ale zazwyczaj wcześniej) każdy materiał poddawał się, pod wpływem oddziaływania czynnika, zwanego "rączki dziecka".


W ruch poszło więc szydełko i powstały prowizoryczne naszyjniki w liczbie 4:





Niebieski był "najpierwsiejszym"





Do mocnego niebieskiego dobrałam żarówiaste różowe koraliki. Monia wprost kocha ten naszyjnik.










Zielony też ma dość mocny odcień i według mnie ładnie odcinają się fioletowe i różowe kulki:












Delikatny róż(cienki kordonek) to już coś dla Małgosi, która najmniej psuje. Naszyjnik wyszedł najsubtelniejszy:




Mleczne i przejrzyste perełki: 








I ostatni, najmocniejszy chyba, dla Izabelki:



Zaczęła go od samego początku zakładać na szyję i wydaje się być zadowolona.




To moje pierwsze takie produkcje, które powstały z potrzeby chwili. Nie podejrzewam, żebym zwiększyła "produkcję", bo i po co?