poniedziałek, 24 grudnia 2012

Spokojnie jakoś w tym roku



Nie wiem czy to kwestia mojego innego nastawienia do przedświątecznej krzątaniny, czy coś jeszcze, ale w tym roku wszystko poszło dość gładko. Jak już wspominałam, niektóre rzeczy przygotowałam wcześniej i zamroziłam, inne robiłam w dzień wigilii. Nie było tego dużo, bo dzieciaki jakieś nigdy nie głodne, Artur nie jest miłośnikiem potraw wigilijnych, a siostra i ja... same nie zjemy tony potraw. 



Artur pracował tuż przed wigilią, więc ubieranie choinki odbyło się wcześniej, bo już w piątek. Dziewczyny nie mogły się doczekać, ponieważ świecące drzewka(i nie tylko) widziały od końca listopada.




Żeby trochę im osłodzić to czekanie, systematycznie zdejmowałam ozdoby ze strychu i dekorowałam jakąś część domu. Była wycieczka do lasu po świerk, a właściwie jodłę i ostokrzew, było sypanie brokatu na kartki...





W piątek stanęła choinka w pokoju dziennym. W tym roku to dzieci ubrały ją po swojemu. My złożyliśmy tylko drzewko w całość i powiesiliśmy światełka. Reszta to ich wkład. Zabawki wiszą jedna na drugiej, w innych miejscach pusto, ale to nic. Przecież to ich radość.

 




Przezornie wyjęłam tylko plastikowe ozdoby. Szklane, malowane świecidełka są schowane, starannie zapakowane i czekają na "za rok, albo za dwa". Na corocznych, poświątecznych wyprzedażach gromadzę sobie powoli oryginalne, czasem stylizowane na dawne, bombki i póki co czekają, bo podczas tegorocznego strojenia drzewka co raz słychać było stukot lub turlanie się zabawki:)

  



Kiedy choinka już znalazła swoje miejsce - w tym celu jeden z foteli musiał wywędrować na strych - przejrzałam zawartość pudeł i stwierdziwszy, że zostało całe mnóstwo kuleczkowych łańcuchów w kilku kolorach oraz dwa zestawy światełek, udekorowałam resztę domu.




Jak widać na zdjęciach, dzieciaki zaangażowane w pracę/zabawę. Ochoczo wyciągały rączki po kolejne bombki i inne świecidełka.




Kiedy choinka stanęła, całe zainteresowanie jakby uleciało. Tak mi się wydawało, bo były to tylko pozory. Na naszym drzewku nie ma zbyt dużo słodyczy. Dostałam paczkę trufli od Charlotte, postanowiłam więc je powiesić(wielokrotnie podczas przedświątecznych zakupów zastanawiałam się czy kupić cukierki, czy nie i ostatecznie nie kupiłam). Moje córeczki niby nie zainteresowane choinką, niby nie dotykające jej i... 




Co się okazało? Już pod koniec drugiego dnia odkryłam wiszące puste papierki! Zjadły wszystko! Nie, przepraszam, nie wszystko. Zostawiły nam jeden cukierek do podziału. Artur jeszcze o tym nie wie(no chyba, że już przeczytał mój wpis), ale jak się dowie...





Drzwi jadalniane otrzymały ostatecznie błękitne oświetlenie i ciemnozielone łańcuchy.




Od strony pokoju dziennego łańcuchy też zielone, tylko błyszczące i kolorowe światełka. Marzy mi się, że któregoś roku zaświecę światełka o ciepłym, jasnym blasku. Nie białe, nie kolorowe, ale takie lekko żółtawe, rozjaśniające i ogrzewające otoczenie.





Na kominku i na wstążce okalającej kominek, karty świąteczne. 4 z Polski, reszta z Irlandii. Kilka lat temu było odwrotnie:)





Białe śnieżynki to namiastka śniegu, bo u nas 12(lub więcej) stopni od kilku dni. Którejś nocy zerwał się naprawdę silny wiatr(podobno 110km/h), który obudził mnie i lekko nastraszył. Myślałam, że zerwie nam dach. Dom trzeszczał i skrzypiał, świstało wszystkimi szparami w oknach. Mimo wszystko jednak wolę taką pogodę, typowo wyspiarską. Kiedy mrozi, kiedy lód na drogach, boje się o powroty mojego męża z pracy. Kiedy zimno, w naszym domu panuje chłód ogromny. 




Na schodach zawisły koralikowe łańcuchy w czterech kolorach. Miałam jeszcze ożywić to zielenią z lasu, ale już nie pojechałam, bo w sobotę umyłam swoje auto i nie chciałam go od nowa utrzaskać w błocie. Ostatnim razem prawie utonęłam w błotnistej mazi. Na szczęście mój renault jakoś przepłynął przez największe błoto, a kiedy już chwycił twardy grunt pod kołami, odetchnęłam z ulgą. Nie byłoby ciekawie pchać auto z trójką dzieciaków w środku:) Po takiej wyprawie jeździłam nim jeszcze ze dwa tygodnie, bo a to za zimno, a to nie było czasu nic robić, ale w sobotę nadszedł czas kąpieli. 




Udało mi się nawet nakłonić Artura do umycia hondy, która już nie srebrna, a szaro-czarna była. I nie przeszkadzałoby mi to tak strasznie, gdyby nie fakt, że w momencie, kiedy dzieci wsiadały do jego auta, wycierały z grubsza drzwi swoimi kurtkami, płaszczami czy czym tam jeszcze.





W świetle dnia łańcuchy też ładnie się prezentują, a świecą się najbardziej rankiem, kiedy słońce wpada przez szyby wejściowych drzwi.


Mój wpis dziś i długi i trochę chaotyczny, ale w momencie pisania coś mi się przypominało i musiałam to umieścić w danej chwili, bo potem umknęłoby mi to na zawsze. O kilku sprawach miałam wspomnieć wcześniej, zapomniałam, więc dziś wszystko hurtem.



  Jeszcze raz życzę Wszystkim wspaniałych Świąt!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz