poniedziałek, 8 października 2012

Jesienny spacer w Emo






Niedzielna pogoda dopisała. Pięknie, słonecznie, a do tego w miarę ciepło. 

Już około 11 wybrałyśmy się do Emo, żeby dziewczyny mogły się wyszaleć, nie budząc przy tym Artura. 
W parku natrafiliśmy na dzień wycieczek z przewodnikiem, więc ludzi była całą masa. Z tym, że najbardziej widoczne było to na parkingu, gdzie dosłownie wcisnęłam się swoim autem w szczelinę między dwoma innymi. Ci, co przyjechali za mną, zaparkowali samochody na łące, a niektórzy ustawili trzeci rząd aut, blokując tym samym tych, co się znaleźli w środku. Przez moment zastanawiałam się, co tu się będzie działo, kiedy wrócą właściciele zablokowanych samochodów, ale znając spokój tubylców, to pewnie poczekają:)

Moje córki zabrały siatki, żeby zbierać szyszki na Boże Narodzenie. Ponieważ w parku jest cała masa różnorodnych drzew iglastych, tych znanych w Polsce i tych bardziej egzotycznych, rodzajów szyszek mamy ogrom!


Poniżej wszystkie trzy w akcji:




Dla Moniki każda pojedyncza szyszka była jak skarb; nie mogłam jej odciągnąć spod tej sosny:




Słońce przyświecało nam podczas całej wycieczki, co widać na zdjęciach:


Część drzew jest jeszcze zupełnie zielona, np. buki, ale większość klonów, kasztanowców i lip już mieni się ciepłymi kolorami.


Ponieważ spacerowałyśmy rano(jeśli 11 można nazwać rankiem), całe trawniki pokryte były rosą, mieniącą się i iskrzącą niemożliwie: 



Całe szczęście, że moje córki już przywykły do kaloszy i każdy spacer oznacza dla nich kalosze na nogach, bądź w aucie - tak na wszelki wypadek(albo na przypadek, jak mówi Monika).


Niedzielna wycieczka, może za sprawą słońca, miała dla mnie naprawdę wspaniały klimat.




Te kolory, światło...



Tu niemalże oniemiałam z zachwytu. Z jednej strony zieleń trawnika, z drugiej te przebarwiające się już brzozy...




"Lipowa zasłona" - tak nazwałam to miejsce, też już powoli żółknie i pozwala zobaczyć co jest za nią skryte. Uwielbiam to przejście w dwóch momentach roku w szczególności: wiosną, kiedy lipy są już gęsto obrośnięte zielenią i teraz, na jesieni, kiedy zmieniają kolor.

 



Oczywiście nakarmiłyśmy kaczki, a w zasadzie ryby, bo kaczki i łabędzie leniwie pływały i nawet nie spojrzały w stronę okruchów. Za to dziewczyny zobaczyły oprócz pięknych, dorosłych łabędzi także brzydkie kaczątka, czyli te duże, wciąż szaro opierzone młode. 

Nad jeziorem postawiona została ławeczka. Widoku jeziora z niej nie uświadczysz, bo krzaki i drzewa zasłaniają wszystko, ale zakątek jest uroczy.
 


Wracając do samochodu, szłyśmy tunelem utworzonym z buków. Przez "okna" w ścianach udało mi się uchwycić słońce tańczące na liściach, w trawie...








Nie byłam w drugiej części parku, ani w trzeciej, za jeziorem, ale moje dziewczyny chciały już wracać. Minęło ponad półtorej godziny i miały dość.

 



Miłego tygodnia wszystkim życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz