czwartek, 21 czerwca 2012

Birr w aparacie siostry



Jak wspominałam, dziś druga część wycieczki - tej samej wycieczki do Birr, tym razem zdjęcia mojej siory.


Zamek jest atrakcyjny, ma wiele zakątków i zakąteczków, trzeba tylko lubić chodzić. W tym miejscu trzeba nastawić się na długi spacer, jeśli chce się zobaczyć wszystko. Na szczęście przy wejściu dostaje się mapkę. Wejście jest płatne, ale cena w granicach rozsądku. U nas był to bilet rodzinny, a Dana weszła gratis.  



Jedna z wielu bram. Wszechobecny szary kamień...


Ta z kolei droga prowadzi do części prywatnej. Dziewczyny nie wytrzymały i pobiegły aż za bramę.




Zaczęliśmy je łapać i przywoływać do porządku. Dzieciaki nie mogły zrozumieć dlaczego tam nie wolno, skoro w innych zamkach można?




Sytuacja opanowana, dzieci wychodzą na szlak turystyczny.


Ogród w Birr jest główną atrakcją i warto tam pojechać, kiedy zieleń w Irlandii jest w pełni rozkwitu.





W ogrodzie czeka wiele ławek i ławeczek w przytulnych zakątkach.



Dana stwierdziła, że ustawić naszą piątkę do zdjęcia, opanować to wszystko, jest prawie niemożliwe. Zawsze ktoś się odwróci, zamknie oczy, zrobi głupią minę, itp. Jak widać w końcu się udało.





Uroczy mostek przerzucony nad rzeką. Rzeka dostarczała kiedyś prądu nie tylko zamkowi, ale i miastu. Na jej spadku, w obrębie zamku właśnie, zamontowana była turbina, którą dziś można oglądać na dziedzińcu, wystawioną jako eksponat.


Tu chyba nic pisać nie trzeba:)




Izabelka jest bardzo samodzielna i wszelkie schody pokonuje sama. Nie ma mowy o pomocy!




Krótki odpoczynek, przy okazji jakieś jabłko...




I dalszy spacer wśród zieleni:





Kolejna ławeczka i romantyczny zakątek:





I my, na kolejnych ścieżkach wijących się w ogrodzie.




Czas na odpoczynek dla całej rodziny:




Żeby nie było, że nie dbam o fryzurę dziecka najmłodszego - Izabela nienawidzi wszelkich spinek i gumek. Wszystko idzie w odstawkę o ile zauważy, że ma na głowie. A zauważa, wcześniej czy później. Stąd to sianko:




Gosia wśród traw - traw ciągnących się na ogromnych przestrzeniach. Tu nasuwały się słowa "Na suchego wpłynąłem przestwór oceanu...". To było "ocean" traw i moje dzieci wśród nich.





Co może robić Monika? Zrywa stokrotki oczywiście.





Kolejny zakątek z ławeczkami i fontanną:




Zostałam złapana na chwili odpoczynku:





Kiedy dziewczyny biegały pośród labiryntu żywopłotów, Dana zrobiła małą sesję zdjęciową naszej dwójce:












I takim optymistycznym zdjęciem kończymy relację z Birr. 


Dodam jeszcze, że byliśmy na obiedzie w jednym z lokalnych pubów. Jedzenie mieli fantastyczne, choć trzeba było na nie poczekać. Dziewczyny po raz pierwszy odwiedziły takie miejsce, chociaż tutaj jest to normą, że dzieci przychodzą z rodzicami na obiady czy "przedobiady" do pubu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz