środa, 18 kwietnia 2012

Dni mijają




Już dawno miałam coś napisać, podzielić się wrażeniami i nie udało się. Czas dosłownie ucieka, dni gubią się i kolejne tygodnie stają się przeszłością. 


W ostatni poniedziałek umówiliśmy się z agentem nieruchomości i obejrzeliśmy pierwszy dom. 


Tak. Chcemy kupić sobie dom. Po paru latach płacenia za wynajem, godzenia się na wiele(choć oczywiście narzekać nie mogę, bo kolejni właściciele domów byli naprawdę fajni i z każdym rozstaliśmy się w zgodzie), wybierania mniejszego zła, itp., zdecydowaliśmy, że zaczniemy sobie powoli czegoś szukać. 

Mamy sprecyzowane wymagania, jakieś wyobrażenie o tym, co chcemy dostać i... teraz czas zacząć wędrówkę po domach:)

Póki co podobały mi się dwa; z tym, że jeden bardziej Arturowi, a drugi z kolei mi. Później Artur zaczął mnie przekonywać(do spółki ze swoim ojcem), że właśnie jego wybór jest lepszy, bo dom ma potencjał, a działka jest bardzo duża. Nawet ogromna.
Przejrzałam jeszcze raz zdjęcia, przemyślałam obie opcje i stwierdziłam, że faktycznie, wybór Artura jest lepszy. Umówiliśmy się z agentem, bo chcieliśmy skonfrontować internrtowe zdjęcia z rzeczywistością.

Zatem, jak już wspomniałam, w miniony poniedziałek obejrzeliśmy dom i... 


...nadal stoimy w punkcie wyjścia, ale kto powiedział, że będzie łatwo? 


Działka może i duża, ale agent nie miał pojęcia, że dla mnie takie "przestrzenie" to nie są przestrzenie. Nie do takich wielkości jestem przyzwyczajona od dzieciństwa:) 
Druga i najważniejsza sprawa: dom jest tylko 3 sypialniowy i sypialnie te nie powalaja na kolana. Kuchnia, na zdjęciach duża i jasna, nie poraża swoja wielkością; przytłacza wręcz i sprawia przygnębiające wrażenie, bo jest bardzo ciemna. Wszystko za sprawą drzew, które z zewnątrz nadają charakteru domowi, ale zacieniają go strasznie. W Irlandii nie możemy narzekać na nadmiar światła, więc nie chcę go dodatkowo ograniczać. Te rzeczy, to tylko jedne z niewielu mankamentów, które odkryliśmy.

Żeby nie było, że tylko źle o tym domu piszę... Ma on potencjał, ale dla rodziny z dwójką dzieci(maksimum); Na pewno jest w nim wiele do zrobienia(malowanie, zrywanie tapet, gipsy, rozbudowa łazienki, to takie najważniejsze). Wielkim plusem był gotowy, drewniany taras o powierzchni mojego tylnego ogrodu. Kolejny plus to cicha okolica, dzika wręcz, ale sąsiedzi blisko, aczkolwiek w odpowiednim oddaleniu. Nie czujesz się sam(co dla mnie jest ważne, bo Artur pracuje na nocne zmiany), a jednocześnie nikt w okna, ba, do ogrodu, nie zagląda. 


Zaraz po wstępnym obejrzeniu domu agent zapytał mnie o moje wrażenia. Wydawał się pewien, że po prostu padnę tam z zachwytu i w związku z tym Artur podpisze umowę kupna w jednej sekundzie(Artur chodził tam jak boss, który towarzyszy żonie podczas kupna jakiejś droższej zabaweczki i tylko czeka, czy żoneczka już podjęłą decyzję:)). Zaskoczony był wielce, kiedy oznajmiłam, że jestem głęboko rozczarowana rzeczywistością. Próbował mnie, a potem już nas oboje, przekonać, jak wspaniała  to posesja, jak wielkie daje możliwości, i tym podobne pierdułki. W dodatku za ROZSĄDNĄ CENĘ! która nam z kolei już nie wydaje się taka rozsądna. 


Wszystko wszystkim, ale dla nas najważniejsze było pierwsze wrażenie. Weszłam do domu i od razu poczułam negatywne emocje, od razu coś mi się nie podobało. Próbowałam się dobrze nastawiać, ze względu na Artura, ale on oświadczył mi, że łazienka to według niego pierwszy i największy minus i już mu się dom nie podoba. To przesądziło o reszcie. 


"Elba"(po kliknięciu na nazwę można obejrzeć to cudo) - bo tak ma na imię dom, został skreślony z listy. A mielibyśmy taki fajny adres, bez numeru, tylko nazwa domu...


Kolejny dom czeka na oglądanie:) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz