sobota, 31 grudnia 2011

Witaj Nowy Roku!



I obyś był lepszy niż Twój poprzednik!


Tego życzę Wam Wszystkim


Jeszcze raz powtórzę: niech szczęście towarzyszy Wam przez kolejne dni Nowego Roku 2012

środa, 28 grudnia 2011

Świąteczna wycieczka


Zgadnijcie gdzie? Do Emo!

Nie był to najcieplejszy dzień, ale ok.12 stopni się utrzymywało przez cały czas. Tak, w tym roku jest zdecydowanie lepiej, jeśli idzie o pogodę. W domu mamy już w chłodne dni 15 stopni ciepła, a nie 9-10, jak to bywało rok temu. Oczywiście ogrzewanie mam włączone, z tym, że ustawione na niską temperaturę, ale działa, a w zasadzie działało, całą dobę. Wszyscy już chyba przyzwyczailiśmy się do takich temperatur w domu i kiedy wizytujemy kogoś, już po pierwszych minutach odczuwamy to nadmierne ciepło. Ale wracając do wycieczki...


Iza pojechała w swojej wizytowej spódnicy i nowym płaszczyku:






Czasem wędrowała trzymając mnie za rękę:





Monika weszła w nowy etap: pozowania z głupimi minami:





To jedno z wielu "zaliczeń gleby" przez najmłodszą. Jednak nie to najbardziej widowiskowe, kiedy aż brodą zaryła w ziemię. Nie płakała ani razu, wstawała, otrzepywała dłonie i szła dalej. 




Czasem trzeba było coś tam poprawić...




Niekiedy Izabela poważnie rozważała skok z wysokości. Na rozważaniach się skończyło:




Oczywiście stały punkt programu - jezioro, kaczki i łabędzie, których wtedy nie było:




I po godzince powrót do domu:

wtorek, 27 grudnia 2011

Wszystkiego po trochu




Tuż przed świętami nabyłam włóczkę Romance po promocyjnej cenie: 50 centów za motek. Wzięłam wszystkie, bo urzekł mnie piękny, błękitny kolor. Do tego ta wyjątkowa miękkość. Miałam w planach wydzierganie szala, więc nawet dwa razy się nie zastanawiałam. 7 ostatnich motków stało się moją własnością. 

I zaczęłam dziergać... to znaczy szydełkować, bo najpierw wymyśliłam szalik z dropsa - ten najbardziej popularny, kwiatuszkowy. Po zrobieniu 15 oczek łańcuszka początkowego zarzuciłam plany na jakikolwiek szalik z tej włóczki, robiony szydełkiem. Najgładsze szydełko nie pomogło, bo chwytało wszystkie puchy z sąsiadujących nitek. 
Przerzuciłam się na druty i tu już wybrałam wzór najłatwiejszy. Poszło! Całe szczęście, że miałam 7 motków, bo robiłam z podwójnej nitki. Nabrałam chyba ze 40 oczek - żeby wyszedł szal, jak należy. Oto co powstało:




długość - 2,5m szerokość - 45cm




druty chyba 5, jesli dobrze pamiętam




Lekki i wyjątkowo puszysty, cieplutki... aż mi żal, że powędrował:(


W międzyczasie skończyłam włóczkę pstrokatą i powstał niezbyt długi - szkoda - ale też mięsisty i ciepły szalik. Ten został w domu. Włóczka wyrobiona prawie do końca. Zostało ok. 40cm






W kolejnym międzyczasie kończyłam ścianę przy drzwiach wejściowych:




Kwiat był malowany dwa razy. Pierwszy nie został zaakceptowany przez siostrę i zamalowywałam go chyba 4-roma warstwami żółtej farby! Druga wersja rośliny została przyjęta:)
Dodam jeszcze w tym akapicie, że całość holu już pomalowana na żółto. Poradziłam sobie nawet z kilkumetrową ścianą(mam na myśli wysokość), bo zamocowałam pada na kiju od szczotki. Sprawdziło się idealnie. Dopóki pad miał czystą obudowę, nie brudził sufitu, kiedy malowałam na styku ściana/sufit. Nie musiałam odklejać nic taśmą malarską. Dla mnie super sprawa!


Potem już były święta, a w zasadzie czas na przygotowywanie jedzenia:





Szynka według przepisu irlandzkiego. Dobra, ale nie rewelacyjna. Robiona na bulmersie, który dla mnie jest obrzydliwy w smaku. Dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy podlałam nim szynkę i wstawiłam do piekarnika. Po upieczeniu nie było AŻ TAK ŹLE, ale nie było też zachwytów. Nic to. Pierwszy i ostatni raz.

Zrobiłam też Missisipi mud cake  i tego nie żałuję. Jeśli ktoś lubi, podkreślam LUBI, gorzką czekoladę, to to ciasto jest idealne. Wilgotne, ciężkie, mocno czekoladowe. W sumie nic dziwnego. Do środka wpada prawie całe opakowanie kakao i duża czekolada, do tego druga na polewę. Artur go nie lubi, moja siostra i ja kochamy.





Poniżej prezentuję czapki wydziergane dla moich córek przez sąsiadkę Kristine:



Kiedyś wpadłam do niej i zobaczyłam jak dzierga jedną z wielu; powiedziała, że ma wiele ich do zrobienia, bo wszystkie wnuki chce nimi obdzielić. Jak widać, moje dzieci też się załapały:

I prezentacja czapek na ulubionym stworku Izabelki:





Dziś na byłoby na tyle:))
hrabina.ee, wtorek, 27 grudnia 2011

niedziela, 25 grudnia 2011

Pierwszy dzień świąt za nami



Upłynął na leniuchowaniu i odpoczynku, jeśli tak można nazwać pobudkę o 6 rano - Izabela pod tym względem nie uznaje świąt ani wszelkich wakacji, a zaraz potem, bo po 7-ej, zejście na dół i rozpakowywanie prezentów. Na szczęście dla mnie, Artur zajął się tą radosną częścią. Ja mogłam poleżeć w łóżku całe - UWAGA! - 15 minut dłużej. Mój cudowny małżonek zostawił włączone światło na korytarzu, a ja byłam na tyle leniwa, że nie wyszłam z łóżka, żeby je zgasić. Za to po upływie rzeczonych 15 minut nie miałam cierpliwości znosić wrzasków z dołu i zeszłam do kuchni. W "liwinrumie" zastałam stosy papierów, rozognione spojrzenia Gosi i Moni, rozanielonego Artura i pijącą ze stoickim spokojem mleko - Izabelę. Jej to całe zamieszanie jakby nie dotyczyło. Ona miała swoją butlę, mleko i bajeczkę z piękną muzyką i zerową akcją, czyli wszystko, co rankiem jest jej potrzebne do szczęścia.


Poziom zadowolenia Artura znacznie spadł, kiedy nastąpił moment montażu zabawek(mój za to wzrósł, bo miałam w ręku kawę i perspektywę spokojnego jej wypicia). Kiedy dzieci już miały to, co najważniejsze, maż przygotował śniadanie. Siostra zwlokła swe "truchło" z góry i dołączyła do posiłku. A później.... zabawa, zabawa.


Oto rowerek Izabelki:



Lekki, mały, ale z możliwością powiększenia, kiedy maluch podrośnie, co na pewno kiedyś nastąpi. Jak widać właścicielka zadowolona; no, może na tym zdjęciu tego nie widać, ale generalnie była szczęśliwa.


Gosia wróciła do książek, jako że nawet w święta nie wolno marnować czasu i trzeba się uczyć! Taka jest moja zasada. Żartuję:)) Dziewczyny zajęły się książkami z naklejkami; do zabawy włączyły tatusia, który swoimi drobnymi, zgrabnymi paluszkami mocował elementy wielkości pół centymetra:) 





Jak widać wszyscy są niezwykle przejęci i zaangażowani w pracę, przepraszam, zabawę:)





Monika nawet nie zauważyła, że robię jej zdjęcia.




W salonie ekspozycja z nadesłanych i otrzymanych kartek. Jeszcze kilka doszło, bo zdjęcie zrobione w piętek:




I nasza choinka:



Troszkę roztrzepana, ale to zasługa najmłodszej i ogólnie ich zabaw w tym pokoju. W sumie to nawet dziwię się, że nadal stoi. Iza nagminnie zdejmuje ozdoby i bawi się nimi cichutko w kątku za fotelem. Poza tym drzewko przetrwało wyciąganie paczek! Te kilka, to początek, bo potem dziewczyny dostały prezenty od naszych sąsiadek i znajomych. Wszystko czekało do dzisiejszego poranka.


I na koniec kilka naszych tegorocznych nabytków:



...szklana balerina - tak, wisi w połowie wysokości choinki...




...kolejna szklana panienka i też wysoko zawędrowała...




... i taki gołąbek, też szklany i też wysoko lata.


A na parapecie, jak w zeszłym roku: ostrokrzew(ała, ła - to nazwa nadana przez najmłodszą, chyba wiecie dlaczego? dodam, że świetny strażnik pozostałych ozdób; nic nie zostało dotknięte od momentu pierwszego pokłucia), koraliki, latarenka, szyszki i świeczki:





i jeszcze pochwalę się moim prezentem. Książki z merlina już czekają w PL na przesłanie do nas, a póki co małżonek w ukryciu zakupił mi...




Zapach, który pół roku temu upatrzyłam i ukochałam. To drugi, który jest tym szczególnym. Pierwszym było pure poison Diora. Artur wiedział, że też go uwielbiam i nawet chciał mi dokupić w zestawie z kolejną torebką, na szczęście siostra doradziła mu coś nowego:)

Artur dostał swojego windowsa 7, a moja siostra wciąż na nic się nie zdecydowała. Nic to. kiedyś coś dostanie, bo lepiej później, niż szybko i na siłę. 

wtorek, 20 grudnia 2011

***













"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka
nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś,
jak potrafimy być nimi jutro?

Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie,
jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia.
Wyjdź mu naprzeciw. "



                                                                      /P. Bosmans/



Drodzy Czytelnicy


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam przede wszystkim szczęścia. Życzę Wam tego, abyście potrafili je odnaleźć w każdej drobnej rzeczy, w każdym mijającym dniu. Niech szczęście będzie Waszym towarzyszem w nadchodzącym Nowym Roku 2012! 




                                                    Anna

niedziela, 18 grudnia 2011

Spotkanie w polskiej szkole



Chyba ponad tydzień temu uczestniczyliśmy w spotkaniu przedświątecznym, które zostało zorganizowane przez polską szkołę w Portlaoise.

Rodzice zapewnili drobne przekąski, dzieciaki przygotowały coś na kształt akademii bożonarodzeniowej. 


Mam sporo zdjęć, ale wszędzie Gosia jest w towarzystwie innych dzieci, więc nie mogę wstawiać tych fotek na swoim blogu. Zamazywane i zamglone zdjęcia tracą dla mnie urok, zatem poprzestanę na tym jednym z Gosią:




Dzieci miały ubrać się na biało i występować jako aniołki. 


Izabela bawiła się świetnie:




Wspinała się na wszystkie krzesła...




...spacerowała samotnie po sali...





...ewentualnie zajmowała się swoją butlą z mlekiem.





Aż nadszedł czas na powrót do domu.

sobota, 17 grudnia 2011

Coś tam się pojawiło w oknach...


...i nie tylko w oknach.


Na drzwiach tydzień temu zawisł wianek:




Niezbyt wyszukany...




...skromny, ale z ostrokrzewem. To dzięki niemu mam utrzaskany w błocie samochód.





W kuchni, a w zasadzie w jadalni, żyrandol dostał ozdobniki:





Dzwonki, jagódki...





...szyszki...






A na stole, poniżej żyrandola, pierwsza partia ozodobionych pierników:





I kolejna partia:




Dzwonki, śnieżynki:




I kolejny wieczór, kolejna partia:




...oczywiście to jeszcze nie koniec. Na ozdobienie czeka drugie tyle. Za to pierniczki z pierwszych partii powędrowały już do ludzi.

wtorek, 13 grudnia 2011

Dotarło do adresatki...





...więc spokojnie mogę Wam zaprezentować mojego pierwszego, ukończonego na początku czerwca, COSIA.


Szydełkowanie zaczęłam w maju 2010 roku, tuż po narodzinach Izabelki.





Ponieważ mnóstwo czasu spędzałam na kołysaniu jej do snu, ręce miałam w tym czasie zajęte.





Wzór był przyjemny i jak zawsze przy okrągłych serwetkach/ serwetach, pierwsze okrążenia mijają bardzo szybko, robótki przybywa, serce rośnie...





...ale wraz z kolejnymi okrążeniami czas od zakończenia jednego kółka do rozpoczęcia drugiego zaczyna się wydłużać...



Mnie spotkało jeszcze to nieszczęście, że wpadła mi w ręce pierwsza część serii "True blood", a że części w tym czasie było 9 czy 10... sami rozumiecie, serweta poszła w kąt na bardzo długo.




W końcu przypomniałam sobie o niej, zaczęłam robić dalej, ale wpadłamw  kolejny "ciąg" książek H. Mankella i historia się powtórzyła.

Niemniej jednak dotarłam do końca. Przebrnęłam przez te wszystkie ananaski i pikotki!





Następnym razem proszę mi przypomnieć, że nienawidzę ANANASKÓW! Może i wyglądają pięknie, ale z dwojga złego wolę już dziergać pikotki.




Jak widać, naciągać ananasków też nie potrafię. Wszystkie wyszły troche kopnięte, ale starałam się, naprawdę.




Jakie są parametry nici nie mam pojęcia, bo banderola zniknęła już dawno temu. Na pewno jest to bawełna. Biała.





Miała być serwetka, a wyszła mała serweta. Rozmiaru też nie podam, bo już wysłałam. W dodatku tak spieszyłam się z przesyłką, że zapomniałam dołączyć stosowną kartę.




Ta praca została podarowana na nowe mieszkanie, a w zasadzie nowy dom. Dostała ją bliska mi osoba, przyjaciółka, którą poznałam w przedszkolu i wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zostaniemy przyjaciółkami na tak długo.


Marta, mam na dzieję, że dom, w którym już niedługo zamieszkacie będzie tym Waszym wymarzonym, najwspanialszym miejscem na świecie! 
hrabina.ee, wtorek, 13 grudnia 2011