poniedziałek, 28 listopada 2011

Maszyna



Tak, czas nieubłaganie gna, natomiast postępy w szyciu narzuty są znikome. Prawie dwa lata powstaje to "cudo".
 Kilka dni temu miałam naprawdę szczery zamiar skończyć wierzchnią część. Rozprasowałam szwy - kolejny już raz, wyciągnęłam ostatnie bordery z kwadratów, przyczepiłam szpilkami i do dzieła! Niestety, maszyna totalnie odmówiła współpracy. 
Uszyła mi może 5cm i zaczęła zrywać nitkę po każdorazowym przeszyciu półcentymetrowego odcinka. Ile razy ja próbowałam! Tu proszę o brawa dla mojej cierpliwości, bo od momentu, w którym zaczęłam liczyć nieudane próby szycia, do momentu wściekłego rzucenia materiałem(dobrze, że nie maszyną, bo i ciężkie przedmioty w moim domu latają, kiedy opanuje mnie złość), naliczyłam ich 30. Potem, najzwyczajniej w świecie, poddałam się. 

Prawie poryczałam się w rękaw Arturowi, że moja maszyna jest już do d... Małżonek, w przypływie szlachetności(a może z obawy o własny spokój i zdrowie), zaproponował nawet kupno nowej. Ale gdzie mi teraz szukać maszyny.

Wczoraj siadłam przy kompie i spokojnie zaczęłam przeszukiwać zasoby sieciowe, jako że google podobno znajdzie odpowiedź na każde pytanie. Nie wiem czy zna wszystkie odpowiedzi, ale dla mnie znalazło satysfakcjonującą. 


Wiecie, rozwiązanie jest bardzo proste. Maszyna od samego początku nie była czyszczona. Doszłam aż do chwytacza nici, wyczyściłam wszystkie resztki nitek i inne cosie, poskładałam wszystko pięknie, a potem zmieniłam igłę. Nową wyciągnęłam z dawnch zasobów. Należy do tych lepszych igieł i od razu poczułam różnicę w pracy. 

Maszyna szyje równo, nie pętelkuje, nie zrywa nici, nie omija ściegów.


Uszyłam już wierzch narzuty na kanapę! Jutro, o ile moje dzieciaki pozwolą, przygotuję spód. A potem... 



Tak, cieszę się niesamowicie, że moja maszyna znów szyje!!!  

sobota, 26 listopada 2011

Licytacja



Dziś po pracy Artur wybrał się na licytację samochodów. Wpadły mu w oko dwa auta, które sprawdzili ze znajomymi. Jeden to polo z 2002 roku, a drugi MG(z General Motors) z 2003 roku. Mój małżonek mieścił się w obu, co w przypadku jego wysokości, nie jest takie oczywiste. MG miał większy silnik, bo aż 1.4 i tutaj, po skontaktowaniu się  z AXA, okazało się, że ubezpieczenie jeszcze nas nie zabije:) więc Artur licytował to właśnie auto. Zainteresowania nim nie było specjalnego, dlatego udało się dojść tylko do 850 euro! Zaskoczona byłam totalnie i nagle... klapa. 
MG został wystawiony przez bank i ten nie zaakceptował oferty. Wycenił samochód na 1500 euro i nie chce zejść poniżej. Zobaczymy. 
Za jakiś czas znów przejedziemy się tam i jeśli nadal będzie stał, to trzeba będzie próbować licytować ponownie, a jeśli nie, to znaczy że nie nam był pisany. Może gdzieś czeka na Artura jakieś lepsze auto? 

W pierwszej chwili byłam lekko rozczarowana, że zakup nie doszedł do skutku. Liczyłam się z tym, że pewnie coś trzeba będzie do niego dołożyć, wymienić płyny, filtry, czy może jakieś tam jeszcze części, ale przy takiej cenie nawet nie poczulibyśmy tych kosztów. Teraz, po całym prawie dniu, już myślę o tym spokojnie. 

Szukanie trwa nadal.  

piątek, 25 listopada 2011

O kinie i samochodach



Wczoraj, w godzinach wieczornych, w zasadzie późno wieczornych, pojechałam do Portlaoise, do kina. 


Dlaczego to takie wydarzenie? Niewyobrażalnie długo nie byłam w kinie! Kilka lat. Zawsze obiecywałam sobie, że pójdę tutaj u nas, albo w Polsce, kiedy będziemy na urlopie. I wiecie co? Nie zdarzyło się tak, żebym obietnicę spełniła. Aż do wczoraj. I głównie za ostrą namową Artura. 
Jak pewnie część osób wie, 18 listopada wszedł na ekrany kin "Breaking dawn" - kolejna cześć sagi "Zmierzch". Wczoraj o 21 siedziałam już w kinie, razem z siostrą i "delektowałam się" reklamami poprzedzającymi film.

Szczerze powiedziawszy, wieczorem byłam zmęczona i nie bardzo chciało mi się wsiadać do samochodu i gnać do Portlaoise, ale... obiecałam siostrze, a Artur stał nade mną i ponaglał. W strugach deszczu(akurat lało, jakby chmura się oberwała; wycieraczki nie nadążały zbierać wody), w świetle oślepiających lamp przeciwmgielnych(tak, tutaj dużo ludzi włącza światła przeciwmgielne bez potrzeby; ba, niektórzy jeżdżą tak okrągły rok! nie zdając sobie sprawy jak bardzo przeszkadzają innym kierowcom), dotarłam pod kino, a tam... brak miejsc do parkowania. Wjechałam w jakąś boczną uliczkę i zatrzymałam samochód na miejscu, które miało jakieś napisy na sobie; czas gonił, nie wnikałam spcjalnie w to, co wymalowane było na asfalcie pod moim autem, tylko poszłam do kina. I całe szczęście, że nie wnikałam. Po filmie, kiedy już wsiadłyśmy z siostrą do auta, powiedziała mi, że zaparkowałam na jakimś prywatnym, opisanym miejscu. Nikt protestów nie zgłaszał, samochód miał wszystkie szyby i te inne akcesoria w całości, porysowany nie był... 



Film.... cóż tu dużo pisać? Jeśli ktoś lubi tę tematykę, to myślę, że spodoba mu się film. Być może dlatego, że obejrzałam w kinie, podobał mi się niesamowicie. Obrazy, dźwięk... Do tego nie rozczarował mnie, jeśli idzie o zgodność z książką! Wyszłam naprawdę zadowolona, czego nie mogę powiedzieć o części drugiej "New moon", na której strasznie się zawiodłam. W moich odczuciach była najgorzej zrealizowana, momentami przynudzała, była taka bez polotu. 
Jak na razie "Breaking dawn" i "Twilight" wiodą prym; zaraz po nich jest "Eclipse", a "New moon" ciągnie się daleko, daleko w tyle. 
 
Teraz pozostaje czekać na kolejną część, która o ile dobrze pamiętam, ma być w 3D. 



Ze spraw całkowiecie przyziemnych: nadszedł czas, kiedy Artur musi pomyśleć o innym aucie. Seat jeździ nadal, ale już szykuje mu się kilka napraw w przyszłości i nie bardzo jest sens pakować w niego kolejne pieniądze. Póki jeszcze znośnie wygląda, trzeba go sprzedać, bo później to już tylko pozostawałoby oddać go na części za 1 euro, żeby nie płacić ludziom ze szrotu za przyjęcie go i zutylizowanie(na którym oni oczywiście jeszcze zarobią). Nie mamy pojęcia co chcemy kupić; oglądaliśmy rover'y, hondy, toyoty. Chciałabym, żeby kupił sobie coś japońskiego, z troszkę większym silnikiem niż 1,0 i oczywiście coś nowszego. Ciśnienia specjalnego nie mamy, bo auto wciąż jest, ale powoli zaczynamy sie rozglądać za nowym.
Jeśli plan się powiedzie, to na naszym lokalnym parkingu pozostanie tylko mój samochód staruszek z 99r:)) póki jednak sprawuje się dobrze, nie myślę o rozstaniu się z nim, które byłoby dla mnie niezwykle bolesne. 

poniedziałek, 21 listopada 2011

U dziewczyn w pokoju

... przybyło kilka elementów.

Znalazłam naklejki na ścianę, całkiem przyzwoite, bardzo dziewczęce, w dodatku za rozsądną cenę. Na ścianach przyklejone są już dość dawno, tylko jakoś czasu nie było na zrobienie wpisu na ten temat.


Kącik między szafą, a łóżkiem:



Duże motyle fruwały już wcześniej. Teraz doszło trochę kwiatów i motylków mniejszego kalibru.


Na szafie taka klatka z motywem roślinnym: 





I bliższe spojrzenie na kwiaty:








Poniżej półki, a pod nimi:



...kilka naklejek w stylu wróżki, motylki, robaczki wszelkie.

U dziewczyn w pokoju



... przybyło kilka elementów. 

Znalazłam naklejki na ścianę, całkiem przyzwoite, bardzo dziewczęce, w dodatku za rozsądną cenę. Na ścianach przyklejone są już dość dawno, tylko jakoś czasu nie było na zrobienie wpisu na ten temat.


Kącik między szafą, a łóżkiem:



Duże motyle fruwały już wcześniej. Teraz doszło trochę kwiatów i motylków mniejszego kalibru.


Na szafie taka klatka z motywem roślinnym:  





I bliższe spojrzenie na kwiaty:








Poniżej półki, a pod nimi:



...kilka naklejek w stylu wróżki, motylki, robaczki wszelkie.

sobota, 19 listopada 2011

Jeszcze o jesieni



To zdjęcie, jak wiele innych z ostatnich miesięcy, zrobiła moja siostra. Według mnie jest to jedno z ładniejszych ujęć okolicy Emo:

środa, 16 listopada 2011

Czasem pięknie...



...i słonecznie, a czasami zimno i deszczowo. 


Dwie niedziele temu wybrałyśmy się do Emo. Tak, wybrałyśmy się, bo Artur odsypiał nockę; pojechały same kobitki. W takich oto pięknych okolicznościach przyrody niespiesznie chodziłyśmy:





Choć słonko pięknie świeciło, momentami powiewał chłodny wiatr, szczególnie w okolicach jeziora. Izabelce na pewno nie było zimno:





Pierwszy raz nałożyłam jej ten lekki kożuszek. W zasadzie kożuszek to nawet za mocne słowo; w kazdym razie cieplejszy płaszczyk.

Z kolei ostatniej niedzieli pojechaliśmy do naszych znajomych do Dublina. Po obiedzie i kawie zabrali nas najpierw do Malahide Castle - tu zobaczyliśmy wszystko tylko z daleka, bo ani czasu, ani pogody nie było na spacery. 
Potem pojechaliśmy nad morze, do Portmarnock. Tutaj z kolei powitał nas silny wiatr i oczywiście zastaliśmy morze w odpływie. Moja siostra miała tak zmarznięte dłonie, że wszystkie zdjęcia wyszły rozmazane!





Dziewczyny były skłonne pędzić aż do wody! Na szczęście jakoś powstrzymaliśmy je przed tą "przygodą".




Izabela nie była w stanie ustać w miejscu, więc nadchodzące ciemności(było ok. 16.30) i jej ruchliwość, nie sprzyjały ładnym ujęciom:





Umówiliśmy się już z Lin i Plunketem, że na pewno przyjedziemy tam latem:) 


wtorek, 15 listopada 2011

Tak sobie siedzę...



...i dłubię. Obejrzałam na jednym z brazylijskich blogów pokaz, jak robi się szalik; porobiłam skrótowe notatki(bo ja języka tamtego to ani w ząb!) i zaczęłam próbować. Oto wynik:




Wypukłości takie wychodzą, a jak się bardziej rozciągnie szalik, to i ażur nawet z tego powstaje.




Zostało mi 5 motków wełny, więc pewnie je wykończę, żeby już szafy nie zalegała. 




Tutaj widać, że wzór dość mięsisty jest, a przez to szalik jest miły w dotyku. 


Od momentu robienia zdjęć przybyło ze 20cm robótki, co na moje możliwości jest wielkim osiągnięciem! Z tym, że nie poświęcam się cała drutom. 

Skończyłam czytać "Chińczyka" i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to najgorsza, jak dotąd, książka H. Mankella. Jestem wprost zaskoczona!

piątek, 11 listopada 2011

11 listopada



U nas nieco spokojniej niż w Polsce. Zwykły dzień, kiedy trzeba ogarnąć powszednie potrzeby, zawieźć i przywieźć dzieci ze szkoły.  












Szkoda, że pośród kłótni ludzi i żenujących zachowań polityków przepadło to, o co w dniu 11 listopada chodzi...

Kiedy czekam na Gosię...



...i siedzę w samochodzie, czytam książki lub robię na drutach. 

W samochodzie leżą dwie książki: "Pilots wife" - autorka: Anita Shreve, którą próbuję zacząć już od dwóch lat. W zasadzie zaczęłam, ale jakoś kolejne pozycje - lepsze bądź gorsze - odciągały mnie od niej za każdym razem. Nic to, leży i czeka na swoją kolej.

Druga książka wpadła mi w ręce niedawno i całkiem przypadkiem. Spojrzałam na okładkę:


                                                

...i wiedziałam, że muszę ją kupić. Kosztowała mnie jedyne euro(już nawet nie "przysłowiowe", a całkiem realne). Kupiłam, położyłam w aucie, następnego dnia sięgnęłam... 

"Złodziejka książek"
Jedni twierdzą, że czyta się piorunem i nie ma siły oderwać się od lektury, inni mają całkiem przeciwną opinię. A ja? Dozuję sobie książkę, bo czas w samochodzie mnie ogranicza; dozuję, bo według mnie to kolejna pozycja, którą chcę się delektować. Już kiedyś tak miałam z "Traktatem o łuskaniu fasoli". 

Książka o ludziach, którym przyszło żyć w trudnych czasach II wojny światowej. 

Narratorem jest śmierć. 

Początek - dla mnie mało porywający, wręcz zniechęcający, ale zaraz potem... no właśnie, nie wiem, jak to określić; wciągnęło mnie i koniec. Podoba mi się NIESAMOWICIE!

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kredki z resztek



Niedawno weszłam na blog Renatki i dzięki niej przypomniałam sobie o zrobieniu kredek. Nie wiem jak ona przygotowała swoje, podejrzewam, że podobnie. Ja użyłam piekarnika i silikonowej formy na malutkie babeczki.


Zebrałam wszystkie kawałki kredek świecowych, które walały się w pudle. Troszkę tego było. Połamałam to na jeszcze mniejsze kawałki i wrzuciłam do foremki. Wstawiłam do piekarnika, który był mocno nagrzany po pieczeniu kurczaka. Po jakichś 30min. wyjęłam foremkę z rozpuszczoną masą kredkową. Pozostawiłam do ostygniecia i stężenia. Jak długo nie wiem, bo zwyczajnie nie patrzyłam na zegarek. 

Oto co wyszło z foremki:




Ponieważ są to małe "babeczki", dzieciakom jest dość łatwo uchwycić i malować różnymi krawędziami uzyskując jeden kolor, lub mieszankę barw. 
W ten sposób kredki dostały "drugie życie". 


Renatko, dziękuję bardzo za przypomnienie o tych kredkach!

niedziela, 6 listopada 2011

Szare niebo i bańki, których nie widać



Wybrałyśmy się we cztery do parku. Dziewczyny kochają puszczeć bańki mydlane. Zabrały swoje "sprzęty", ja wzięłam swoje specjalne ustrojstwo i... zaczęło się. 
Pogoda nie była za specjalna, bo na tle szarego nieba kolorowych beniek nie widać; za to wiatr nam sprzyjał - wystarczyło wyciągnąc plastikową "słomkę" i podmuchy same tworzyły i unosiły bańki. Z tym, że na zdjęciach wszystko jest zamazane. 


Dziewczyny biegały i aparat nie nadążał:



To białe, rozmazane wkoło Moniki, to właśnie bańki.


Każdy robił co mógł...




...żeby tylko otoczył nas obłoczek błyszczących kulek...



Dzięku temu plastikowemu, pomarańczowemu urządzonku, bańki rosną naprawdę spore, szkoda, że tego nie widać; może innym razem.




Monika też próbowała swoich sił:




Gosia pozostała przy swoim małym pojemniczku:




Mimo słabej pogody zabawa była udana.




Musimy powtórzyć ją w słoneczny dzień, wtedy pokażemy Wam lepsze zdjęcia:)

piątek, 4 listopada 2011

Cmentarz w Killenard





Niedaleko nas - trochę ponad 3 mile(4,5km) - leży mała miejscowość Killenard.




Idąc aleją...




...wchodzimy na stary cmentarz...





...dość klimatyczny, muszę przyznać.


Pędy dzikiej róży, jeżyn i bluszczu, splątane są niekiedy w gąszcz nie do przebycia; strzegą starych, niejednokrotnie zapomnianych, grobów. 




Wiatr szumi delikatnie w koronach drzew, czasem krzyknie jakiś ptak...





W większości jednak panuje cisza... Tylko groby, cisza i my...




Znaleźć tu można ładne krzyże, bardzo stare, niektóre urzekające swoją prostotą, inne wyszukanym wzorem, a jeszcze inne... 


...ciekawe przez swą odmienność...






Pokryte porostami, naruszone zębem czasu...




...wciąż jednak piękne...




Pośród starych, naprawdę starych grobów, znaleźć można także wytwory bardziej współczesne:


Ten akurat urzekający, ale są i typowe przykłady "landrynkowej sztuki nagrobnej", jeśli tak to można określić. Kolorowe gołąbki, tulące się aniołki czy kolorowy żwir. Z tym, że nie to ładne co ładne, tylko to, co się komu podoba:)




hrabina.ee, piątek, 04 listopada 2011

wtorek, 1 listopada 2011

Wczorajszy wieczór



Zaproszeni zostaliśmy na imprezę halloweenową do Ann i Davida. Wszyscy narzuciliśmy jakieś kostiumy. 

Monika oczarowana swoim przebraniem czarownicy nie mogła się z nim rozstać:




Do tego pożyczyła sobie topór taty, żeby wydawać się groźniejszą:





Natomiast Gosia nie chciała dłużej być czarownicą, zatem wyciągnęliśmy księżniczkową sukienkę:





Iza to taka mała czarowniczka:




A poniżej moja siostra-kotka?




I ja, czarownica, niestety:




...za to jaką mam piękną córeczkę wiedźmę:)





Pająki wypełzły i zadomowiły się wszędzie!




Lampiony rozświetlały okno:





Zabawa była udana; dziewczyny przytaszczyły chyba z 5 kilogramów słodyczy! My rozdawaliśmy także, żeby nie było, że nie.
Dodatkowo na imprezę upiekłam szarlotkę(Ann niemalże zmusiła mnie do tego) i paluchy czarownicy(przepis od Rest). Wszystko rozeszło się, więc zdjęć nie mam.



Żeby nie było, że tylko tak halloween i czarownice... 
Dziś zabrałam dziewczyny na cmentarz w Portarlington i zapaliłyśmy znicz pod starym krzyżem. Tłumaczyłam córkom, że w Polsce, dziadkowie odwiedzają groby najbliższych i palą takie właśnie "światełka". Gosia już przyjmuje takie rzeczy poważnie, Monia tak sobie, a Iza skakała między grobami z szerokim uśmiechem na ustach.