czwartek, 29 września 2011

Kwiatowe wspomnienia



... z Heywood Gardens.



To po ostatnim wakacyjnym pobycie w tamtych ogrodach. Kilka zdjęć:


Zantedeschia, czyli tzw. kalia



Wysoka, smukła...






Ogród różany urzekł mnie barwami, kształtami kwiatów i zapachem:






Pamiętacie popularną niegdyś różę? Rosa rugosa, czyli róża pomarszczona. W dzieciństwie jadło się owocki; kiedyś pełno jej było wszędzie:




A tu jaka piękność!




Nagietki w odmianach pełnych urzekają swoją urodą:




Kontrastowe zestawienie tawułek:




Liliowce, czyli Hemerocallis:



Tutaj już prawie przekwitały. Liliowce są bardzo wdzięcznymi bylinami. Można dobrać odmiany o różnych kolorach i porach kwitnienia, i w ten sposób zapewnić sobie ogród pełen kwiatów przez dość długi czas. 

I na koniec dzwonki brzoskwiniolistne :



Campanula persicifolia



W dwóch kolorach. Kwitły całe ich poduchy. Porażały bielą i fioletem.

środa, 28 września 2011

***




W piątek wieczorem renault jedzie do mechanika na wymianę drążków kierowniczych i hamulców tylnych. Zobaczymy, jak będzie po tym jeździł.


Ja z kolei czytam "O krok" H. Mankela. Prawie kończę. I już myślałam, że będzie przerwa, a tu nagle dziś kupiłam "The man who smiled"(Mężczyzna który się uśmiechał) - tego samego autora. I jak tu przerwać?

niedziela, 25 września 2011

Żeby nie było tak różowo



...ostatni tydzień spędziłam w ogromnym stresie i to nie z powodu wesela. 



Sen z powiek spędzał mi mój renault. Któregoś dnia wjeżdżając na parking usłyszałam zgrzyt przy skręcaniu. Serce mi się ścisnęło i w głowie dzwonek:co się dzieje!? Już wcześniej wpadłam w poważny poślizg na rondzie, mimo, że jechałam wolno. Potem, od czasu do czasu, zaczął mi "uciekać" tył. I odniosłam wrażenie lekkiego "pływania" kierownicy. Samochód nie reagował tak, jak przedtem, minimalnie, ale jednak...
Oczywiście prawie wszyscy panowie z otoczenie(w tym mój brat w PL), nie chcieli uwierzyć, że coś się dzieje. Stwierdzili, że baba, to wymyśla, że to niemożliwe, żeby tak ciężki i stabilny wóz wpadł w poślizg przy małej prędkości, jeśli nic nie zrobiłam. Wytłumaczenia, które znaleźli: 
- moja zbyt szybka jazda na rondzie
- przypadkowe lub celowe zaciągnięcie hamulca ręcznego(kiedy wiozłam dzieci, prawda?)

W końcu pod moim strasznym naciskiem, Artur zamienił opony: nowe, przełożył na przód(tam mam napęd), a stare na tył. Samochód zaczął jeździć troszkę lepiej, ale nie tak, jak przedtem. Umówiłam się do mechanika. W stresie czekałam kilka dni. 


W tym czasie namawiano mnie, żebym sprzedała renault, nawet za grosze, a kupiła sobie inny wóz. I już nawet przeglądałam ogłoszenia, już nastawiłam się na toyote 7-siedzeniową, już....


Nie muszę chyba wspominać o moim napięciu, o ilości kłótni, które miałam z Arturem? To on mnie próbował uspokoić, powtarzał, że jeszcze nic nie wiadomo, że powinnam poczekać do przeglądu, potem się martwić. A ja prawie płakałam na myśl o tym, że mój renault pada. Cóż jednak pozostało?


Wczoraj pojechałam na spotkanie z mechanikiem. Przejechaliśmy się autem, oczywiście nie zazgrzytał podczas prób, dopiero na sam koniec coś tam spróbował zaskrzeczeć. Wytłumaczyłam, w czym problem i powiedziałam, że nikt mi nie wierzy, a ja wożę dzieci i chciałabym wiedzieć, że mam sprawny wóz.

Przetrzepali auto. Nie sprawdziły się słowa, że to wahacze czy zawieszenie. Mam problem z drążkami kierowniczymi(stąd ta niestabilność wozu) i do wymiany idą cylinderki w układzie hamulcowym. Natomiast zgrzyt następował na skutek zjechanych tarczy hamulcowych na przodzie. Teraz zostały wyszlifowane, a w momencie, kiedy już zjadę klocki, pójdą do wymiany. 
Poza tym wóz jest sprawny i naprawdę nie warto go sprzedawać za grosze. Kamień spadł mi z serca. 


Liczę się jednak z tym, że niedługo przyjdzie mi się rozstać z moim renault i poszukać innego auta, ale to dopiero za jakiś czas. Trochę żal, kiedy o tym myślę, ale wiem, że zakup tego wozu zwrócił się nam co najmniej raz. Przeprowadził całe mieszkanie, umeblował kolejne; to na nim odnowiłam swoje umiejętności jazdy, potem Artur swoje, to na nim uczyła się jazdy od podstaw moja siostra. Myślę, że to dużo, jak na takie stare auto, a widać, że jeszcze trochę pojeździ:) Oby jak najdłużej, bo bardzo je lubię.

sobota, 24 września 2011

Poweselnie



Wczoraj odbył się ślub naszych sąsiadów: Claire i Marka. Pierwszy raz widziałam ceremonię zaślubin w Irlandii. W sumie nie różni się wiele od naszej. 

Zwyczajem, którego u nas nie ma, jest zapalanie świec na ołtarzu. Najpierw para młoda podchodzi i każde zapala jedną świecę, po czym już po złożeniu przysięgi, podchodzą ponownie do ołtarza i albo gaszą dwie poprzednie świece i wspólnie zapalają jedną, albo po prostu wspólnie zapalają trzecią świecę. Wszystko to symbolizuje ich jako parę: najpierw jeszcze oddzielnie, a potem już jako małżeństwo - jedna świeca jest symbolem wspólnoty. 

Parze młodej nie przynosi się kwiatów. W ostatnim tygodniu przed ślubem wręcza się prezenty. W ostateczności prezenty daje się po ślubie. 


Samo wesele odbywało się w hotelu w Portarlington. Razem z nami bawili się Caroline, Karen, Paula Sara i Kathrina - wszyscy z partnerami. Dzieciaków nie było. 

Zabawa była przednia. Naprawdę nie sądziłam, że tak wszystko się ułoży. Tańczyliśmy wspólnie i w parach, ale głównie wspólnie i głównie panie. Faceci nie garnęli się na parkiet. Dopiero kiedy wyciągnęłam Artura, pozostali panowie też się ruszyli. Karen zażartowała, że "ruszyliśmy" ich facetów z krzeseł:)

Niestety, my musieliśmy się urwać wcześniej, bo Artur jeszcze gnał do Dublina do pracy. Udało mu się dostać wolne do północy. Szkoda, bo na pewno bawilibyśmy się długo i wspaniale!

A teraz sesja, którą zafundowała mi siostra:
 




Specjalnie zabrała mnie do parku, bo w domu nie odpowiadało jej światło.














Buty są niesamowicie wygodne. Nie obtarły mnie, nie cisnęły, jednym słowem idealne! Do kompletu miałam szal ale było tak ciepło, że obyło się bez. 

sobota, 17 września 2011

Po dwóch tygodniach



...są już widoczne postępy w malowaniu. Ba, nawet udało mi się odtworzyć i pomalować pierwszą warstwę  motywu roślinnego, który mam na lustrze:





Zdjęcie pochodzi ze strony ikea  


U mnie wygląda on tak:






Małe zbliżenie:




Teraz muszę położyć jeszcze jedną warstwę farby, żeby wyrównać cienie. 

Pomalowałam już prawie wszystko fioletem i nadeszła kolej na żółty tam, gdzie go jeszcze nie ma. I oczywiście motyw roślinny, który będzie powtórzony - tym razem w wersji fioletowej na żółtej ścianie - wzdłóż schodów, czyli tam, gdzie mi dzieciaki najwięcej palcują. 
Myślę, że takie rozwiązanie będzie w miarę sensowne, bo purpurowe maziaje będą doskonałym maskowaniem dla brudnych palców, które na pewno odbiłyby się na żółtej ścianie. 

niedziela, 11 września 2011

Rok szkolny sie zaczął



...już jakiś czas temu i myślałam, że będę mieć więcej czasu. Wygląda jednak na to, że niezbyt szybko to nastąpi. 


Kiedy Gosia i Monika idą do szkoły i przedszkola(Monika tylko 3 dni w tyg.), staram się ogarnąć dom, zrobić zakupy, coś ugotować i nie wiem nawet kiedy, a czas mija. Dodatkowo zabrałam się za malowanie korytarza. Farby kupiłam już w maju lub czerwcu, nie pamiętam. W wakacje miałam zamiar poprosić Artura o pomoc i zmienić kolorystykę niektórych wnętrz. No właśnie, miałam.... Wakacje minęły, a farby stały nadal. Szczelnie zamknięte.





W tym tygodniu stwierdziłam, że jeśli sama się nie zabiorę za pracę, to nigdy projekt nie doczeka się realizacji. Rozrobiłam gips i wypełniłam wszelkie dziury, które powstały podczas "użytkowania" korytarza, jak też te, które zostały pominięte przez fachowców. Następnego dnia wyszlifowałam nierówności(te po fachowcach też), taśmą wyznaczyłam pole malowania i ruszyłam do boju. 






Pierwszy raz w życiu malowałam ściany. Użyłam nie wałków, tylko padów i powiem Wam, że jestem z nich niesamowicie zadowolona. Nie chlapią, farba idzie równo - jak dla mnie świetna sprawa. 





Oczywiście nie pomalowałam całości od razu, bo mam tylko około godziny-dwóch w ciągu jednego dnia. Poza tym muszę kłaść dwie warstwy koloru jasnego i aż trzy ciemnego. To wszystko wymaga czasu. Po trzech dniach mam 1/4 za sobą; no może 1/5. Co najważniejsze, jestem zadowolona, choć był moment załamania.





Żółta farba nie sprawia mi żadnych problemów, taśmy odcinające odchodzą od ścian rewelacyjnie. Za to farba purpurowa... to już zupełnie inna historia. Dopiero po pokryciu ściany trzecią warstwą zniknęły prześwity. Tu i ówdzie została złamana równa linia odcięcia, bo farba odeszła z taśmą. Będę musiała zrobić minimalne poprawki. Póki co jestem zadowolona. Tym bardziej, że nie mam pojęcia o malowaniu! Wszystkiego uczę się na błędach; czasem dostanę jakąś ekstra radę. I tak powoli zdobywam doświadczenie.


Dlaczego Artur nie udziela się w malowaniu? Ponieważ wie, że tak naprawdę kocham to robić. Zostawia mi wolne pole do działania. Duże powierzchnie "załatwia" on, ale małe pozostają dla mnie. Szczególnie, gdy jest to malowanie "udziwnione", jak je nazwał.


Dodam jeszcze, że te jednolite kolorystycznie powierzchnie tylko teraz są jednolite. Już niedługo dopasuję je do wzoru na lustrze, które zakupiłam niedawno w ikei. Malowanie wzoru to dopiero będzie zabawa. Póki co, muszę znaleźc kogoś, kto mi to lustro powiesi, bo z każdym dniem wzrastają we mnie obawy o całość szkła.



Przy okazji mojej przypadkowej wizyty w charity, znalazłam półeczkę:




Tylko chwilowo stoi w rogu korytarza. Docelowo pójdzie do pokoju dziennego lub jadalni, ale po przemalowaniu na biało. 

wtorek, 6 września 2011

Rock of Cashel, Co. Tipperary





Sobota upłynęła pod znakiem wycieczki do miejscowości Cashel, gdzie na wyniesionej wysoko skale, wieki temu, zbudowana została twierdza. Rock of Cashel, Cashel od Kings czy też St. Patrick's Rock, to jedno z  najbardziej znanych miejsc w Irlandii. Tu kierują się praktycznie wszystkie wycieczki. W sumie nie ma się czemu dziwić, w końcu to dawna twierdza królów Munsteru - jednej z czterech prowincji Irlandii; ich duma, ich potęga... ale też główny cel inwazji normańskich przez setki lat.


Tu, został ochrzczony król Aenghus, ochrzczony przez samego św. Patryka. Działo się to w V wieku. Tu, król Brian Boru, został koronowany na króla Irlandii. To tutaj zbodowany został pierwszy kościół w stylu romańskim - Kaplica Cormaca.

A jak to wszystko wygląda na zdjęciach?


Dojeżdżając do Cashel, zatrzymaliśmy się na poboczu:



Pogoda była średnia; mało słońca, deszczowe chmury wciąż straszyły, ale na strachu się skończyło. Ze względu na pogodę, zdjęcia są dość ponure. Nie wszystkie, ale spora część.



Do samej twierdzy wspinamy się pod górę. Te wszystkie głazy w tej chwili wyglądają nawet przyjaźnie, w porównaniu z tym, co widzieliśmy na rycinach. Kiedyś naprawdę trudno było dostać się do zamku.





Wysokie mury...




Niestety, ale część zamku jest w tej chwili odnawiana, stąd całą moc rusztowań, które przesłaniają widok.









I czas na detale architektoniczne:






Cała budowla łączy w sobie styl romański(Kaplica Cormaca, obecnie zasłonięta rusztowaniami) i gotyk - katedra.





Kamień, kamień i jeszcze raz kamień...




Szarość, mało ozdób - to cechy irlandzkich kościołów.




Widoczna w tle okrągła wieża, to najstarsza część całej twierdzy. Budowana była "na sucho", bez użycia zaprawy.





Katedra i jej masywność...




Piękne sklepienia...





...smukłe łuki...


Daleko, poza murami twierdzy, ruiny opactwa; o nim będzie w następnym wpisie:











Oczywiście cmentarz i krzyże...



Wyszło dość ponuro, ale tak chwilami było: pochmurno, wietrznie.


Widok od strony cmentarza:




Po trudach wędrówki, Izabela przysiadła na jednej z płyt nagrobnych:




Dzieciaki wybiegały się za wszystkie czasy, bo teren cały czas wznosił się i opadał, nawet na tak małych przestrzeniach. Izabela nijak nie potrafiła utrzymać pionu, cały czas opadała na czworaka lub zjeżdżała na pupie.
Wywiało nas solidnie, ale przyznaję, że podobało mi się to miejsce - kolejne spotkanie z potęgą twierdzy zbudowanej całe wieki temu.

hrabina.ee, wtorek, 06 września 2011