niedziela, 31 lipca 2011

Nowy stary pokój



Pokój dziewczyn, a w zasadzie sypialnia, która miała ściany w kolorze magnolii, teraz zmieniła swoje oblicze. 


Przedstawiam kilka ujęć:



Proszę na razie nie patrzeć na plamy na suficie - to nowe gipsowania po tym, jak robiliśmy podłogi na strychu; niestety, w miejscu przybicia gwoździ odpadły gipsy.




Namalowałam ten wzór na suficie, żeby pozakrywać maźnięcia różową farbą. 






Wzór wymyślałam na bieżąco, nie szkicowałam, nie robiłam nic przed samym malowaniem. Szło tak, jak mi ręka machnęła.





I nawet jestem zadowolona z efektu. 




Tak pomalowanych rogów jest trzy; przydałoby się jeszcze to samo zrobić nad szafą, ale nie mam weny.



Pokój ma dwa kolory przewodnie: pudrowy róż i delikatny niebieski. Pomysł taki znalazłam w katalogu dulux:



Do tego znalazłam naklejki z kwiatami, dziewczyny dostały naklejki przestrzenne z motylami, a przy okazji wizyty w ikei dokupiliśmy im lampki - ozdobne bardziej niż funkcjonalne:




Zasłonki pozostały te same - białe w delikatne kwiatuszki:




Rozjaśniają pokój i dodają mu delikatności:




Na oknach oczywiście motyle, których układ zaaranżowały już dziewczyny:




I na koniec - bukiet bibułkowych kwiatów, okupiony wiązkami przekleństw i wściekłością. Ani Gosia, ani Monika, nie potrafiły tego wcale robić, ja nie mam aż takich pokładów cierpliwości. Niemniej jednak coś tam wyszło:


Stoi na półce z książkami i wzbudza podziw koleżanek Małgosi:)

piątek, 29 lipca 2011

Kilka zajawek z cyklu: co niedługo będę szyła



Wzięło mnie na szycie, choć w kolejce mam zaczętą rzecz na szydełku.


Przygotowane i sfastrygowane:




Sukienka dla Gosi.




Spódnica dla Moniki.



Czeka też, pocięty w paski, materiał z próbnika, który kiedyś dostałam:




Kocham ten kwiatowy wzór.


Mam nadzieję, że w najbliższym czasie fastrygę zastąpię normalnym, maszynowym szwem.

czwartek, 28 lipca 2011

Co u kwiatów słychać



Rosną i to całkiem nieźle. Co prawda nie tak, jak rok temu, ale nie mogę narzekać.


Malutki, zakupiony trochę ponad miesiąc temu, wiciokrzew radzi sobie całkiem nieźle z naszym tylnym ogrodzie.





Zrobiłam bardzo domowym sposobem podpórki z bambusa: wbiłam 3-4 patyki w ziemię, a potem połączyłam poprzeczne za pomoca takich plastikowych uchwytów(takimi niektórzy kołpaki przymocowują do felg). I powojniki, i wiciokrzew lubią tę kratkę.


Cosmos 'Hot Chocolate' też sobie przyrasta, rozrasta się i wypuszcza coraz więcej kwiatów:




Mam go też od miesiąca, generalnie pierwszy raz w życiu i jestem zadowolona. Roślina miała już przejścia z Izą, która najpierw oberwała wszystkie płatki z dwóch pierwszych kwiatów, potem upierdzieliła wszystkie pąki, a następnie, kiedy wyrosły kolejne i się rozwinęły, poobrywała prawie połowę płatków z każdego kwiatu. Z tych względów nie mogę powiedzieć, żeby kosmos "kipiał" kwiatami.



Z przodu domu tymczasem kwiaty bujają, ale w sumie nic dziwnego, bo tu i słońca więcej, i przytulniej. Z tą bujnością wiąże się też i bałagan większy, bo "wchodzą" jedne na drugie, plączą się i wywracają.


Tak jest na przykład tutaj: lewkonie, maciejka, goździki, gazanie i inne, wszystko razem. Ma to jednak swój urok. Wieczorem i wczesnym rankiem zapach jest nieziemski: maciejka i lewkonie dają czadu.





Kolejny bałaganik:



Wiosenny floks szydlasty lub płomykowy - jak kto woli - kwitnie mi drugi raz. Przycięłam go bardzo mocno po pierwszym przekwitnięciu i w tej chwili kolejne pąki zaczynają się powoli rozwijać.




Moje ukochane niebieskości, które nigdy mnie nie zawodzą, jeśli idzie o kwitnienie. 


Gazanie zawsze pięknie wyglądające w słońcu. Mam ich kilka kolorów:




...każda piękna...





...i jedyna w swoim rodzaju...



...tylko zdjęcia nie oddają tego piękna...


Lwie paszcze rozwijają coraz więcej kwiatów:





To zdjęcia zrobiła Dana swoim nowym aparatem(stokrotka pełna):





A to(dalia) już pstryknęłam ja, też nowym sprzętem i...



...muszę powiedzieć, że jestem zadowolona. Według mnie lepiej oddaje naturalne kolory, niż robił to poprzedni.

środa, 27 lipca 2011

Zwycięstwo



Dziś będzie robótkowo.


Odniosłam zwycięstwo nad poduchą z kanapy. Czekała i czekała, ja przymierzałam się do tego i jakoś nie miałam czasu, a może natchnienia?

Wczoraj wyjęłam materiał, obmierzyłam wstępnie poduszkę, tę poniżej(aż mi się słabo robiło na widok kształtu):






Dziś zabrałam się do dzieła. Rozprułam pokrowiec, odrysowałam to co trzeba i wieczorem siadłam do maszyny z lekkim drżeniem rąk:)

Musiałam połączyć dwa różne materiały, bo już wiedziałam, że jednego, zamazianego w kwiaty...



...nie wystarczy na wszystko. Rozwiązałam to w ten sposób, że drugi, nowy materiał....





....pójdzie na spód, a z tego, z którego już uszyłam część pokrowca, uszyję wierzch.



I oto co mi wyszło:



Cieszę się niesamowicie, że wszystko sie "zeszło" na rogach i zaokrągleniach.




Linie są w miarę proste.




Nawet to łączenie dwóch różnych wzorów tak nie razi.





Generalnie, wygląda dobrze, przynajmniej w mojej ocenie. Duma tak mnie rozpiera, że nie bacząc na godzinę, musiałam o tym napisać:)

Jutro podejście do bliźniaczej poduchy, a potem reszta i... kanapa będzie prawie jak nowa.

niedziela, 24 lipca 2011

Niedzielna wycieczka



Ponieważ nasza dzisiejsza wycieczka była jedną z kolejnych do zoo w Dublinie, nie będę opisywać tego, co widzieliśmy. Owszem, miejsce znów zmieniło wygląd i wciąż jest rozbudowywane, ale nie ma sensu pisać co rok czy dwa lata o tym samym. 


Dziś wstawiam sporo fotek rodzinnych dla Rodziny właśnie i dla tych znajomych, którzy wciąż pytają o dzieci i o nas.


Pogoda nam dopisała, choć opuszczaliśmy zalane deszczem Portarlington. Potem troszkę się rozpogodziło, by tuż przed Dublinem znów nas postraszyć. 
Kiedy już zaparkowaliśmy wóz gdzieś pośród łąk(kto by pomyślał, że tak może wyglądać centrum Dublina?), prawie naprzeciw zoo, trzeba było podjąć decyzję, które ubrania zabrać. Do auta mogliśmy włożyć i pól szafy, ale później już trzeba to niestety nosić... padło zatem na płaszczyki od deszczu. Do tego oczywiście jedzenie dla dzieci, dla mnie, picie, zapas pieluszek. Wózek wyglądał jak obładowany wielbłąd:) Wszystko wydawało się jednak konieczne, wręcz niezbędne. 
Tuż za wejściem do zoo, no może po przejściu paru metrów, pogoda zmieniła się gwałtownie. Zaświeciło słońce i towarzyszyło nam do końca dnia. Kurtki i swetry trzeba było jednak dźwigać; cóż, uroki życia w Irlandii:)

Po tym przydługim wstępie zapraszam dalej:




Przez część dnia Izabela dzielnie maszerowała, a wózek spełniał inne zadania.





Może godzinę po wejściu trzeba było zacząć pierwsze jedzenie.




O dziwo, starsze zjadły cakiem nieźle.





Izabela w końcu się zmęczyła i wylądowała na rękach.





Zdjęcia przy stosownym wyposażeniu, nawiązującym do miejsca.





Były też lody i tutaj chusteczki poszły w ruch. Jak widać, nie tylko Iza padła, moje ramiona też i najmłodsza wylądowała w wózku.




I tak sobie spacerowaliśmy. Bez pośpiechu, jaki towarzyszył niektórym rodzinom, jakby spacer po zoo był wyścigiem z nagrodami.





Izie doskwierają kolejne zęby(wyjątkowo dostała nawet temperatury) i jej niektóre miny świadczyły o średnim zadowoleniu.





Pingwina z drewna też nie mogły pominąć:)





I jedno z lepszych ujęć: trójka razem wędrująca.





Izabeli było najtrudniej zaakceptować taki stan rzeczy, próbowała wyrwać się na wolność i iść tam, gdzie serce pragnie:)






Uwięziona między siostrami i mną, musiała iść do przodu.





W części afrykańskiej Artur wziął ją na barana, a ponieważ roślinność była bujna, momentami przyginał Izę, żeby nie dostała jakąś gałęzią w twarz. Z mojej perspektywy wyglądało to komicznie!





I jeszcze akrobacje na słoneczniku.





Jak jedna, to i druga, wyjątków nie ma pod tym względem.


Około 16-tej opuściliśmy zoo i muszę powiedzieć, że dziś byłam lekko zmęczona. Dzieciaki też, ale w trakcie drogi powrotnej okazało się, że siły na kłótnie mają.



Dzisiejsze zdjęcia robiła siostra swoim nowym aparatem, stąd może jeszcze nie wszystkie są takie ładne, bo dopiero uczyła się nowego sprzętu. 

piątek, 22 lipca 2011

Clonmacnoise, Co. Offaly





...czyli całkiem blisko nas, bo po sąsiedzku, aczkolwiek jazdy troszkę było.


Clonmacnoise, największa atrakcja turystyczna tego hrabstwa i jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Irlandii.



Clonmacnoise to bardzo duży kompleks monastyczny zlokalizowany nad rzeką Shannon. Powstał około 548-549r założony przez św. Kierana. Fundatorem był Dermond - późniejszy Wysoki Król Irlandii. Klasztor był ważnym ośrodkiem nauki. Tu powstawały liczne księgi, manuskrypty. Oczywiście był wielokrotnie łupiony, palony i odbudowywany. W 1179r wikingowie strasznie splądrowali klasztor; po ich napaści powstawał z ruin około 400lat(w tym czasie też był wielokrotnie napadany). 
To, co widzimy dziś, to ruiny, jakie pozostawili po sobie Anglicy, których garnizon z Athlone zabrał wszystko, co się dało. Miało to miejsce w 1552r. Można rzec, że Anglicy położyli kres istnieniu monastyru.


Na teren opactwa wchodzi się przez biuro informacji turystycznej(pracują tam niezwykle mili i pomocni ludzie). Dostać tam można przewodniki w kilku podstawowych językach, do tego dostępne są ofoliowane kserokopie z szerszym opisem poszczególnych miejsc na terenie klasztoru; to również przetłumaczone jest na kilka języków, jednakże biuro posiada tylko po jednym egzemplarzu. Mieliśmy szczęście, bo nikt z Polaków, którzy weszli przed nami, nie był zainteresowany tymi kserówkami, zatem to my je dorwaliśmy. Moja mama, którą z kolei interesuje historia, zachwycona była tym, że może sobie sama poczytać, a nie tylko liczyć na jakieś tłumaczenia. Bardzo chciała mieć taką kserokopię i co się okazało? Jedna z kobiet pracujących w biurze, mimo braku niektórych urządzeń pomocniczych, postarała się i zrobiła mi odbitki tychże kserówek. Nie było to łatwe, ale widząc autentyczne zainteresowanie miejscem, zrobiła, co mogła. Przy okazji porozmawiałyśmy chwilę o jej i moim kraju. Pochwaliła się oczywiście, że odwiedzała Polskę. 

Tuż obok biura znajduje się ekspozycja, dzięki której dowiedzieć się można czegoś o życiu mnichów, a także ludzi, którzy żyli w okolicy; pokazane są - za pomocą makiet - prace nad wykuwaniem krzyży celtyckich, ich wznoszeniem, pochówek zmarłych, prace ludzi zajmujących się kowalstwem, połowem ryb, itp. Oprócz tego, pod dach przeniesiono 3 najważniejsze krzyże celtyckie. Na zewnątrz zastąpiono je replikami. 

W muzeum nie ma zakazu fotografowania, więc kilka fotek mamy, ale ze względu na użycie nowego aparatu, nie wyszły one takie, jakie byśmy chcieli mieć.



Tuż przed wejściem na teren klasztoru czeka na nas rzeźba mnicha:






Tuż po opuszczeniu muzeum czeka nas taki widok:



Najwyższa budowla w tym miejscu - okrągła wieża, jedna z dwóch. Ta zachowała się tylko częściowo, druga miała więcej szczęścia.


Patrząc trochę bardziej w prawo, mamy już widok na katedrę i oczywiście krzyże:





A w oddali rzeka Shannon, czarująca swymi łagodnymi zakolami:










...i kolejne krzyże:



Lubię ich zarys na tle nieba.

Druga okrągła wieża, stanowiąca integralną część kościoła - jednego z kilku, znajdujących się na terenie klasztoru. Z tym, że są to zupełnie inne budowle, niż te, do których przywykliśmy: maleńkie i proste.






Wszędzie piękne rzeźbienia, kolumny i inne ozdoby:




Dziewczyny powędrowały nad rzekę, pochlapały się trochę w wodzie:




Kolejny kościół:




Wiele płyt nagrobnych jest praktycznie całkiem porośniętych trawą. Ciekawe po ilu się depcze?  




Widoki urzekały mnie, a obecność krzyży i nagrobków nie wpływała jakoś przygnębiająco. Tutaj są one wrośnięte niemalże w krajobraz, takie naturalne, takie "od zawsze"...





Jeden z piękniejszych krzyży:





Bardziej współczesny nagrobek, ale ładnie wkomponował się w tło rzeki:




Krzyż we wnętrzu jednego z kościółków:




Pierwszy z trzech najstarszych krzyży(replika): Krzyż Północny




Jeszcze raz wieża, widziana przez okno:




Replika Krzyża Pisma Świętego(pochodzi z IXw.), a w zasadzie jego części:





I ostatni z trójki - Krzyż Południowy, naturalnie przekrzywiony:



Znam takiech, którzy w programie komputerowym naprostowaliby ten krzyż:)) tak, jak poziomują drogi na pagórkowatych terenach, żeby tylko kompozycja zdjęcia była ładna.


Pogoda zaczynała się trochę zmieniać, nadciągały chmury i krajobraz zmieniał się również; ciemne niebo nadawało specyficzny klimat otoczeniu:





Niedaleko parkingu znajdowały się jeszcze jedne ruiny; był to zamek normański z XIIIw.



Te jednak można było zobaczyć tylko z pewnej odległości. Dostęp do nich był zamknięty.





To chyba tyle, jeśli idzie o wyprawy, o których jeszcze nie pisałam; źle to ujęłam, wypraw było więcej, ale to ostatnie z nowych miejsc, które odwiedziliśmy.