wtorek, 29 marca 2011

Już jutro



Artur wyjeżdża. Odwożę go z samego rana, coś po 4-tej . W związku z tym, dziś już był czas najwyższy zdjąć walizkę ze strychu i zacząć pakowanie. 

Nie lubię tego, kiedy jeździmy osobno. Zawsze wolę żebyśmy w czasie takich podróży byli razem. Nic na to nie poradzę i już. Tak mam. Będę teraz czekać na jego powrót.


Skończyłam "The fifth woman". Wciągnęła mnie do  tego stopnia, że wczoraj MUSIAŁAM doczytać do ostatniej kartki! Zaczęłam też "The girl with the dragon tatoo" ale jakoś mi nie idzie. Corina tak mi zachwalała tę książkę, ale brnę już przez drugi rozdział i nic. Ann wspominała co prawda, że trzeba przemęczyć początek, a potem... ma być cudo. Zobaczymy. 


Pomęczę Was jeszcze moimi hiacyntami i innymi kwiatkami. Obiecuję jednak, że już niedługo.




Ten kolor mnie zaskoczył. Spodziewałam się czegoś bardziej w fiolet, a tu wyszło bordo.




Ten z kolei jest bardziej żółty(waniliowy), niż biały.




Takie maleństwa, przycupnięte w kąciku.





I wreszcie szafirki.





  Ustawiłam swój aparat na zdjęcia makro(od ponad 5 lat ani razu nie używałam tej funkcji), ale wciąż robię ze zbyt daleka. Zdjęcia szafirków, to już w ogóle robiłam "na ślepo": kucnęłam, aparat oparłam prawie na ziemi, obiektyw w górę i co się uda złapać. 



Kurczę, nie mogę przestać myśleć o tym wyjeździe Artura. Nawet teraz piszę, ale myślami jestem gdzieś daleko. Muszę sobie znaleźć tak dużo zajęć, żeby nie zastanawiać się nad jego nieobecnością. Zapewne zajmę się domem. Zdarzyć się może, że Artur wróci i nie pozna swojego miejsca:)

sobota, 26 marca 2011

Znowu kilka rzeczy



Wypruta dziś jestem doszczętnie. 



O drugiej odbyła się zaległa impreza urodzinowa Małgosi. Ponieważ w okolicach urodzin Gosia była chora, a potem rozwinął się cały łańcuszek chorobowy - zarówno u nas, jak i u innych - termin zarezerwowaliśmy dopiero na końcówkę marca. Nie było zbyt dużo osób. Dzieciaki bawiły się w centrum rozrywki, my "skakaliśmy" koło rodziców, a potem musiałam jeszcze pojeździć troszkę: odwieźć do domu, zrobić zakupy, wpaść do Ann... 
Do tego wszystkiego mój renault zaprotestował troszkę. Podejrzewam, że to paliwo, które zatankowaliśmy kilka dni temu. W nowym miejscu - niby tańsze i Artur się połakomił. Nigdy, przenigdy nie zatankuję na innej stacji! David podejrzewa, że może mi przyblokowało filtr paliwa. Zobaczymy.


Jakoś tak ostatnimi czasy nazbierało się problemów samochodowych. Zmusiłam Artura, żeby w końcu podstawił swojego seata do mechanika. Wycieraczki przednie i tylne włączały się kiedy chciały i potrafiły "wachlować" na sucho pół drogi, po czym wyłączały się same. Mechanik wymienił wszystko - kosztowało to sporo, nie powiem, ale według mnie było warte. Pozostał jeszcze płyn hamulcowy. Może zainteresuję się tym, kiedy Artur pojedzie do Polski?

Oprócz tego zeszło powietrze z jednego koła w Artura samochodzie. Okazało się, że był tam gwóźdź. Załatali oponę, obyło się bez kupowania nowej. Ale już dwa dni później w moim samochodzie była przebita opona. I teraz pytanie: czy samo się stało, czy to robota kogoś? Przebicie było na boku, dosłownie pół centymetra nad kołpakiem i była to czysta, prosta dziura po czymś ostrym. 
Musiałam zmienić obie przednie opony. Na szczęście nasz sąsiad Irlandczyk podał nam namiary do kolegi. Zadzwonił do niego i dostałam dwie nówki w cenie jednej, razem z wymianą. Cieszę się ogromnie, bo inaczej nie byłoby wesoło. Oczywiście nie ma tego złego... Opony przednie miałam już łyse, więc i tak musiałabym je kiedyś wymienić. Za jakiś rok, może wcześniej, będę musiała to samo zrobić z tylnymi. Już i tak są starte i NCT przeszły na granicy.
Mark zastanawia się czy ktoś mi nie przebił opony. Wolałabym wierzyć, że to się stało tak po prostu, w czasie jazdy. 


Z przyjemniejszych rzeczy: dziś dotarł do nas kurier z PL i dowiózł dwie paczki. Dostałam mnóstwo książek, które kiedyś kupiłam w merlinie. Cieszę się ogromnie! Tylko na półkach nie ma już miejsca. 


Teraz ogród.

Hiacynty szaleją:




Ludziom najbardziej podobają się te purpurowe. 








Niezapominajki mają coraz więcej niebieskości:



A stokrotki wychylają się nieśmiało zza hiacyntów.


 
Jeśli idzie o robótki... cisza. Czytam " The fifth woman" - "Piąta kobieta" H. Mankell, w kolejce stoją jeszcze inne pozycje. Nie wiem kiedy wrócę do szydełka:)


W środę wstaję o nieludzkiej porze i odwożę Artura na lotnisko. Nie lubię, kiedy odlatuje bez nas. 


środa, 23 marca 2011

***



Iza powoli przymierza się do podkradania opasek starszych sióstr. Długo na głowie nie potrzyma, ale...




...zawsze to coś nowego.




I nawet jeśli po 5 sekundach już w głowę ciśnie i próbuje się to zdjąć...




...to radość niesamowita wynika także i z samego trzymania.



Emo, standardowo, piękne. Zdjęć już w zasadzie nie robię, chyba że coś szczególnie przykuje moją uwagę. Wczoraj była to ta dama:





Teraz po prostu spaceruję po parku i chłonę jego piękno - na ile mi dzieci(w liczbie 3,4 lub 5) pozwolą.





Nie wiem dlaczego Małgosia nie lubi tu przyjeżdżać. Monika uwielbia, a ta już na samo słowo "Emo" wpada w histerię.





I jeszcze ten widoczek, który być może Wam już pokazywałam, ale co tam.







Na kominku wciąż królują żonkile - te, które dostałam od sąsiadki kilka dni temu. 



Tak teraz patrzę na to zdjęcie i dochodzę do wniosku, że czas najwyższy pochować wszystkie latarenki zimowe do pudła i zanieść na strych. Niech czekają na krótkie dni.


niedziela, 20 marca 2011

Kwiaty




Dziś mamy kolejny ciepły dzień. Byliśmy na małej wycieczce w okolicy, ale niestety, zdjęć nie będzie. Nie wzięłam aparatu. Za to uraczę Was moim ogródkiem.


Żonkile kwitną jeden po drugim. Kilka ścięłam do domu, pęk dostałam od sąsiadki Bridy. Pachną niesamowicie!
 




Próbowałam zajrzeć aparatem do ich kielichów:




Białe narcyzy też już mają pąki. Czekam na ich kwitnienie. Uwielbiam tamten zapach. Te właśnie kwiaty pamiętam z mojego dzieciństwa, kiedy kwitły całymi pękami w ogródku babci. 


Hiacynty - zdjęcie już nieaktualne, bo trzy dni temu wyglądały właśnie tak:



...a dziś są zdecydowanie większe. Między hiacyntami odrasta mój niebieski, pełny powojnik. Jednak przetrwał tę zimę, nawet bez okrycia. 


Niezapominajki zaczynają rozwijać coraz więcej kwiatuszków:




Podobnie szafirki:





Tutaj rośnie czosnek olbrzymi. Przyznam, że mam go po raz pierwszy.




Z tyłu domu, w doniczkach, też rosną kwiaty. Te małe zielone liście to agapant, te duże, to przekwitłe hiacynty, a czerwony... 




...który urzekł mnie swoim wściekłym kolorem, to jaskier:



W drugim, słonecznym rogu ogrodu, znów hiacynty:




Jak ja kocham wiosnę! 


Z tej radości zaczęłam bieganie. Tak, w końcu się zmobilizowałam po zimie i biegam. Co prawda dopiero cztery razy wyszłam rankiem - o 6.30, ale myślę, że już jestem na dobrej drodze, żeby znów "wejść" w rytm. Na razie udaje mi się biegać około 20 minut. Mam nadzieję, że niedługo będzie to 30 minut lub więcej.
 

sobota, 19 marca 2011

Dzieciowato




Byliśmy w Dublinie. Pokonałam swój strach związany z jazda w dużym mieście. Może nawet słowo "strach" to za dużo powiedziane. Nie czułam się jednak komfortowo jeżdżąc między tyloma samochodami i mając do wyboru aż 4 linie:)) Dziś musiałam zostawić Artura na samym początku Dublina i pojechać dalej sama, a po spotkaniu... wrócić i odebrać go prawie z tego samego miejsca.   

Zatem zawiozłam Artura na spotkanie z Plunketem, a Dana, dzieci i ja, pojechałyśmy do ikei. Spędziłyśmy tam prawie 4 godziny! Dla mnie to ogrom, ale przyznam, że na spokojnie obejrzałam wszystko, co chciałam. Potem powrót i "łapanie" Artura po drodze. Przyjechałam za wcześnie i musiałam stanąć na światłach awaryjnych, na jednym z pasów jezdni. Na szczęście garda nie interesowała się  autem(a przejechało aż 6 patroli), a inni kierowcy nie trąbili, tylko omijali mój samochód(stałam na brzeżnym pasie około 50 metrów od zakrętu). Mimo to stres mnie troszkę zjadał przez cały czas, kiedy czekałam na mojego małżonka. On z kolei widział podobno nasze renault, kiedy zjeżdżałam z autostrady na drogę w kierunku Limerick - stał w tym czasie w tramwaju, który przejeżdżał nad nami. Zaczął dzwonić, żebym się zatrzymała zaraz za zjazdem, ale dla mnie było to już za późno. Za szybko jechałam, żeby nagle zmienić 3 pasy i zatrzymać się przy poboczu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło:)) a ja mam kolejny etap za sobą. 


A tu moje dziewczyny:
























Izabela czytelnik:











  

wtorek, 15 marca 2011

Samodzielna Iza



Dziś, w godzinach rannych, Izabela sama weszła na kanapę. Bez dodatkowych pomocników w postaci stołeczka czy innej odpowiednio wysokiej zabawki. Weszła, siadła i rozejrzała się po pokoju zadowolona ze swojego dokonania. Byłam w szoku. Oczywiście zejść nie potrafi inaczej niż głową w dół. 


Notka krótka, tylko tak dla odnotowania osiągnięć najmłodszej.

niedziela, 6 marca 2011

Zaległe fotki



Ta jest ze stycznia:




Trzy poniżej - z lutego:






Trudno było uchwycić uśmiech, bo Izabelka odwracała się w inną stronę, a potem przestała się uśmiechać.





Ostatnie fotka z marca - z samego początku:





Cały czas coś wkłada do buzi i gryzie, gryzie... W sumie nie ma się czemu dziwić - trzy zęby w trzy tygodnie! I u nas to tak zawsze: albo cisza przez długi czas, albo wszystko w jednej chwili.



Skąd biorę czas na robótki? - takie pytanie czasem ktoś mi zadaje.

Wieczorami, kiedy już położę dzieciaki do łóżek, zabieram się za szydełko lub druty. Przy okazji oglądam - lub słucham, zależnie od mojego zaangażowania we wzór - filmy. Od jakiegoś czasu jest to serial "Przyjaciele". To dzięki niemu zaczęłam udoskonalać swoje rozumienie angielskiego parę lat temu. Niedawno zaczęli emitować "Ptaki ciernistych krzewów", ale dźwięk jest fatalny. Do tego dochodzi nasz stary telewizor i momentami naprawdę niewiele można wychwycić, zwłaszcza jeśli jeszcze małżonek chodzi dookoła z telefonem w ręku i rozmawia po polsku:) Zatem, tak sobie siedzę, dziergam i przy okazji oglądam filmy bądź seriale, słucham wiadomości. 

Ktoś mi kiedyś powiedział, że w porównaniu z Anglikami, Irlandczycy mówią strasznie niezrozumiale. Ja aż takiego porównania nie mam, w Anglii byłam tylko miesiąc. Pomiędzy ludźmi, z którymi rozmawiam tutaj, na pewno można wyróżnić tych, którzy mają strasznie ciężki akcent i tylko domyślam się o co im chodzi, ale są też tacy, którzy mówią fantastycznie. Większość po prostu mówi normalnie, albo to ja już przywykłam do ich akcentu:)

I jeszcze jedno: jeśli teraz tak szydełkuję ostro, to oczywiście nie mam czasu na książki. W jakimś momencie chwycę za lekturę i wtedy nitki pójdą w kąt. Nie potrafię połączyć wszystkiego, niestety.
 

piątek, 4 marca 2011

Kawałek dalej



Już troszkę podgoniłam serwetkę. Jestem do przodu o 3 czy 4 okrążenia. 





Wyłania się motyw ananasa:





Ale do końca wciąż 6 czy też 7 kółek. Z tym, że nigdzie mi się nie spieszy. 

czwartek, 3 marca 2011

Zakwitł



Po dwóch latach, po przemrożeniu ostatniej jesieni(takim solidnym, gołe cebule zostały na dworze, a tam temp. spadły do -5stopni), w końcu zakwitło hipeastrum.


Jeszcze dwa dni temu miało pąki: