wtorek, 22 lutego 2011

Pierwszy spacer


Pierwsza wiadomość: Izabela ma już lekko przetarty pierwszy ząbek, drugi zaczyna prześwitywać przez dziąsło. Oba rosną na dole. Dwa dni temu skończył 10 miesięcy, a to znaczy, że jeśli idzie o zęby, przebiła swoje siostry o miesiąc. One miały pierwszy ząbek w wieku 9 miesięcy.


Druga wiadomość: Izabela czasem staje przy kanapie i zaczyna puszczać podparcie. Łapie balans bez trzymania. Do chodzenia oczywiście jeszcze kawałek, ale...


W związku z tym, wczoraj pojechałam do sklepu sportowego i kupiłam Izabelce pierwsze solidne buciki. Solidne, mam na myśli sztywne, a nie takie "soft baby shoes", które przy każdym kroku ślizgają się, bądź wykrzywiają. 
Pogoda dopisała, było ciepło, słońce świeciło i dziecko poszło testować swoją zabawkę przed domem.




Początkowo plątały się jej nogi, zaczepiała czubami butów i tarła nimi po betonie.




Generalnie podobało się jej chodzenie z podparciem




Cały czas oglądała się za siostrami, które jej towarzyszyły. Przez to traciła równowagę; po każdym obrocie do tyłu, siadała na pupie.




Jednak wciąż dzielnie parła do przodu.




Czasem koła były zdecydowanie ciekawsze niż chodzenie. A może tylko sprawdzała zawieszenie?




Gosia naciskała każdy przycisk, więc w większości czasu miałyśmy muzykę.




Po jakimś czasie trzeba było już prowadzać i podtrzymywać dziecko, bo chyba trochę się zmęczyło.







Nie obyło się bez pozowania Małgosi. Wygibasy i inne takie.  




Oczywiście zdjęcie bez górnej jedynki musiało być zrobione. Gosia jest taka szczęśliwa, że jej też w końcu zaczęły wypadać zęby!




Moniki brak, ponieważ znudziła się na samym początku i poszła do domu, do taty.



Nie wspominałam długo o tym, ale ponad rok temu, kiedy wróciliśmy z Polski, Monika zaczęła mieć ogromne problemy ze spaniem. Podejrzewaliśmy, że wpłynęło na to kilka rzeczy:
- przeprowadzka do nowego domu,
- spanie w swoim pokoju;
- pójście do przedszkola;
- przyjazd cioci;
- moja ciąża i związana z tym mniejsza aktywność w zabawach.

Oprócz dramatycznych nocek - budziła się kilka razy z histerycznym płaczem lub wrzaskiem - doszło moczenie się w nocy, w dzień, a nawet... załatwianie się w majtki. Byłam załamana! Ja w 6 miesiącu ciąży, a tu takie kłopoty. Rozmawiałam z nauczycielką z przedszkola i zaczęliśmy działać. 

Powoli, bardzo powoli, sytuacja zaczęła się poprawiać. Najpierw polepszyło się korzystanie z toalety. Potem zmniejszyło się natężenie wrzasków nocnych i liczba wybudzeń; wciąż jednak były. 

Teraz minął rok i miesiąc  od tamtego czasu. Cholernie długi rok. Monika nie budzi się już z płaczem. Co najwyżej na nocne siusianie. Po ponad roku osiągnęliśmy stan, w którym dziecko przybyło do tego domu. Spokojne, przespane noce... I oby tak już zostało.

niedziela, 20 lutego 2011

Wieża


Niestety, dziś pogoda nam nie dopisała i po lekcji jazdy nie pojechałyśmy do upatrzonego wczoraj zakątka. Zatrzymałyśmy się za to po drodze. 

Objeżdżając okoliczne lasy, co jakiś czas można znaleźć zatoczkę lub podjazd dla auta. Droga do lasu zamknięta jest szlabanem, ale tylko dla pojazdów. W jednej z takich zatoczek zaparkowałyśmy. Niedaleko stała wieża Roszpunki - tak to nazwała Małgosia. Po obejrzeniu wszystkiego co się dało, dziewczyny obrały kierunek na las. Tam, wśród mchów wypatrywały śladów obecności elfów.




Jeszcze pusto i rudawo, ale w powietrzu już czuć wiosnę.




Wieża w większości porośnięta była bluszczem.





Dziewczyny odnalazły schody i zastanawiały się czy to tędy wchodziła czarownica.



Schody nie zachęcały do wspinaczki...





Widok do góry - dachu czy jakiegokolwiek stropu brak








Zaczęły nadciągać chmury...




...ale Małgosia i Monika powędrowały drogą i oto co nas otoczyło.


Zdjęcie

Jak widać, mchy już się zazieleniły i tej zieloności będzie coraz więcej. Mam nadzieję, że niedługo pogoda pozwoli nam odwiedzić kolejne niedalekie zakątki.




Tu kolejna zagadka.  - Mamo czy to są krzesełka krasnoludków? - zapytała Gosia







sobota, 19 lutego 2011

Nowy sezon sie zaczyna



Teoretycznie wiosna zaczyna się tu w lutym. W tym roku znów jest troszkę opóźniona, ale... ptaki już od jakiegoś czasu świergoczą na całe gardła. Wiatry wieją, deszcze padają i wszystko zaczyna rosnąć. Zastanawiam się czy nie skosić już trawy w ogródkach. 


Dziś zabrałam moją siostrę na naukę jazdy. Wielkie naklejki "L" przywalone na szybach; pojechałam w okolice łąk i pola golfowego. Przez środek leci asfaltówka, niezbyt mocno uczęszczana. W zasadzie Dana ma już tymczasowe prawo jazdy i mogłaby legalnie jeździć normalnymi drogami, ale jako że dopiero uczy się ruszania i tych wszystkich pierwszych spraw... wybrałam drogę o znikomym ruchu. 

W okolicy było tylko kilku spacerowiczów(jeden już machał nam, kiedy mijałyśmy go enty raz) i paru golfistów. Ci, w przerwach między odbiciem piłki i jej szukaniem, z zainteresowaniem obserwowali poczynania naszego renault. A samochód starał się z całych sił, rzęził czasem, czasem zasuwał na dwójce, aż obroty szły do czterech tysięcy. 
W sumie uważam tę jazdę za udaną. Dana przyzwyczaiła się, że na drodze są też inne auta i SPOKOJNIE ZMIEŚCI SIE Z NIMI. Następny raz - jutro - będzie jeszcze lepszy. A jak już połknie haczyk, to pewnie nie dobiję się do mojego samochodu:)


Kiedy już uznałam, że samochód się napracował, przerwałyśmy jazdę i zabrałam wszystkich na małą przejażdżkę w okolicę. Przywiozłyśmy stamtąd kilka gałązek i znalazłyśmy miejsce, gdzie prawdopodobnie jutro się wybierzemy. Dana już dziś widziała tam milion pięknych kadrów. Zieleń zaczyna u nas przybierać nasycone barwy i omszone drzewa wyglądają teraz wprost bajecznie!






W moim ogródku też coraz radośniej.




Przebiśniegi posadzone ostatniej jesieni kwitną pojedynczo, ale za rok na pewno będzie ich więcej. 





Wokół clematisa - to tam, gdzie widać te dwa kołeczki - rośnie wianuszek hiacyntów.





Przed drzwiami postawiłam skrzynki z pierwiosnkami.





Gosia ułożyła w nich muszelki.





Po węższej stronie - tam, gdzie swego czasu usypałam "grób", a potem zrobiłam trawnik - też widać już pąki hiacyntów.




Z tamtorocznych pierwiosnków tylko jeden kwitnie. Drugiemu wszystkie pąki zżarły ślimaki.




Żonkile mają już pąki i lada chwila zakwitną. 

Do kwitnienia szykują się stokrotki i niezapominajki. Lawenda zaczyna rosnąć, czosnek olbrzymi wypuszcza z ziemi zielone pędy. Wszystko powoli rusza... 
Jak ja kocham ten czas!

piątek, 18 lutego 2011

Druga część zakupu



...czyli kredens. Nie jest to kredens taki typowy, jak przywykłam widzieć. Ponieważ jednak znalazł swoje miejsce w jadalni, tak nazwałam ten mebel.

Oto i on:












Na dole, w szafce, włożymy wszystkie papierzyska i kolorowanki oraz wszelkie inne ustrojstwa z serii: dzieci spędzają czas kreatywnie.

W części przeszklonej... jeszcze nie wiem co będzie. Najpierw dokupię takie plastikowe "cosie", na których umieszcza się półki. Kilku brakuje, kilka zostało wyłamanych podczas przewożenia. I tak cud, że faceci nie potłukli szyb w drzwiach. Jakoś tak nieumiejętnie obchodzili się z tymi meblami, że szok! 

czwartek, 17 lutego 2011

Ostatnia chwila



...na napisanie tego, że właśnie dziś, z samego rana, Gosia skończyła 6 lat. Dzień nie wyróżniał się niczym, bo jak to w tygodniu, wiele spraw do załatwienia. Zakupiłam ciasto, wstawiłam świeczki i Małgosia w obecności Evie, Moniki i Izabelki zdmuchnęła swoje sześć płomyków. Ciasto smakowało, bo było lodowe. 
 Chyba z okazji tego dnia w ogródku zakwitł pierwszy kosaciec:


 

Gosia aż buzię otworzyła, kiedy zobaczyła kwiatek. Przebiśniegi jakoś tak jej nie ruszały, ale ten... 


Większa impreza urodzinowa przewidywana jest w niedalekiej przyszłości, kiedy już te wszystkie wirusy i inne nieszczęścia nas opuszczą. 

środa, 16 lutego 2011

Niespodziewany nabytek



Niespodziewany, bo naprawdę nie myślałam, że w końcu to kupimy. Nowe meble. Z powodu zakupu licencji telewizyjnej(po prawie 6 latach pobytu w Irlandii) i wstawieniu odbiornika, pojawiło się zapotrzebowanie na jakiś stolik telewizyjny, albo coś w tym rodzaju. 
Mieliśmy jeden - kupiony kiedyś i używany jako półka na książki. Choć był nowy, po ustawieniu telewizora, zaczął się chwiać. To mnie trochę niepokoiło, bo w końcu Izabela zwaliłaby na siebie wszystko. Zaczęliśmy poszukiwania i...
Ostatniej soboty odwiedziłam charity. Stał tam piękny, drewniany kredens i jakieś dwie inne szafki. W kredensie zakochałam się niemal od pierwszej chwili, ale nawet nie pytałam o cenę. Jednakże w poniedziałek poszłam jeszcze raz, obejrzałam i dowiedziałam się, że aż tak drogi nie jest, zważywszy na materiał - prawdziwe drewno. Co się jeszcze okazało? Te dwie dodatkowe szafki, to właśnie zestaw pod telewizor. 
Zaprowadziłam Artura do sklepu. Właścicielka opuściła nam cenę i tak oto staliśmy się posiadaczami nowych starych mebli. Na pewno są zrobione lepiej, niż wspomniany stolik telewizyjny. Wymagają troszeczkę lepszego potraktowania(to już przyszłościowo), ale generalnie bardzo nam się podobają. Nawet Artur wyraził swoje uznanie. 


Zestaw telewizyjny:


Ze względu na spory odbiornik, dekoder musieliśmy ustawić na szafce, bo w środku nie zmieściła sie już półka, przewidziana na taki sprzęt.


Półka, na której postawiony jest telewizor, wysuwa się do przodu i obraca o 90 stopni w prawo, bądź w lewo. Przyznam się, że ja nie wiedziałam o takich rozwiązaniach, ale też nigdy nie oglądałam specjalnych mebli.


Drzwi i wszystkie wykończenia są zrobione z dębu. Boki i tyły oraz wewnętrzne półki to płyta, ale o wiele solidniejsza niż te, które spotyka się teraz.
Kilka detali:












W kuchni stoi rozłożony kredens. Nie robiłam mu dziś żadnych zdjęć, ponieważ efektowniej wygląda w całości. 

Ciesze się ogromnie, że nie kupowaliśmy wszystkiego zaraz po przeprowadzce, że nie szukaliśmy szybkich rozwiązań. Owszem, to się wiązało - i wciąż jeszcze wiąże - z tym, że brakuje nam szaf i półek. Niemniej jednak ja wolę poczekać i pomieszkać z pudłami, niż kupować coś tylko po to, by kupić i wstawić "na chwilę", albo kupić, bo nie wypada, żeby dom był nieumeblowany. 
Oczywiście to nasza teoria, którą wprowadziliśmy w życie. Na pewno minusem jest wspomniany bałagan, ale radość ze znajdowania odpowiednich mebli wynagradza to ogromnie.

niedziela, 13 lutego 2011

Z zamierzchłych czasów...



...wyciągnięte kwadraty. To moje pierwsze prace. Krzywe, każda w innym rozmiarze. Leżały na dnie pudła z wełnami. W sumie nie wiem czy wyjdzie mi coś z tego, ale spróbuję skoro już są zrobione. Może trochę wyrównam tu i tam? Zobaczymy.






Aż śmiać mi się chce, kiedy patrzę na to, co kiedyś robiłam:)




A moja przyjaciółka JM "płacze", że trochę krzywo coś przyszyła:)) Tak Asiu, to o Tobie mówię. Kiedyś pisała bloga tu, potem przeniosła się tutaj. Warto do niej zajrzeć i popatrzeć z czym się zmaga. 
Wróciła do szycia, czego jej zazdroszczę, bo ja jakoś nie mogę się wygrzebać z tego mojego bałaganu.
A, jeszcze jedno, zazdroszczę jej kota. 

Kocham koty miłością wielką. Nie psy, a koty właśnie, za ich niezależność. Kiedyś, w Polsce, zmuszona zostałam, żeby zamieszkać z kotką, dość dziwną, powiedzmy. Dlaczego? Kotka była już stara, przestraszona(prawdopodobnie wymęczona przez dzieciaka) i stąd wynikały jej agresywne zachowania(w najmniej oczekiwanej chwili rzucała się, gryzła, drapała, fukała). Długo się do siebie przyzwyczajałyśmy. Ja wprowadziłam nowe zasady w JEJ DOMU. To JA byłam nowa, a rządziłam na jej terytorium. Nie mogła już biegać po stole, blatach kuchennych. Po miesiącu, może dwóch, sytuacja zaczęła się normować. Kotka przestała rzucać się na mnie, drapać, uciekać przy lada szmerku. Ba, przychodziła do mnie kiedy siedziałam i czytałam książkę, usadawiała się na kolanach lub brzuchu i tak odpoczywałyśmy. Później było jej już mniej wygodnie, bo ze względu na ciążę, mój brzuch zaczął  przeszkadzać w tych kocich drzemkach. Mimo to zawsze próbowała gdzieś ze mną siąść. Ewentualnie wspinała się na moje kolana, stawała na tylnych łapach, opierając przednie na moich ramionach i wtulała głowę w moją szyję. Mruczała przy tym, jak motor. 
Kochała czesanie. Rozwalała się wtedy na podłodze na całą długość i mruczała. Pozwalała też na czesanie brzucha - odkrywała go, myślę, że już wtedy ufała mi dość mocno. 
Kiedy urodziła się Małgosia i przyjechałyśmy ze szpitala, stanęła na progu sypialni, potem zaczęła miauczeć. Trwało to do chwili, kiedy dałam jej obwąchać malucha. Zwierzak zaakceptował nowego lokatora. Gdy Gosia kwiliła w łóżeczku, kotka zaczynała miauczeć. Wiedziałam, że trzeba iść do małej. 

Po roku wspólnego mieszkania zaczęłam przygotowania do przeprowadzki. Kotka snuła się między pudłami, ocierała o moje nogi i miauczała. Cały czas, całe 4 dni. Przyzwyczaiłyśmy się do siebie mimo tylu trudności, a teraz szykowało się coś nowego. Ciekawe czy za mną tęskniła, kiedy wyjechałam? 

Od tamtej chwili kota nie miałam. Może kiedyś...     


Ot i wyszła taka przydługa opowieść o kocicy.



Wracając do moich robótek:



To obecne kwadraty z resztek. Wciąż je robię, systematycznie pozbywając się włóczek.




Potem zszywam je w różnych kombinacjach. Kiedyś już to prezentowałam; teraz przybyły kolejne kwadraty. 

piątek, 11 lutego 2011

Znowu się nazbierało



Pisania oczywiście.


Z tym naszym zdrowiem, to niby jest lepiej, ale i tak jeszcze wczoraj(czwartek) mieliśmy kłopoty. 

Wysoka temperatura wciąż utrzymywała się u Gosi, do tego doszedł ból głowy i całkiem zablokowany nos i dodatkowo - żeby nie było za pięknie i za łatwo - krwawienie z nosa i to dość spore. Wczoraj, po południu, Artur pognał z Gosią do Seana na kolejną wizytę - już trzecią. Ten skierował dziecko do szpitala. Napisał list, w którym poprosił o przebadanie krwi. Przedstawił historię choroby.
 
Do szpitala, na pogotowie dziecięce, już ja pojechałam, bo Artur nie wyrobiłby się przed pracą. Gnałam jak szalona, bo w domu została moja siostra, którą też dopadła choroba. W szpitalu spędziłam kilka godzin: od 16 do 20.30. Krwi nie zbadali, a jedynie próbkę moczu. Obejrzało Gosię dwóch lekarzy. Każdemu opowiadałam historię choroby; oprócz tego historię całego życia Małgosi, moich porodów i chorób Artura. Pierwsza pani doktor(z Indii) zapisała sobie cztery kartki papieru A4, wyrysowała wykres naszej rodziny, wysłała nas na zdjęcie płuc, żeby wykluczyć zapalenie. Potem stwierdziła, że skonsultuje się z drugim lekarzem, który pytał mnie prawie o to samo, porobił swoje notatki, obejrzał dziecko pod kątem wysypki i jakichś innych śladów. Zalecił podanie mieszanki nurofenu i calpolu, po czym stwierdził, że to prawdopodobnie wirus(dlatego nie działają antybiotyki) i pozostało mi zbijać gorączkę i obserwować Gosię. Zbadał dwukrotnie puls, gorączkę i... wysłał nas do domu. 

Przyznam się Wam, że z ulgą wychodziłam z tego oddziału. Wizyta nie wniosła dosłownie nic. Można nas było szybko przebadać i odesłać do domu, a nie trzymać tyle godzin, zapisując notatki o rodzinie. Tym bardziej, że w poczekalni płakało co najmniej troje niemowląt, którym pomoc chyba szybciej by się przydała. 

Dziś już jest o niebo lepiej. Gosia nie krwawi z nosa, ma niską temperaturę, taki bardziej stan podgorączkowy i ogólnie widać, że czuje się lepiej. Może to w końcu będzie za nami? Chyba, że teraz przyjdzie moja kolej, bo odzywają mi się zatoki i generalnie jestem zmęczona okrutnie. 


Ale dość o takich sprawach. Teraz będę się chwalić, a w zasadzie chwalić swoje dziecko.


Wczoraj, w tym czasie, kiedy Artur był z Gosią u lekarza, ja zabrałam Monikę i Izabelę i poszłam na tzw. wywiadówkę do szkoły. Spotkałam się z Małgosi nauczycielką. Przekazała mi wspaniałe informacje. Otóż jest niesamowicie zadowolona z Małgosi, która świetnie czyta, liczy i generalnie nie ma różnicy w nauce między nią, a dziećmi irlandzkimi. Język nie jest tu absolutnie żadnym problemem. Zdecydowanie poprawiło się pisanie. Przyjaźni się z wieloma dziećmi z klasy, współpracuje i chętnie pomaga. 
Oprócz tego muszę powiedzieć, że Gosia zaczyna czytać po polsku. Składa literki i zaczyna rozpoznawać wyrazy. Czasem nazywa niektóre litery po angielsku, ale tu ją poprawiam. Jeszcze ma kłopot z polskimi znakami i dźwiękami takimi jak: sz, cz, dź, dż, itp. ale myślę, że trochę ćwiczeń i będzie ok. 

Jestem bardzo, bardzo zadowolona! 

środa, 9 lutego 2011

Szafka na skarby



Skoro już jest trochę lepiej w domu, mogłam wziąć aparat do ręki i zrobić zdjęcia niedawno kupionej szafki na biżuterię. Ustrojstwo to kupiłam głównie z myślą o dziewczynach, bo powoli zaczynają doceniać posiadanie korali i innych błyskotek. Oczywiście jeszcze troszkę muszą dorosnąć do obsługi:)

Oto jak wygląda nabytek:



Z uchylonym wieczkiem, które kryje pozytywkę, a jednocześnie jest lustrem.




Ta baletnica podoba mi się najmniej. Jest zbyt toporna.



Zegar niestety, ale z rzymskimi cyframi(w kuchni też taki mamy, więc dziewczyny zaczynają powoli wnikać dlaczego takie robaczki tam widnieją? ) Zegar, o dziwo, chodzi dobrze i nawet przyjemnie, po cichutku, tyka.
Dolna szufladka wymaga nowego uchwytu, ale myślę, że da się to naprawić.




Namalowane na drzwiczkach kwiaty, odbijają się w lustrach na tylnych ścianach szafki.


Sam malunek wygląda przyjemnie zarówno pod światło...
 

...jak i w drugą stronę:


We wnękach, za tymi ukwieconymi drzwiczkami, umieszczone są wieszaczki obrotowe na wszelkiego rodzaju długaśne korale. I wieszania na tychże kołeczkach oraz nakręcania pozytywki, muszą się jeszcze nauczyć moje panny. W tej chwili pewnie powyrywałyby wszystko:) Z niecierpliwości oczywiście.