niedziela, 30 stycznia 2011

Pokój dziewczyn



W tym roku postanowiłam, że spróbuję zrobić coś z pokojem dziewczyn. Nie wiem na ile uda mi się zrealizować plany, ale spróbuję. Póki co na ścianach pojawiają się prace dziewczyn:




Mocuję je przy pomocy tworzywa, podobnego do plasteliny,; jest miękkie, lekko klejące. Odstaje bez zostawiania śladów. 



Na pierwszym zdjęciu prace Gosi, na drugim Moniki.


Poniżej wyklejana mozaika:



Mam na myśli te dwa motyle. Monika wykazała się sporą cierpliwością, potem poprosiła mnie o dokończenie. Małgosia zrobiła prawie całość, ale też już chciała mieć motylka i troszkę jej pomogłam.

Pod innym kontem patrzenia skrzydła motyli niesamowicie błyszczą:
 




W zestawie było 4 takie motylki. Trzeci jest na ukończeniu, a czwarty dziewczyny podarowały Evie.



Teraz moja mała praca. 
Kiedyś Gosia i Monika dostały gumki i spinki z wklejanymi sercami. Serca wypadły i zostały takie smętne resztki:



Wzięłam do ręki szydełko i zrobiłam kwiatki, po czym wkleiłam je w puste miejsca:




To tylko jeden przykład, bo inne powędrowały do Evie, albo zostały spakowane gdzieś w przepastne worki na skarby:)

czwartek, 27 stycznia 2011

Znowu piątek



Aż trudno mi w to uwierzyć, że kolejny tydzień strzelił. Minął tym szybciej, że tyle spraw trzeba było załatwić. Jedne z pozytywnym skutkiem, inne nie. 

Monika nie pójdzie do szkoły, taka jest oficjalna decyzja dyrektorki. Poczekam jeszcze do końca lutego, potem zobaczymy. W każdym razie włosów z głowy rwać nie będę, skoro już tak się stanie. Pewnie, że byłoby mi łatwiej - odwieźć obie do szkoły na tę samą godzinę i koniec. Może jednak Monice potrzebny jest jeszcze jeden rok? Może ona psychicznie nie radzi sobie z byciem w przedszkolu? Może za rok byłoby inaczej? Pytania, pytania, pytania i ani jednej odpowiedzi. 


Gosi wypadły oba dolne zęby. Wypadły już bardzo dawno temu, tylko nie miałam czasu o tym pisać. Oczywiście pomogła im bardzo. Kolebała nimi i kolebała:)




Potem zaczął jej w tym "kiwaniu" pomagać Artur. Kiedy już ząb wisiał na jednym włosku pokazywali mi i się cieszyli, kiedy odwracałam wzrok. Nie wiem, jak Wy, ale mi się słabo robi, dosłownie dostaję ucisku jakiegoś w żołądku, kiedy widzę taki chybotający się kawałek czegoś przynależnego do naszego ciała. Mniejsza z tym. Zęby wypadły, "kiwają" się następne. W szkole dosłownie licytacja: komu więcej wypadło! Evie pokazała mi dziś swój ząb, który wypadł w szkole. Trzymała go z taką dumą i uśmiechem:)


Zdjęcie poniżej mało ostre, ale wstawiam, bo muszę pokazać, jak Izabelka zaczepia śpiącego tatę. Podnosi się i ciągnie koc:
  




A na kolejnym...




...tata leży, dziecko bawi się komórą.


I wreszcie to, co wydarzyło się dwa tygodnie temu:

 

Iza wstała do pionu. Teraz już porusza się przy stabilnych przedmiotach, jeśli tylko stoją dość blisko siebie. 


Ponieważ zyskała dużą swobodę działania, można powiedzieć, że biega po kuchni. Którymś razem zmywam sobie naczynia, Iza bawi się na podłodze i... taka cisza zapadła. Cisza mnie zawsze niepokoi - nienaturalna jakaś jest. Wychylam się i co widzę? Dziecko popchnęło sobie drzwi balkonowe, one się otworzyły i świat poza nimi oczarował Izę. Siedziała tak sobie na podłodze, na przeciw tych drzwi i aż buzię rozchyliła z zaskoczenia, zachwytu...?


I jeszcze dwa zdjęcia z wycieczki styczniowej do Emo:





I moja trójca:





Podzielę się z Wami jeszcze moimi doświadczeniami związanymi z dużym samochodem i dziećmi. Otóż mając 7-siedzeniowe auto, czasami ma się też problem z dziećmi, które chcą siedzieć tylko w bagażniku i wszystkie w jednej chwili. Jedynie Iza jeszczenie protestuje i siedzi na tyle. Wiecie kiedy problem się zaognia? Kiedy masz mało czasu na dojechanie gdzieś tam i jesteś sama z czwórką dzieci, 3 plecakami, kocykiem i wózkiem. 

Tak było ostatnio. Artur w pracy, Dany nie ma, a ja pół dnia wożę dzieci.

Uwierzcie, że rozwiązywanie konfliktów, przypinanie pasów, ładowanie wszystkich sprzętów, zajmowało więcej czasu, niż sama jazda. Oczywiście dało się to wszystko ogarnąć, a jakże. Przy czym nic to w porównaniu z dalszym zamętem, w domu Ann i Davida. 

Wychodzimy z domu, przy aucie już wzrasta napięcie, bo drzwi od bagażnika obstawione przez trójkę dzieci.
Evie i Gosia oświadczają, że jadą w bagażniku, Monika też tam chce, bo z tyłu już nie jest tak fajnie. W końcu, po namowie, siada na swoim miejscu. Wszystkie cztery pozapinane, drzwi zablokowane.
Jedziemy do domu Evie, żeby przebrała się na gimnastykę. Jej ojciec, David, wcześniej już o tym wiedział, więc wpadam tam, przeświadczona, że wszystko pójdzie gładko,a on nie ma przygotowanego dosłownie nic. Zaczyna się: a gdzie masz ubranie? Nie wiem. A może w pokoju? Nie. A może to weźmiesz?...itd. W tym czasie moje dwie dziewczyny rozbiegają się po domu, który traktują prawie jak swój. Ja sadzam Izę na podłodze, biorę miseczkę z jedzeniem i karmię, zostawioną przez Davida, Jessicę. Wpada Monika bębniąc na gitarze, Gosia gdzieś gania z Evie po domu... chaos! Dobrze, że przezornie wyjechałam pół godziny przed zajęciami. Po 20 minutach wychodzimy z domu, zagarniając wszystkie dzieci i tym razem jest mi łatwiej, bo David zapina dzieciaki w bagażniku, a ja te na tylnych siedzeniach. Jeszcze tylko hala sportowa, ponowne przypięcie - już tylko dwójki dzieci - i do domu. Koniec dnia! David odbiera dziewczyny po zajęciach:) 

Oczywiście nie ma tak każdego dnia, ale raz w tygodniu się zdarza.

środa, 26 stycznia 2011

Kolejna cisza



Znowu jakoś nie mam czasu na pisanie. Mamy tyle rzeczy na głowie... Podjęliśmy decyzję o zakupie drugiego auta i już je mamy. Artur nie jest najszczęśliwszy z tego powodu, bo tym razem to on jest właścicielem i to on płaci główne ubezpieczenie. Ponieważ nie miał żadnych ulg z Polski, kwota jest pokaźna. Wychodzi na to, że jednak siostrę spróbujemy dopisać do mojego auta ze względu na to, że osiągnęłam maksimum w zniżkach i płacę zaledwie 25% całego ubezpieczenia. Ona już jest przerażona prowadzeniem kombi i wszystkimi manewrami, a najbardziej chyba tym, że auto ma wspomaganie kierownicy i nie bardzo chce się słuchać:)  

Zbliżają się urodziny Gosi, mój brat chce podarować jej rower. My tylko mamy wybrać sobie model. Z kolei w Portarlington jest kurs pływania dla małych dzieci. Zastanawiamy się z Ann czy nie wysłać tam naszych dziewczyn. Przy okazji może dołączyć Monikę? Byłaby bardziej pewna siebie w towarzystwie Gosi. 

Doszedł nam problem ze szkołą Moniki. Prawdopodobnie zostanie na trzeci rok w przedszkolu, bo urodziła się o 17 dni za późno. Do szkoły przyjmą dzieci urodzone do 30 kwietnia; one będą miały już 4 lata. Reszta, jako że nie gotowa jeszcze, zostaje w przedszkolach. I tu się łapie Monika. Okazuje się, że dziecko z 30 kwietnia mające już cztery latka, może podjąć obowiązki szkolne, ale ona, jako trzylatek, już nie. Czy te 17 dni robi taką różnicę w rozwoju? Według mnie nie. Sheila - nauczycielka z przedszkola, powiedziała, że będzie rozmawiać z dyrektorką na ten temat, ponieważ Monika jest absolutnie gotowa i kolejny rok z maluchami będzie dla niej zbyt nudny. 
Moja rozmowa z dyrektorką nie dała nic, poza tym, że wpisała mnie na listę oczekujących. Twierdzi, że jeśli mnie nie stać na kolejny rok płacenia, to mogę w takim razie potrzymać dziecko w domu:) Ja z kolei wiem, że nie mogę, bo z nowym rokiem szkolnym Monika nie znałaby nikogo!
Ja staram się rozumieć punkt widzenia dyrektorki: najpierw musi przyjąć wszystkie dzieci, które się załapały, ale Monika to moja córka i chcę, żeby ominął ją kolejny stres: pójście do szkoły z dziećmi, których nie zna. Nic to. Zobaczymy , jak wyjdzie. Zrobiłam co mogłam, więcej już nie wskóram, chyba, że słowa Sheili jeszcze coś pomogą. 

Dwa dni temu dopadła nas tutejsza choroba wymiotno-biegunkowa(sorry za dosłowność, ale to naprawdę tylko na tym polega). Zaczęło się od Gosi, która dostała tylko strasznych bólów brzucha w nocy. Rano było ok. Tego dnia zaczął się problem z moją siostrą i ją, jako najmniej zaprawioną w boju, powaliło najgorzej. Pierwszy raz przechodziła to u nas. Kiedy następnego dnia wieczorem doszła do siebie, w nocy poległa Iza. Na szczęście skończyło się tylko na jednym solidnym wymiotowaniu. Wczoraj z samego rana padł Artur, a ja późnym popołudniem, kiedy byłamw  Portlaoise. Czym prędzej wsiadłam do samochodu, żeby zdążyć dojechac do domu jeszcze przed "głównym punktem" - w końcu samochód chciałam miec czysty:) Udało się. Po 2-3 godzinach byłam już zdrowa, Artur wracał do formy, ale w nocy nadeszła kolej na Monikę. Opróżniła cały żołądek w łóżku. Teraz już czuje się lepiej. Myślę, że to konic naszych tegorocznych walk z tutejszą "niespodziewanką". Teraz zaczęłam pranie pościeli:))

Wiecie co, najgorsze jest to, że dopada cię nagle. Nie ma jakichś wcześniejszych oznak - przynajmniej w naszej rodzinie. Po prostu czujesz, że coś zaczyna się dziać i w jednej chwili osiągasz punkt kulminacyjny. Choć musze przyznać, że po tych kilku latach pobytu w Irlandii jest już i tak o niebo lepiej. Chyba zyskaliśmy trochę więcej odporności, bo chorowaliśmy naprwdę lekko i krótko. 

     

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Tyle się dzieje...



...ale nie na drutach. W naszym życiu. W styczniu udało mi się zmobilizować dziewczyny do zrobienia kartek dla babć i dziadków. Jako tako poszło. Ja przygotowałam bazę, one kleiły resztę według uznania. Oto co wyszło:




Nie wszystkie kartki doczekały się zdjęcia, bo jakoś mi to umknęło. Wklejam przynajmniej jedno.



Któregoś dnia przeczytałam na blogu Rest o rocznicy śmierci Czesława Niemena. Od razu przypomniała mi się jego piosenka "Sen o Warszawie". Jest jedną z tych, które poruszają we mnie coś, co teraz tkwi ukryte głęboko, ale wciąż jest.

Swego czasu, Warszawę kochałam miłością bezgraniczną. Może to za sprawą dziadka, który tam mieszkał? Może dlatego, że zobaczyłam jej inne oblicze: nie to z zakurzonymi, brudnymi ulicami, bałaganem i smrodem? Warszawa dała mi się poznać od tej lepszej strony. Przez pierwsze 3 lata mojego studiowania, mieszkałam na Ursynowie, który był swoista "sypialnią" tego miasta. Okolice SGGW były zielone i naprawdę niezwykle przyjemne. Kiedy zaczynała się wiosna, można było zaszyć się w zieleni parku, który rozciągał się po drugiej stronie ulicy Nowoursynowskiej, wkoło pałacu Ursyna Niemcewicza. U nas mówiło się, że idziemy "na stary ogrodniczy", czyli dawny wydział ogrodnictwa. Ze Skarpy Ursynowskiej przynosiłam całe naręcza dzikich kwiatów. 
Poza Ursynowem lubiłam Łazienki, do których jeździłam namiętnie, Agrykolę, Ogród Krasińskich i wreszcie Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat. 
Takich miejsc - o wiele mniejszych, ukrytych czasem zakątków - miałam kilka. W wolnej chwili gnałam tam, spacerowałam, czasem robiłam zdjęcia swoim starym zenitem, który dostałam od dziadka. 
W Hali Koszykowej zaopatrywałam się w tańsze książki, grzebałam wśród nich, spędzałam tam sporo czasu.

Teraz, kiedy słyszę piosenkę Niemena, powracają do mnie wszystkie te miejsca. Wracają wspomnienia dobre, piękne i te, które kiedyś "przybijały" mnie do gleby. 

W pewnej chwili moje uwielbienie dla Warszawy jakby przygasło. Nie chcę pisać kiedy i dlaczego tak się stało. To przeszłość. Natomiast to, co pozostało, to uczucie, że Warszawa jest "moim miastem", w którym zostawiłam "najpiękniejszy mój świat" i w którym śniłam swoje "kolorowe sny".

niedziela, 16 stycznia 2011

Taki sobie szaliczek






Wyszedł bardzo krótki, ot taki, żeby tylko raz się nim owinąć. Więcej włóczki nie miałam, a wzór jakoś strasznie ją pochłaniał. Był jednak o tyle dobry, że prosty w obsłudze.











Tutaj jego końce:



Oczywiście mogłam się uprzeć i robić połowy, potem łączyć środkiem i mieć dwa jednakowe końce, ale... nie tym razem.


Podoba mi się jego falista faktura:




... a także mięsistość:




Włóczka Beehive schetland chunky z firmy Patons. Ma sporą domieszkę wełny, ale nie gryzie jakoś znacząco. Przeznaczona na druty 4 i 1/2 do 6. Ja robiłam na 4. MOże na większych wzór byłby jeszcze bardziej widoczny?

Szalik naprawdę mi się podoba!


hrabina.ee, niedziela, 16 stycznia 2011

piątek, 14 stycznia 2011

Takie tam


Znalazłam moje prawo jazdy. Teraz, żeby go nie zgubić, trzymam w tylnej kieszeni spodni. Moja siostra nie może wyjść z podziwu, jak można było doprowadzić dokument do takiego stanu, w przeciągu jednego roku. Według mnie, nie wygląda tak źle, przybrało półokrągły kształt i trochę się pogięło:




Tak, tutaj mamy dawne, papierowe prawa jazdy - takie książeczki, składające się na trzy(Dana ma takie samo, tylko w kolorze zielonym, jako że jest uczniem na drodze. Nie pamiętam, czy ma tam literę "L" czy też nie.). 
Corina powiedziała, że źle zrobiliśmy wymieniając nasze europejskie na krajowe, bo będą nam naliczać punkty karne - czego mój mąż już doświadczył. Pisałam Wam o tym? 

Artur zawsze krzyczy na mnie, że zbyt szybko jeżdżę i zarobię mandat. Pewnego dnia przychodzi list. Otwieram, a tam zdjęcie rejestracji naszego auta. Myślałam, że zemdleję. No tak, spełniły się jego słowa! Nic, poza tym zdjęciem rejestracji i wysokością mandatu, nie widziałam. Po chwili uspokojenia popatrzyłam na datę - no tak, on był w pracy, czyli ja jeździłam. Pięknie! Zaczęłam intensywnie myśleć, jak to zrobić, żeby nie wiedział o mandacie. Przez czas opracowywania planu, emocje opadły jeszcze bardziej i spojrzałam trzeźwym wzrokiem na list. Ba, zaczęłam go nawet czytać, co zaowocowało tym, że dowiedziałam się ile punktów karnych otrzymam oraz... poznałam miejsce wykroczenia: Dublin, wcześnie rano. Nie wyobrażacie sobie ulgi, jaką poczułam! To był jednak Artur. Do dziś śmieję się z  niego, że jak się jeździ nieprzepisowo, to trzeba wiedzieć gdzie:) Poza tym, tu ludzie jeżdżą dość szybko i tak jakoś "wchodzi się " w to, tym bardziej, jak zna się drogi na pamięć. 
Od pamiętnego mandatu mój małżonek nie przekracza prędkości NIGDZIE! Jedziemy, a za nami sznur aut, bo nie mogą go wyprzedzić:) 


Teraz z innej beczki.

Mój kolejny pasek z ozdobną klamrą:



Piękny. W międzyczasie dokupiłam chyba 4 kolejne. Kocham takie klamry.



Poniżej projekt naprawy sukienki:




Monika wzięła ją raz do przedszkola. Czym pobrudziła? Nie mam pojęcia, w każdym razie nie spiera się, a ponieważ ciuch się jej podoba, trzeba coś wymyślić. Będzie haft na plamach.


I jeszcze jedno:





Znaleźliśmy się w posiadaniu fotela. Takiego głębokiego, wygodnego, marzenie po prostu! Ann nie mogła zmieścić jednego u siebie i zapytała, czy my byśmy nie chcieli. A my oczywiście chcieliśmy. Teraz tylko lampy do czytania brakuje i nasz pokój zacznie przypominać wyglądem czytelnię:) Tak, zaczynam się poważnie zastanawiać nad jeszcze jednym regałem na książki. Jego miejsce byłoby we wnęce, za fotelem. 
 I kiedy już jestem przy książkach to wspomnę, że kupiłam ostatnio "My name is red", " Sea glass", "Shanghaj girls" i " This year it will be different". Czy ktoś mi pożyczy trochę czasu?

czwartek, 13 stycznia 2011

Nowy przepis na tort



Wczoraj zrobiłam tort, właściwie go dokończyłam, bo przygotowania zaczęłam dzień wcześniej. 

Przepis od Dorotus - tort brzoskwiniowy.



Ponieważ, akurat w momencie robienia przez mnie zakupów, nie było double cream(czyli naszej śmietany o zawartości tłuszczu coś koło 50%) kupiłam zwyczajną, tłustą. Na wszelki wypadek dodałam troszkę żelatyny do kremu, bo nie wyszedł aż taki sztywny. Po tych zmianach tort trzymał kształt. Siostra, która wprost kocha sernik nowojorski - przepis od Małgosi -  stwierdziła, że teraz ma on konkurencję. 
To musi być coś, bo ona potrafi zjeść pół sernika w jeden dzień(akurat tego sernika, podkreślę).
Dodam jeszcze, że nawet moje dzieci, które generalnie ciast nie jadają, wpierniczyły - bo nie zjadły - po dużym kawałku tortu. 
Na pewno jest kaloryczny, bo masa nie dość, że z tak tłustej śmietany, to na bazie batoników milkyway. Ale czego się spodziewać po tortach? Chyba nie tego, że będą mieć 0 kalorii:)))








Tak wygląda w środku:



Następnym razem dodam więcej brzoskwiń do kremu - stonuje to jego słodycz. 

Sprawdziłam tutejsze blaty z ciasta - nie jest to typowy biszkopt(nie miałam czasu na pieczenie swojego), ale przesiąka dość dobrze i jest miękki. Jedynie kształt typowej tarty może komuś przeszkadzać, ale wyższy brzeg zawsze można odkroić. 

Nie jestem dobra w dekoracji, poza tym czas mnie gonił, bo robiłam ciasto między odbieraniem Moniki z przedszkola, a jazdą po Małgosię. Schrzaniłam też podstawę; zaczęłam robić na takiej desce do krojenia i potem, niestety, przełożyć już się nie dało. 

wtorek, 11 stycznia 2011

Ciasteczka



Tak mnie naszło jednego dnia i upiekłam kokosowe ciasteczka:








Przepis od Dorotus.

Wyszło ich ponad 20, zniknęły momentalnie. W ten sposób pozbyłam się nadmiaru wiórków kokosowych, które zalegały w szufladzie. Jakoś tak przed świętami kupiłam raz dwa opakowania, potem zapomniałam, kupiłam kolejne i kolejne. Aż siostra na mnie "nakrzyczała", że nie zapytam co potrzebne, tylko zwożę do domu tony wiórków kokosowych. Teraz w szufladzie mam niespełna 4 opakowania:)

niedziela, 9 stycznia 2011

Kolejna rózowa włóczka



...wpadła mi na druty. Ponieważ skończyłam mój zaległy szal czy też otulacz - zwał, jak zwał - mogłam nabrać oczka na coś innego. Wpadła mi w ręce dość gruba włóczka. Ma domieszkę wełny, niezbyt dużą, ale ma. Wybrałam sobie wzór spośród wielu, które mam zapisane i zaczęłam dziergać na próbę. Wzór oryginalnie był użyty do zrobienia czapeczki dla niemowlaka. Czapeczka robiona na okrągło, na pięciu drutach. Ja dodałam 2 dodatkowe oczka na brzegach, żeby mieć zakończenie. W innym wypadku kończyłam, bądź zaczynałam narzutem... i co z nim zrobić? Jedno dodatkowe oczko na końcu i na początku załatwiło sprawę. 

Wzór należy do tych łatwych do zapamiętania. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie potrafię robić na drutach i oglądać telewizji czy czytać, czy nawet rozmawiać, jeśli mam wzór inny niż same prawe, bądź lewe oczka. Nigdy nie miałam podzielnej uwagi i tak jest do tej pory. Nie potrafię robić czegoś i rozmawiać przez telefon; a podobno jest to domeną kobiet: podzielność uwagi. 


Wracając do robótki, prezentuje się ona tak:





Myślę, że szalik wyjdzie całkiem przyjemny, bo robótka jest mięsista i przyjemna w dotyku. Zobaczę, czy da się jeszcze naciągnąć i czy zachowa kształt. Możliwe, że wtedy ażury wyjdą bardziej widoczne.  

sobota, 8 stycznia 2011

Pierwsze słowo


Może to nawet za dużo powiedziane: słowo. Takie powtarzanie sylab... O kogo chodzi? O Izabelkę. Od ponad tygodnia to, co sobie opowiadała, zaczęła wyraźniej artykułować i ciągle słychać: 

ta ta ta ta ta ta ta

albo: ne ne ne ne ne ne ne

albo: da da da da da


Za to brakuje mama:)

Mówię dziś do niej: Iza, powiedz ma ma ma ma ma, a ona: tata; nie zrażona odmową, ponawiam - mama, a Iza -ta ta ta ta ta ta ta!


Zaczęła wstawać przy czym tylko się da. Łapie nogi od stołu, krzeseł i ciągnie się w górę. A ile przy tym nerwów, że nie może się podnieść. 

Wczoraj zobaczyła kawałek papierka wystającego spod skertingu. Wyciągnęła rączkę, ale zabrakło kilku centymetrów, podeszła bliżej i tu zasadzka: grzejnik(na szczęście letni). Mimo to dalej próbowała podejść, żeby sięgnąć po papierek. Jak to wyglądało? Krok do przodu, głowa uderza w grzejnik, Iza zatrzymuje się, troszkę cofa, rzuca okiem na papierek i to samo od początku. Pewnie trwałoby to i trwało. Zabrałam ją spod grzejnika. 

Potem odkrywanie kuchni. Dopadła do doniczki z ziemią i zaczęła sobie w niej grzebać. Ona czarna, ziemia dookoła.

Dziś, podczas rozbierania choinki, podpełzła, chwyciła brokatową bombkę i zaczęła pchać do buzi. Zabrałam, wytarłam lekko usta i policzki z nadmiaru zieleni. Za chwilę Iza ciągnie za najniższą gałązkę choinki, a ta zaczyna się niebezpiecznie chybotać. Mówię: no, no, no! Iza nie wolno! Mała podnosi wzrok i uśmiecha się promiennie od ucha do ucha. 

Kiedy tak czytam, to co napisałam, myślę: wygląda, jakby Iza była wspaniałym, pogodnym dzieckiem. Prawda jest taka, że to najgorsza z moich córek. I gdyby ktos zapytał nas: jak nazywacie waszą córkę? - padłaby odpowiedź: w dzień czy w nocy?   
Śpi okropnie, budzi się w nocy jakiś milion razy, w dzień drzemki trwają 20 minut w porywach do 30, a jak już się pomyli, to śpi godzinkę. I tak dwa razy w ciągu dnia. Jakoś mało, jak dla mnie. Wstaje ciut świt, bo 6.30 już jest gotowa zaczynać kolejny dzień. Dramat.

Zębów nadal nie ma!!!

czwartek, 6 stycznia 2011

Gosi wypowiedź



Nie pamiętam czy już Wam o tym pisałam. Evie i Małgosia są najlepszymi przyjaciółkami, ale kłócą się niemiłosiernie! Któregoś razu Ann odwoziła je do szkoły i oczywiście sprzeczka. Zaczęła Evie,a  potem nastąpiła licytacja, kto ma więcej, lepiej, itp. W pewnej chwili Evie mówi - a mój tata ma 47 lat! - na to Gosia: a moja mama ma 50!

Śmiałyśmy się z Ann do łez.

Bardzo dawno temu...



Chyba dwa lata minęły od tej chwili, gdy zeszyłam ze sobą kawałki materiału. Dziś wyglądają tak:



Funkcjonują jako podkład na podłogę. Ważne to było szczególnie wtedy, gdy Iza była sporo mniejsza i siedziała lub leżała(głównie to drugie) na panelach. Ostatecznie pracę zakończyłam chyba ze dwa lub nawet trzy miesiące temu, tylko jakoś nie miałam czasu na pokazanie. Dziś narzuta dosuszała się na oparciu kanapy, więc przy okazji cyknęłam fotę. 
Kwiatki biegnące po skosie są naszyte. I tu nauczyłam się jednego: należało to zrobić przed zeszyciem wszystkich kwadratów, bo byłoby to łatwiejsze. Przed skończeniem pierwszego kwiatka, miałam ambitny plan aplikacji na każdym niemalże kwadracie. Później się rozmyśliłam. Oczywiście pomysł z aplikacjami przyszedł mi do głowy, kiedy zobaczyłam zeszytą całość:) Może, gdybym była bardziej wprawna w szyciu, zrealizowałabym swój plan, ale w mojej sytuacji wolałam nie ryzykować.

Przy okazji grzebania w pudłach - bo takie wciąż w naszym domu funkcjonują - znalazłam dawne hafty. Pierwsze, jakie wykonałam w Irlandii. Nie miałam wtedy dosłownie niczego, więc w pasmanterii zakupiłam gotowe zestawy. Wtedy zniechęciłam się strasznie do haftu na podmalowanej kanwie. Dziś wyjęłam obrazki z ramek i zastanawiam się, jak je wykorzystać. 




Pomysł już mi świta w głowie, gorzej z czasem realizacji. Mam jednak nadzieję, że skoro narzuta ujrzała światło dzienne, to i z obrazkami mi się uda.




W najbliższym czasie pokażę też moją dawną pracę na drutach. Wczoraj wieczorem skończoną. Zima i chłód mnie pogoniły:))