wtorek, 27 grudnia 2011

Wszystkiego po trochu




Tuż przed świętami nabyłam włóczkę Romance po promocyjnej cenie: 50 centów za motek. Wzięłam wszystkie, bo urzekł mnie piękny, błękitny kolor. Do tego ta wyjątkowa miękkość. Miałam w planach wydzierganie szala, więc nawet dwa razy się nie zastanawiałam. 7 ostatnich motków stało się moją własnością. 

I zaczęłam dziergać... to znaczy szydełkować, bo najpierw wymyśliłam szalik z dropsa - ten najbardziej popularny, kwiatuszkowy. Po zrobieniu 15 oczek łańcuszka początkowego zarzuciłam plany na jakikolwiek szalik z tej włóczki, robiony szydełkiem. Najgładsze szydełko nie pomogło, bo chwytało wszystkie puchy z sąsiadujących nitek. 
Przerzuciłam się na druty i tu już wybrałam wzór najłatwiejszy. Poszło! Całe szczęście, że miałam 7 motków, bo robiłam z podwójnej nitki. Nabrałam chyba ze 40 oczek - żeby wyszedł szal, jak należy. Oto co powstało:




długość - 2,5m szerokość - 45cm




druty chyba 5, jesli dobrze pamiętam




Lekki i wyjątkowo puszysty, cieplutki... aż mi żal, że powędrował:(


W międzyczasie skończyłam włóczkę pstrokatą i powstał niezbyt długi - szkoda - ale też mięsisty i ciepły szalik. Ten został w domu. Włóczka wyrobiona prawie do końca. Zostało ok. 40cm






W kolejnym międzyczasie kończyłam ścianę przy drzwiach wejściowych:




Kwiat był malowany dwa razy. Pierwszy nie został zaakceptowany przez siostrę i zamalowywałam go chyba 4-roma warstwami żółtej farby! Druga wersja rośliny została przyjęta:)
Dodam jeszcze w tym akapicie, że całość holu już pomalowana na żółto. Poradziłam sobie nawet z kilkumetrową ścianą(mam na myśli wysokość), bo zamocowałam pada na kiju od szczotki. Sprawdziło się idealnie. Dopóki pad miał czystą obudowę, nie brudził sufitu, kiedy malowałam na styku ściana/sufit. Nie musiałam odklejać nic taśmą malarską. Dla mnie super sprawa!


Potem już były święta, a w zasadzie czas na przygotowywanie jedzenia:





Szynka według przepisu irlandzkiego. Dobra, ale nie rewelacyjna. Robiona na bulmersie, który dla mnie jest obrzydliwy w smaku. Dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy podlałam nim szynkę i wstawiłam do piekarnika. Po upieczeniu nie było AŻ TAK ŹLE, ale nie było też zachwytów. Nic to. Pierwszy i ostatni raz.

Zrobiłam też Missisipi mud cake  i tego nie żałuję. Jeśli ktoś lubi, podkreślam LUBI, gorzką czekoladę, to to ciasto jest idealne. Wilgotne, ciężkie, mocno czekoladowe. W sumie nic dziwnego. Do środka wpada prawie całe opakowanie kakao i duża czekolada, do tego druga na polewę. Artur go nie lubi, moja siostra i ja kochamy.





Poniżej prezentuję czapki wydziergane dla moich córek przez sąsiadkę Kristine:



Kiedyś wpadłam do niej i zobaczyłam jak dzierga jedną z wielu; powiedziała, że ma wiele ich do zrobienia, bo wszystkie wnuki chce nimi obdzielić. Jak widać, moje dzieci też się załapały:

I prezentacja czapek na ulubionym stworku Izabelki:





Dziś na byłoby na tyle:))
hrabina.ee, wtorek, 27 grudnia 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz