niedziela, 11 grudnia 2011

Wszyscy przygotowują się do świąt



...i widać to na blogach, a u mnie cisza. 

To nie tak, że zupełnie nie myślę o świętach. Nie mam po prostu czasu na szycie, szydekowanie, robienie na drutach i inne tego typu rzeczy. Coś tam dłubię, bo muszę...  Tak, muszę. Nie cierpię robótkowania we wszelkiej postaci, jesli mam to robić na zamówienie. Krew mnie zalewa, kiedy ktoś wyrazi głośno życzenie, że chciałby mieć "coś" w takim i takim kolorze, z takim i takim motywem i... czy ja mogłabym to zrobić?

Lubię robótkowanie, gdy sama podejmuję decyzję kiedy i z jakich materiałów miałabym to zrobić. Nie lubię mieć narzuconych reguł! Podobnie jest w życiu, niestety. Jak widzicie jestem bardzo trudną osobą.


Ale co tam robótki!

Małgosia jeździ do szkoły polskiej i dzięki cierpliwości naszych znajomych wciąż JEŹDZI! Dwa tygodnie temu musiałam przez dwa dni wozić dzieciaki do szkoły i powiem Wam, że to była totalna MASAKRA. Gdyby nie oni, to Gosia chyba nie chodziłaby do polskiej szkoły dłużej, niż przez wrzesień. 

Asiu, Arturze, dziękuję Wam!

Monika zaczęła uczęszczanie do przedszkola w pełnym wymiarze godzin, to znaczy 5 dni w tygodniu po 3 godziny. Płacę za to równą 60-kę, ale siostra dołożyła(żeby Monika była zadowolona) i teraz pełny tydzień Monia jest w przedszkolu. Zadowolona oczywiście.

Izabelka, nasz najmłodszy i najbardziej rozbestwiony szkrab! Mówi mało, bardzo mało, ale rozumie już w dwóch językach. Pocieszna jest niesamowicie! Kocha książki. Nie macie pojęcia ile to dziecko potrafi spędzić czasu oglądając kolorowe strony i wskazując na różne przedmioty. Jej motto brzmi: godzina bez książki, to godzina stracona.


Co w domu? 

W pokoju dziewczęcym ubrałyśmy już choinkę. Są światełka i inne ozdoby. Nasza Bela była zachwycona! Zaraz ściągnęła aniołka i urwała mu głowę! 

W pokoju na dole choinka dostała tylko światełka. Izabelka ma czas na "oswojenie się" z nowym cosiem. Na razie choinka nie wzbudziła emocji. Bela była przerażona faktem, że jej butla na mleko wturlała się pod drzewko! Na szczęście zdołała ją uratować. 

Robimy pierniki. Dekorujemy je, pieczemy... to znaczy najpierw pieczemy, a potem dekorujemy:)) Idzie wolno, ale idzie! A do obdzielenia mamy 1/3 miasta:)

Na święta zaplanowałam indyka i szynkę w wydaniu specjalnym - jeszcze tylko muszę zdobyć przepis, no ale przecież wciąż mam czas. Dana już panikuje, kiedy ja to WSZYSTKO OGARNĘ?!

W tak zwanym międzyczasie samochody... to znaczy Artur doprowadza do ładu swój, żeby nim jeździć i go sprzedać(po karczemnej awanturze, którą mu urządziłam), a ja dostałam swój po kompletnym polerowaniu i woskowaniu. Piękny był! Był, bo dwa dni temu wybrałam się do lasu po świerk i tak się zdarzyło, że polna droga była pełna dziur i błota i... mój renault wrócił zmasakrowany. Tak pewnie oceniłaby jego stan osoba, która polerowała to auto. Według mnie wrócił oblepiony dość solidną warstwą błota, która zabezpieczy go na jakiś czas(do marca?).

Artur dziś przeczytał dowcip, który jest "przepowiednią" jego(ewentualnej) przyszłości:


"- Słyszałam, że mąż rozbił twoje renault? Coś mu się stało?
 - Jeszcze nie, zamknął się w łazience."


Tak... i to chyba na tyle...


Życzę Wam miłego tygodnia!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz