niedziela, 25 grudnia 2011

Pierwszy dzień świąt za nami



Upłynął na leniuchowaniu i odpoczynku, jeśli tak można nazwać pobudkę o 6 rano - Izabela pod tym względem nie uznaje świąt ani wszelkich wakacji, a zaraz potem, bo po 7-ej, zejście na dół i rozpakowywanie prezentów. Na szczęście dla mnie, Artur zajął się tą radosną częścią. Ja mogłam poleżeć w łóżku całe - UWAGA! - 15 minut dłużej. Mój cudowny małżonek zostawił włączone światło na korytarzu, a ja byłam na tyle leniwa, że nie wyszłam z łóżka, żeby je zgasić. Za to po upływie rzeczonych 15 minut nie miałam cierpliwości znosić wrzasków z dołu i zeszłam do kuchni. W "liwinrumie" zastałam stosy papierów, rozognione spojrzenia Gosi i Moni, rozanielonego Artura i pijącą ze stoickim spokojem mleko - Izabelę. Jej to całe zamieszanie jakby nie dotyczyło. Ona miała swoją butlę, mleko i bajeczkę z piękną muzyką i zerową akcją, czyli wszystko, co rankiem jest jej potrzebne do szczęścia.


Poziom zadowolenia Artura znacznie spadł, kiedy nastąpił moment montażu zabawek(mój za to wzrósł, bo miałam w ręku kawę i perspektywę spokojnego jej wypicia). Kiedy dzieci już miały to, co najważniejsze, maż przygotował śniadanie. Siostra zwlokła swe "truchło" z góry i dołączyła do posiłku. A później.... zabawa, zabawa.


Oto rowerek Izabelki:



Lekki, mały, ale z możliwością powiększenia, kiedy maluch podrośnie, co na pewno kiedyś nastąpi. Jak widać właścicielka zadowolona; no, może na tym zdjęciu tego nie widać, ale generalnie była szczęśliwa.


Gosia wróciła do książek, jako że nawet w święta nie wolno marnować czasu i trzeba się uczyć! Taka jest moja zasada. Żartuję:)) Dziewczyny zajęły się książkami z naklejkami; do zabawy włączyły tatusia, który swoimi drobnymi, zgrabnymi paluszkami mocował elementy wielkości pół centymetra:) 





Jak widać wszyscy są niezwykle przejęci i zaangażowani w pracę, przepraszam, zabawę:)





Monika nawet nie zauważyła, że robię jej zdjęcia.




W salonie ekspozycja z nadesłanych i otrzymanych kartek. Jeszcze kilka doszło, bo zdjęcie zrobione w piętek:




I nasza choinka:



Troszkę roztrzepana, ale to zasługa najmłodszej i ogólnie ich zabaw w tym pokoju. W sumie to nawet dziwię się, że nadal stoi. Iza nagminnie zdejmuje ozdoby i bawi się nimi cichutko w kątku za fotelem. Poza tym drzewko przetrwało wyciąganie paczek! Te kilka, to początek, bo potem dziewczyny dostały prezenty od naszych sąsiadek i znajomych. Wszystko czekało do dzisiejszego poranka.


I na koniec kilka naszych tegorocznych nabytków:



...szklana balerina - tak, wisi w połowie wysokości choinki...




...kolejna szklana panienka i też wysoko zawędrowała...




... i taki gołąbek, też szklany i też wysoko lata.


A na parapecie, jak w zeszłym roku: ostrokrzew(ała, ła - to nazwa nadana przez najmłodszą, chyba wiecie dlaczego? dodam, że świetny strażnik pozostałych ozdób; nic nie zostało dotknięte od momentu pierwszego pokłucia), koraliki, latarenka, szyszki i świeczki:





i jeszcze pochwalę się moim prezentem. Książki z merlina już czekają w PL na przesłanie do nas, a póki co małżonek w ukryciu zakupił mi...




Zapach, który pół roku temu upatrzyłam i ukochałam. To drugi, który jest tym szczególnym. Pierwszym było pure poison Diora. Artur wiedział, że też go uwielbiam i nawet chciał mi dokupić w zestawie z kolejną torebką, na szczęście siostra doradziła mu coś nowego:)

Artur dostał swojego windowsa 7, a moja siostra wciąż na nic się nie zdecydowała. Nic to. kiedyś coś dostanie, bo lepiej później, niż szybko i na siłę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz