sobota, 24 września 2011

Poweselnie



Wczoraj odbył się ślub naszych sąsiadów: Claire i Marka. Pierwszy raz widziałam ceremonię zaślubin w Irlandii. W sumie nie różni się wiele od naszej. 

Zwyczajem, którego u nas nie ma, jest zapalanie świec na ołtarzu. Najpierw para młoda podchodzi i każde zapala jedną świecę, po czym już po złożeniu przysięgi, podchodzą ponownie do ołtarza i albo gaszą dwie poprzednie świece i wspólnie zapalają jedną, albo po prostu wspólnie zapalają trzecią świecę. Wszystko to symbolizuje ich jako parę: najpierw jeszcze oddzielnie, a potem już jako małżeństwo - jedna świeca jest symbolem wspólnoty. 

Parze młodej nie przynosi się kwiatów. W ostatnim tygodniu przed ślubem wręcza się prezenty. W ostateczności prezenty daje się po ślubie. 


Samo wesele odbywało się w hotelu w Portarlington. Razem z nami bawili się Caroline, Karen, Paula Sara i Kathrina - wszyscy z partnerami. Dzieciaków nie było. 

Zabawa była przednia. Naprawdę nie sądziłam, że tak wszystko się ułoży. Tańczyliśmy wspólnie i w parach, ale głównie wspólnie i głównie panie. Faceci nie garnęli się na parkiet. Dopiero kiedy wyciągnęłam Artura, pozostali panowie też się ruszyli. Karen zażartowała, że "ruszyliśmy" ich facetów z krzeseł:)

Niestety, my musieliśmy się urwać wcześniej, bo Artur jeszcze gnał do Dublina do pracy. Udało mu się dostać wolne do północy. Szkoda, bo na pewno bawilibyśmy się długo i wspaniale!

A teraz sesja, którą zafundowała mi siostra:
 




Specjalnie zabrała mnie do parku, bo w domu nie odpowiadało jej światło.














Buty są niesamowicie wygodne. Nie obtarły mnie, nie cisnęły, jednym słowem idealne! Do kompletu miałam szal ale było tak ciepło, że obyło się bez. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz