poniedziałek, 23 maja 2011

Skończyłam...



...to, czego pozostało najmniej na ostatnim odcinku pracy.


Wieczorem wyciągnęłam maszynę do szycia i skończyłam pokrowiec na jedno z trzech siedzisk kanapy. Siłą rozpędu zaczęłam szyć kolejne rzeczy i tu nagle niespodzianka. Dzieci płaczą. W sumie trudno mówić o zaskoczeniu, kiedy ma się dzieci. Musiałam po prostu odłożyć wszystko do następnego razu. 
Chyba to mnie najbardziej wkurza w szyciu; za każdym razem rozpakowuję wszystko i pakuję po krótkiej chwili. Upycham do pudełek, na półki, składam maszynę. Czasem odnoszę wrażenie, że więcej czasu spędzam na składanie i rozkładanie całego bałaganu, niż na samo szycie, ale nie o tym miało być...


Dziś wielki dzień. Zakończyłam pracę nad serwetką, którą zaczęłam szydełkować zaraz po urodzeniu Izabelki. Wyczynem to to nie jest, przyznacie. Praca zajęła mi ponad rok! Mniejsza o to. Dziś nastąpił finał, ostatnie oczko, chowanie nitek i... tym razem nie odłożę pracy do szuflady:) Serwetka ma już swoje przeznaczenie. 
Dziś tylko krzywa, pognieciona zajawka: 





Do tego pokrowiec na poduszkę, na jaśka, może lepiej tak to określić(kocham czerwień za jej "pozowanie" do zdjęć):


Wykonany z resztek włóczek(granatowa to wełna, która byłe przędziona przez moją babcię!). Tył nie nadaje się do pokazania; tworzą go kwadraty, które pięknie nie wyszły, dlatego posłużyły do zrobienia czegoś, czego się często nie ogląda:))


I jeszcze próbka wzoru, do którego dotarłam dzięki xhaftx - dziękuję:


Wyszła trochę inaczej, niż pokazywali, ale już wiem, co źle zrobiłam. Myślę, że wykorzystam ten wzór na kolejną serię szalików. Jeśli będzie wychodził naprawdę ładnie, pokuszę się o zużytkowanie szlachetnej wełny, którą posiadam na stanie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz