poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Rock of Dunamaise, Co. Laois



Na wstępie chciałam Wam wszystkim podziękować za życzenia, jakie otrzymałam na blogu, bądź poczcie internetowej. Było mi niezmiernie miło. Mam nadzieję, że Wasze Święta były udane, takie, o jakich marzyliście.




Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się wcale jako wycieczkowy. Co prawda nasi meteorologowie wspominali, że niedziela i poniedziałek mają być słoneczne, ale wiadomo... nie zawsze jest tak, jak nam na mapach pogodowych wyczarują.


Rano, po bieganiu, stwierdziłam, że jest dość chłodnawo i pochmurno; Artur już źle nastawił się do wycieczki. Mimo to zaczął szukać czegoś, co warto byłby odwiedzić, a co znajduje się niezbyt daleko. 

Znalazł.


Rock od Dunamaise


Są to ruiny, które zawsze widzę w oddali(bardzo dalekiej oddali), jadąc do Portlaoise. Zawsze chciałam tam pojechać, tylko coś stawało na przeszkodzie. Dziś okazało się obok jakiego skarbu(znajdującego się za płotem, że się tak wyrażę) mieszkam od kilku lat.  

Od wieków wojownicy walczyli o to strategiczne, zbudowane głównie z wapienia, wzgórze. Po 800 roku osiedlili je pierwsi chrześcijanie, ale zostali napadnięci przez wikingów. Potem wzgórze przechodziło z rąk do rąk, ale było jedną z najważniejszych fortyfikacji anglo-normańskich. 
Wielokrotnie stanowiło część posagu córek z kolejnych pokoleń. Było troszkę rozbudowywane i wzmacniane, by w 1651 roku zostać zniszczone przez żołnierzy Cromwella. W takim stanie trwa do dzisiaj...



I oto kilka zdjęć.



Widok z parkingu, powiedzmy sobie szczerze: bardzo umownego parkingu, czyli pobocza drogi.




Dziewczyny wystartowały pierwsze, więc Artur zmuszony był biec za nimi.




My oceniałyśmy nasze możliwości...



...w czasie, kiedy Monika już przekraczała pierwszą bramę.




Niedługo jednak i my tam podążyłyśmy.



Wnętrze fortu.




Ściana zewnętrzna jednej z wewnętrznych budowli.




Kolejne ruiny.



I jeszcze jedne. Według mnie, zdjęcia nie oddają klimatu, tego, co się tam czuło.


Cały czas trzeba było patrzeć pod nogi, bo kamienie były wszędzie; do tego, od czasu do czasu można było trafić na zamaskowaną trawą dziurę.




Za nami widoki, które zaraz pokażę niżej.


Uwierzcie mi, stałam tam wysoko, patrzyłam w dal i czułam ucisk w piersiach. Inaczej tego opisać nie potrafię. Czasem piękno przyrody tak właśnie mnie zatyka.










W dole malutki kościółek i ten niby parking:










Kiedy zeszliśmy na dół, wciąż nie mogłam ochłonąć po wrażeniach z góry. Ta zieleń, ta przestrzeń, te wzgórza... Tego nie da się opisać, tego nie pokażę na zdjęciach.




Potem pojechaliśmy na stary cmentarz w Stradbelly - niedaleko - około 5km od ruin. Następnie podążyliśmy do Abbeyleix, do Heywood Gardens. To wszystko jednak pozostawiam na kolejny wpis. Powiem tylko, że Heywood Gardens urzekło mnie niesamowicie. Pokochałam te ogrody miłością wielką, podobną do tej, którą czuje do Emo. Chcę się tam wybrać jeszcze raz. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz