sobota, 19 marca 2011

Dzieciowato




Byliśmy w Dublinie. Pokonałam swój strach związany z jazda w dużym mieście. Może nawet słowo "strach" to za dużo powiedziane. Nie czułam się jednak komfortowo jeżdżąc między tyloma samochodami i mając do wyboru aż 4 linie:)) Dziś musiałam zostawić Artura na samym początku Dublina i pojechać dalej sama, a po spotkaniu... wrócić i odebrać go prawie z tego samego miejsca.   

Zatem zawiozłam Artura na spotkanie z Plunketem, a Dana, dzieci i ja, pojechałyśmy do ikei. Spędziłyśmy tam prawie 4 godziny! Dla mnie to ogrom, ale przyznam, że na spokojnie obejrzałam wszystko, co chciałam. Potem powrót i "łapanie" Artura po drodze. Przyjechałam za wcześnie i musiałam stanąć na światłach awaryjnych, na jednym z pasów jezdni. Na szczęście garda nie interesowała się  autem(a przejechało aż 6 patroli), a inni kierowcy nie trąbili, tylko omijali mój samochód(stałam na brzeżnym pasie około 50 metrów od zakrętu). Mimo to stres mnie troszkę zjadał przez cały czas, kiedy czekałam na mojego małżonka. On z kolei widział podobno nasze renault, kiedy zjeżdżałam z autostrady na drogę w kierunku Limerick - stał w tym czasie w tramwaju, który przejeżdżał nad nami. Zaczął dzwonić, żebym się zatrzymała zaraz za zjazdem, ale dla mnie było to już za późno. Za szybko jechałam, żeby nagle zmienić 3 pasy i zatrzymać się przy poboczu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło:)) a ja mam kolejny etap za sobą. 


A tu moje dziewczyny:
























Izabela czytelnik:











  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz