wtorek, 28 grudnia 2010

Od razu więcej werwy



Tylko ociepliło się w domu - a ociepliło się znacznie - i od razu przyszła chęć do wszelkich działań. Na dworze też pojaśniało jakoś, ptaki zaczęły radośnie podśpiewywać, temperatury wzrosły do +9 stopni. W końcu mamy irlandzką zimę:)) Z tej radości posprzątałam bałagan w naszym tylnym ogródku. 

Teraz z innej beczki...

Kiedy zapada zmrok, a zapada dość wcześnie, zapalam świeczki i lampki wszelakie. I tak, na kominku mamy coś takiego:





W tym roku dostaliśmy kartki z Polski, ale przyszło też bardzo dużo od naszych tutejszych znajomych Irlandczyków. Zrobiłyśmy z nich girlandę, a dziewczyny koniecznie chciały też "wystawkę" na kominku. W tym momencie wszelkie starania mojej siostry, żeby było ładnie, gustownie i ze smakiem, prysły. Kartki musiały być i koniec. 
Ten wielki słój po prawej stronie kominka, to świeca cynamonowa. Namówiła mnie na nią Sheila i nie żałuję. Pali się już ze 40 godzin lub więcej i doszła do 2/3. Zapach nieziemski, aczkolwiek nie natrętny. 
Poniżej, na obudowie paleniska, załapał się do zdjęcia "podręczny zestaw rzeczy potrzebnych mamie malucha". Ma tam swoje miejsce i na razie tak zostanie, bo święta świętami, a pieluchy trzeba zmieniać.


Na środku króluje kryształowy świecznik:




Zachwycił mnie i nabyłam go tuż przed świętami.





Natomiast biała latarenka pali się o zmroku w naszym oknie:



Na wierzchu została urozmaicona bazgrołami w odcieniu brudnego różu. Dokonały tego moje dzieci. Mówi się trudno. Mam nadzieję, że jakoś to zmyję.


A tu kolejna latarenka - ciemny metal, coś jak chrom, choć na zdjęciu wyszła całkiem czarna:



Na pewno jej nie będę przemalowywać, bo podoba mi się w tym wydaniu. 


Z mojego domu wywędrowały dwa koszyki wiklinowe. Odnowiłam je, pokrywając białą farbą dulux. Nie mam zdjęć, bo cały czas powtarzałam sobie, że zrobię je przy następnej okazji. Takowa nie nadeszła. Nagle potrzebowałam czegoś na pierniczki, więc padło na te właśnie koszyki. I tak to sobie poszły, a ja zaczynam poszukiwania kolejnych.

 

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Woda i grzanie wróciło...



...dzisiejszego ranka. O 5 nad ranem usłyszałam huk w rurach, potem dudnienie i szum w łazienkach. Obudziłam Artura i zmusiłam go, żeby poszedł zobaczył, czy nas przypadkiem nie zalewa. Na szczęście nie, rury wytrzymały. To lód w zbiorniku ciśnieniowym zaczął opadać i huczeć. Dobrze, że cały zbiornik nie spadł na nas:)) Około 7 Artur zszedł z dziećmi na dół i włączył ogrzewanie, żeby sprawdzić czy działa. Załączyło się i kolejny huk - lód  schodził z rur - zapewne był wprowadzany w obieg ciśnieniem wody i tak sobie grzechotał. 
Nie macie pojęcia, jaka jestem szczęśliwa, że po 4 dniach temperatur w granicach 8 stopni(na dole) i 11-13(na górze), w końcu jest ciepło!
Za to sąsiad przybiegł dziś do nas z wiaderkami, bo u nich brak ciśnienia i nie mają wody. Mam nadzieję, że wkrótce się wszystko unormuje; dziś termometr w samochodzie pokazywał 8 stopni. Oby tak dalej! 

piątek, 24 grudnia 2010

Zimowego maratonu ciąg dalszy



Jakoś ta zima nie chce od nas odejść. I ja rozumiem, że pięknie, że można robić bajkowe zdjęcia... Uwierzcie, te wszystkie ośnieżone drzewa i krzewy, pokryte szronem krzaki i kamienie, wynurzające się zza zakrętu, albo wyłaniające się zza górki,(bo nawet u nas terenów równinnych nie ma) warte są cyknięcia foty. Tylko jakoś to nie cieszy, kiedy w domu ma się tylko trochę cieplej niż na dworze. 
Próbuję nie narzekać, bo w sumie jest się z czego cieszyć. Przynajmniej dzisiaj, kiedy mam wodę w kuchni. I tylko w kuchni. I tylko lodowatą! Ale jest. Zobaczymy, jak będzie jutro. Jedno co wiem, to to, że te święta zapamiętamy na długo. 
Panowie hydraulicy zapowiedzieli, że będą nam rozkuwać ściany właśnie dziś, w wigilię, ale ostatecznie nie zjawili się twierdząc, że musimy poczekać do poprawy pogody. To czekamy... Dzieci mam zahartowane, więc na szczęście nie chorują nawet po spaniu w tak niskich temperaturach. Dziś w nocy mieliśmy 11 stopni w sypialniach, mimo tego, że grzaliśmy wieczorem elektrycznymi piecykami. Iza ma trochę kataru, ale nie mam pojęcia czy z zimna, czy z powodu zębów. 

Ale co tam zima i brak grzania. Nie jesteśmy sami. W dokładnie takiej samej sytuacji jest Leaanne - która wyjechała z dziećmi do matki, zostawiając dom na pastwę losu i Corina, która grzeje kuchnię i tam spędzają święta:))
W każdej chwili możemy pojechać do Ann i Davida, którzy dzwonią i pytają jak jest i czy aby na pewno nic nam nie potrzeba. Ba, nawet nasi polscy sąsiedzi zapytali mnie dziś(kiedy przypadkowo się spotkaliśmy na parkingu) czy nadal nie mamy grzania? Po trzech dniach! Stwierdzili, że mieli nawet do nas wpaść i zapytać, jak tam, ale jakoś tak wyszło, że nie dotarli:)) Nic to. 

A teraz coś na pocieszenie dla mnie, a do pooglądania dla Was. Choinka tegoroczna zyskała kilka ozdób. Wszystkie są pojedyncze; urzekły mnie swoim błyskiem i czymś, co przypomina mi trochę dawne zabawki na choinkach:




Na szczycie anioł, a wkoło anielskie włosy. Choinka ma prawie dwa metry i jest dość rozłożysta, co stanowi niejaki problem w naszym mieszkaniu. 


Kolibra nie mogłam ując tak, żeby wyszedł ostro. Może za ciemny?
































Najbardziej podoba mi się anioł - ten powyżej i konik na biegunach. Koliber też ma wysokie noty. Artur wybrał choinkę i różowe pióro, dzieciaki oczywiście ptaszki, jelonka, aniołki, ale najchętniej kupiłyby wszystko. 



Pozdrawiam świątecznie z pomalowanej na biało, Zielonej Wyspy

czwartek, 23 grudnia 2010

***



       

środa, 22 grudnia 2010

Zamroziło nas



Tak, tak... Dzisiaj miałam wstawić wpis z życzeniami, ale nie miałam czasu, bo nie było mnie większość dnia w domu. Wyjechałam do Ann, jako że nasze rury od ogrzewania podobno zamarzły i nie możemy włączyć grzejników. Na zewnątrz minus 15 lub coś koło tego, w domu około 11 na plusie... i takie zapowiadają się święta. To znaczy nie tak do końca, bo mamy pożyczone przenośne grzejniki elektryczne. 
Dziś już od rana przychodzili do nas: Mark, David, a potem panowie hydraulicy, którzy powiedzieli, że może suszarką powinniśmy pogrzać rury:)) I padło stwierdzenie, że raczej przed ustąpieniem mrozów nie będziemy mieli grzania. To daje nam czas do połowy stycznie? Może dłużej? 

I tak to się narobiło. 

W każdym razie pomoc sąsiedzka działa. Mark przybiegł wieczorem i przyniósł grzejnik. David dziś ma poszukać u siebie i jutro podrzucić, a Ann ofiarowuje się, że weźmie dzieciaki do siebie. Miłe, prawda? Aż poczułam, że mi cieplej na sercu. 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Zagadka z zębami




Pierniczki powoli się rozchodzą. Obdarowujemy nimi znajomych Polaków i Irlandczyków. Jeszcze tylko ze dwie paczuszki pozostało mi zrobić - dla sąsiadek przez ulicę - i już wszystkie życzenia będą dostarczone.
Tu chyba taki zwyczaj, że sąsiedzi wrzucają sobie kartki - przynajmniej do mnie dotarło już kilka z życzeniami od ludzi z naszej ulicy.


Zabrałam się wczoraj za malowanie ażurowych aniołków i zupełnie przypadkowo wpadł mi taki pomysł do głowy:




Wykorzystałam przy sprayowaniu kolorowe brystole i powstały obrazki. Dwa w jednym: aniołki zyskały na sobie złota farbę(bo ta oryginalna była brzydka), a ja dodatkowe "cosie".

Siostra już nawet wie, gdzie umieści te niby witrażyki. 


Pokażę Wam jeszcze jak Izabelka odpoczywa na psiaku:




A w ręku marchewka:




Niestety taki sielski obrazeczek to już przeszłość. Od dwóch dni Izę coś męczy - zakładam, że to zęby. Trzeszczy i trzeszczy przez cały dzień. W nocy oczywiście też daje do wiwatu. 

Gosi zaczęły się ruszać zęby. Ale co najgorsze, dwie dolne jedynki się ruszają, a za nimi, z tyłu, już widać przeżynające się stałe zęby! Chyba jutro pójdziemy do lekarza, bo jak to tak? Ja się z tym jeszcze nie spotkałam. A Wy coś możecie mi powiedzieć na ten temat?

sobota, 18 grudnia 2010

Wczoraj wieczorem...



... o godzinie 18, poszłam po samochód. Zrobili tak, jak obiecali. Zapłaciłam co prawda trochę więcej niż u innych mechaników, ale nie interesowało mnie kupowanie części, ani nic innego. Samochód daje się do sprawdzenia i wyceny, umawia się na termin i tylko odbiera sprawny. Przy czym mam gwarancję na usługę. 
Wsiadłam do renault i poczułam, jakbym prowadziła inne auto. Sprzęgło chwytało szybko przed remontem, ale teraz to już działa jak ekspres:) Przy czym chodzi tak idealnie gładko. Do tego skrzynia biegów dostała oleju i teraz biegi przekładam jednym palcem bez użycia siły. Co prawda mój portfel jest lżejszy o kilka stówek, ale... bez tego i tak nie miałabym po co jechać na NCT. 

Tak... ale na zakupy i tak pojadę dopiero w środę. Nie ma to jak wszystko na ostatnią chwilę. Jedyne, co mam z głowy, to sprzątanie. Przez cały rok coś tam upiorę, zetrę kurze, czy zmyję i dlatego nie robię generalnych porządków przed świętami. 

czwartek, 16 grudnia 2010

Sama nie wiem...


...jaki dziś dać tytuł, bo tyle się działo. Mniejsza o to. 

 Samochód został odstawiony do warsztatu na ocenę i wyszło, że to sprzęgło. Tylko i aż. Facet jutro z rana będzie miał już części i wymieni całość, jako, że nie opłaca się robić tylko jednego elementu. Koszt pracy wyniesie tyle, ile nowe sprzęgło, ale najważniejsze, że auto jutro będzie zrobione. 


W domu jako taki porządek, bo dziś skończyliśmy przybijanie i przycinanie. Pralnia zabudowana jest półkami i półeczkami. W kuchni, nad lodówką, w końcu zawisła przeznaczona na to miejsce szafka(zdemontowana ponad rok temu po to, aby wstawić lodówkę), na ścianie przybył zegar, w pokoju dziewczyn naprawiony jest już karnisz, powieszone dwie półki i zegar, a w naszej sypialni w końcu zawisło lustro. Zdążyliśmy przed świętami:))


Wieczorem zaś, kiedy już wszystkie trzy milusińskie zasnęły, zabrałyśmy się z Daną za pierniki. 


Są wśród nich dzwonki i choinki...




...bałwanki i jakieś śmieszne postacie...




...serca, motylki, samochody...




...dużo gwiazdek...




...a nawet dinozaury.


A na lampie coraz więcej ozdób suszy się lub czeka na powieszenie na choince:




W tym roku poprawiłam kilka bombek, ale faworytami są te aniołki:



Urzekły mnie swoim ażurem, niestety wykonanie jest beznadziejne!




Każdy z nich pójdzie do poprawki. Dodam kleju i trochę więcej brokatu, bo są miejsca, gdzie odpadł zupełnie. 

Wyjęłam już metalowe dzwoneczki - takie stalowe kulki z czymś w środku. Zawiązałam nitki i Gosia z Moniką oszalały na ich punkcie. Artur był mniej szczęśliwy.


Kiedy tak sobie myślę, ile jeszcze przede mną... a tu znowu idzie zima!!! Dziś w nocy już spadają temperatury, potem będzie tylko gorzej. I tak do stycznia podobno. Znów zapowiadają w radiu, że kto nie musi, nie powinien wyjeżdżać na drogi. A ja muszę! Przez tą awarię wozu nie kupiłam nic. 
Kiedy wyobrażam sobie te tłumy ludzi, którzy w ostatnim tygodniu będą szaleć w sklepach... robi mi się słabo, na myśl, że będę wśród nich. 

środa, 15 grudnia 2010

Dalsze postępy w narzucie



Wyciągnęłam szycie, bo czemu nie? W końcu święta niedługo, nic nie zrobione, a jutro jeszcze samochód idzie do mechanika. Pada sprzęgło. Z tym, że co się dziwić 11-letniemu autu? W końcu zażyczyło sobie wymiany. I wiem, że będzie to nas sporo kosztować, ale mam nadzieję, że to TYLKO sprzęgło. Wstawiamy do Irlandczyka, bo niestety, ale nasz polski mechanik okazuje się chyba nie całkiem kompetentny. Wszystkie francuskie samochody podłącza pod jeden program - dla peugeot'a i w ten sposób sprawdza elektronikę. Wolę nie dawać już tam mojego auta. 

Wracając do szycia...

Połączyłam już wszystkie mniejsze części narzuty w jedną całość i zrobiłam przymiarkę na kanapę, żeby zorientować się ile jeszcze muszę doszyć. 




Poniżej zdjęcie bez lampy:


W trakcie szycia nie wiedziałam, że kwadraty ułożą się w takie fale. Efekt mnie zaskoczył, ale pozytywnie. To mi się podoba w takim szyciu. Teraz czeka mnie zrobienie obramowania. Nie wiem tylko czy wyrobię się przed świętami. 

Oczywiście dziewczyny musiały wypróbować kanapę  z przykryciem:


Narzuta wytrzymała test, to znaczy, że dość mocna jest.

Miałam jeszcze pokazać pierniki, które zrobiłyśmy i pomalowane bombki, ale picassa się zbuntowała i nie ma linków do internetu; nie ma w zasadzie nic oprócz zdjęcia.