wtorek, 30 listopada 2010

świeczki, świeczuszki



Jak co roku o tej porze, uwielbiam zapalać świeczki najróżniejsze. Na przestrzeni tych kilku lat zaopatrzyłam się w potrzebne akcesoria - świeczniki mam na myśli, lampiony, itp.

Na żyrandolu w kuchni, wieczorami, zawisa latarenka:




Nie mam do niej jeszcze ładnego haczyka, więc na razie ikeowski spełnia się w tej roli.

Tak, nie pokazywałam jeszcze tego żyrandola. Po prawie roku od zakupu zawisł w na właściwym miejscu. Nie jest to jego najlepsze ujęcie, ale bałagan na stole nie pozwala mi na nic innego. Żyrandol wisi nad stołem - dość nisko, bo na tym polega jego urok; wadą jest to, że co chwila ktoś strzeli w niego głową. Obstawiamy, jak długo będzie cały.





Na półce w kuchni wisi lampion:



Całe szczęście, że półka drewniana. Do woli można wbijać gwoździ i czepiać bez potrzeby wyciągania wiertarki.




Mało nastrojowe te moje zdjęcia, ale dzieci pałętały się jeszcze i nie chciałam, żeby zabiły się w ciemnościach. Kandelki, jak wiadomo, przesadnie dużo światła nie dają.


Pomalowałam do końca latarenkę:



Stanie na parapecie największego okna razem z innymi dekoracjami.


W kuchni, w białej donicy, próbuje rosnąc hipeastrum:




W chwilach, kiedy Iza jest spokojniejsza, robię coś z dziewczynami:

  

Jest to część potrzebna do stworzenia kart świątecznych. Myślę, że w najbliższych dniach powstanie więcej tego typu rzeczy, bo dziś zamknęli szkoły w Portarlington. Gosia i Monika chyba wściekną się w domu, a ja razem z nimi. 

Dziś zapowiedzieli u nas mocne uderzenia zimna w środę i czwartek. W nocy mają spaść temperatury aż do 10-13st. Jak na nasze domki z tektury to poważna sprawa. W ciągu kilku minionych dni w domu mieliśmy ok.17-18st. Rankiem zeszłam do kuchni, a tam 13st. Grzanie nie pomaga, bo po godzinie i tak jest to samo. Całe szczęście moje dziewczyny przyzwyczajone są do niższych temperatur, ale i tak niezbyt to wszystko przyjemne. 
Do tego czeka mnie podróżowanie do pobliskiego miasteczka - 4 razy przez dwa dni. Letnie opony, śnieg i lód na drodze, noc... Wrażenia niezapomniane. Mam nadzieję, że nie trafię na wariata. Trzeba przyznać, że większość Irlandczyków jeździ ostrożnie w taką pogodę. Do tego pocieszam się, że część trasy przejadę autostradą - tam powinno być lepiej. Zobaczymy. Nie mam doświadczeniu w jeździe po lodzie. Trochę się boję, ale mam nadzieję, że będzie mi dane dotrzeć do domu cało.
Zaczynam się poważnie zastanawiać czy w przyszłym roku nie zafundować sobie kompletu opon zimowych. Jakoś zima w Irlandii przestała być taka łagodna, jak do tej pory. 

poniedziałek, 29 listopada 2010

O Izabeli będzie



Izabela jest pierwszym naszym dzieckiem, którego nikt z naszej rodziny jeszcze nie widział. Stąd tyle jej zdjęć.



Na "bosowatym" fotelu tatusia czuje się jak prawdziwy szef:




Z najstarszą siostrą:




I wszystkie cztery:





Uwielbia siedzieć na swoim foteliku. Zgarnia wtedy ze stołu wszystko co pod ręką:




Ale i tak najlepszym miejscem jest to na podłodze:




Uśmiecha się pięknie:




A tu przygoda z kablem od słuchawek. Najpierw zauważyła, że jest, więc chwyciła...




...potem szarpnęła mocniej - ale była radość....




A tu już ze łzami w oczach po tym, jak oberwała słuchawkami po plecach: 




A zębów jak nie było, tak i nie ma! 

To taka "Iza w pigułce".

niedziela, 28 listopada 2010

Skoro mamy zimę...


...to wyciągnęłam szaliki. W końcu mogłam zrobić im zdjęcia. Szaliki były zrobione latem i był to jeden z lepszych pomysłów. Teraz są jak znalazł. Żeby obfotografować moje "dzieła", poszłyśmy w plener. 


Pierwszy szalik robiony tylko prawymi oczkami, na drutach chyba czwórkach. Sama włóczka - nie mam ani odrobinki, żeby pokazać - była ozdobna sama w sobie. Nie dość, że mieszanka kolorów, to jeszcze poskręcana w pętelki. Zakupiona w charity, bez metki. Wyrobiona do końca.





Myślę, że spokojnie można było robić nawet na drutach piątkach. Mniejsze spowodowałby wrażenie "ukutego" szalika. Włóczka to na pewno czysta wełna - drapie, choć nie tak mocno i pachnie w charakterystyczny sposób. Samo drapanie mi nie przeszkadza, nie jestem na nie uczulona; zapach robi się w pewnej chwili zbyt natrętny. Płyn zmiękczający nie pomógł ani na jedno, ani na drugie.




W cieniu wygląda na ciemny, w słońcu - nabiera blasku:





Kolejny szalik, to raczej szaliczek wczesnojesienny. Ażurowy, ozdobny raczej niż grzejący:



Urzekł mnie kolor nici, głęboki niebieski. W pracy gorszej cholery do tej pory nie miałam. Śliska, rozszczepiająca się na mikroskopijne włoski. Byle jaka nierówność na drutach i już się zahaczała. Klęłam siarczyście, uwierzcie, ale nici wyrobiłam do końca. 4 motki.



Wzór, to ażur, który zastosowałam już chyba milion razy. Wciąż go lubię. 




A powyżej użyta nić. Jej śliskość miała jeszcze jedną upierdliwość - łatwość spadania z drutów. Oczywiście im bliżej końca robótki, tym większa była tego możliwość. Dzieci skutecznie mi pomagały. Dwa razy łapałam oczka. Dziw, że nie dostałam zawału serca podczas tej pracy. 


Ostatni szalik - pokazywany chyba dwa lata temu, latem. Teraz w pełni wykorzystany. Też wełna, ale inna, niż ta w pierwszym. Nie czuję już jej zapachu - prawie:)




Szalik przydałby się dłuższy przy tej szerokości. Można się nim raz owinąć, ale na wiązanie zbyt dużo nie zostaje. Mam ochotę powtórzyć ten wzór, bo miły i łatwy w pracy.



Niestety, do uchwycenia na zdjęciach nie jest już taki łatwy. 


Szalików mam zapas, na chłodniejsze i cieplejsze dni, co nie przeszkadza, że wciąż myślę o kolejnych.

Nie wiem czy zauważyliście, ale na rękach mam "magiczne"rękawiczki - tak określiła je moja siostra. Wszystko przez te dziurki. Grzać, to one przesadnie nie grzeją, ale do jazdy samochodem są idealne i po to je właśnie kupiłam. Kierownica jest zawsze taka zimna, że paluchy mi prawie odpadały przez pierwsze 10 minut jazdy. Teraz jest w porządku. Są na tyle cienkie, że absolutnie nie przeszkadzają mi w prowadzeniu, ale też zabezpieczają przed chłodem.   

sobota, 27 listopada 2010

Biały puch



Tak sobie tu wszyscy o pogodzie rozmawiamy i rozmawiamy(wszak pogoda w Irlandii to ważna sprawa), zastanawiamy się kiedy będzie cieplej, zimniej, kiedy przymrozi, a tu nagle, w nocy, spadł śnieg. Rano było biało. Do tego zaczęła się - przynajmniej w naszym rejonie - mała śnieżyca. Wiało i padało przez godzinę. 

Oczywiście wszyscy na letnich oponach, z mniej lub więcej odśnieżonymi samochodami(raczej mniej) ruszyli na drogi. Ślisko było. Tuż obok mnie terenówka nie wyrobiła się wchodząc w zakręt i przytarła mazdę. Ale wszystko odbyło się na spokojnie. Wymiana numerów ubezpieczeń i takie tam. Tak, zima się jednak zaczęła.

Jeszcze wczoraj udało mi się pojechać do lasu po ostrokrzew. Stąd ten porysowany lakier na samochodzie. Wjechałam w polną drogę(bardzo polną, aczkolwiek służącą do normalnego poruszania się wszelkimi pojazdami) pełną dziur. Dziury były już latem. Wiem, bo tam moja siostra trenowała jeżdżenia na jedynce, a samochód tylko podskakiwał i jęczał:)) Tak więc wiedziałam o dziurach, które teraz powiększyły się, do tego wypełniły wodą i w dodatku jakieś błoto się tam zrobiło... Jak już wjechałam, to nie było, że boli. Wrócić mogłabym najwyżej na wstecznym, bo jak większość dróżek w Irlandii, ta też przeznaczona jest na jeden samochód. Żeby się wyminąć z kimś trzeba pokombinować, uciec w krzaki, wnękę jakąś w żywopłocie; dobrze czasem złożyć lusterka, zwłaszcza, jeśli ma się te droższe. No, ale ja nie o tym. 
Wczoraj nie musiałam nikomu drogi ustępować. Za to, żeby ominąć dziury i błoto, z którego być może bym już nie wyjechała, poruszałam się przy samych krzaczorach. Tylko pisk szedł, kiedy na karoserii powstawały piękne linie. Trudno. Ostrokrzew za to mam i to w ogromnej ilości, a samochód jest po to, żeby go używać. Nie drżę przy każdym zarysowaniu, bo chyba bym umarła po tym, jak ktoś stuknął mnie na parkingu w tylny zderzak tak skutecznie, że odstaje on od reszty maski. Do tego przerysował mnie do białego. Nie, nie wiem kto to, bo efekty zobaczyłam dopiero po powrocie do domu.
Z tym, że tutaj prawie nikt nie przejmuje się jakimiś rysami, czy pogniecioną maską. Zbite szkło? Nie ma problemu. W moim miasteczku policja nie zatrzymuje za takie rzeczy. Wymienisz, jak będziesz mieć czas czy pieniądze. Ale koniec o jeżdżeniu i samochodach. Kilka zdjęć.


Dziewczyny robiły "orzełki" na śniegu:









Iza oczywiście była na spacerze:





Płoty wyglądały niezwykle malowniczo:




Rośliny też:






Odbiegając od pogody... Skończyłam czytać dziesiąty tom serii "True blood" - "Dead in the family". Jestem nią rozczarowana. Autorka już chyba nie bardzo miała pomysł na książkę, a nawet jeśli miała, to słabo go rozwinęła. Zbyt dużo udziwnień jak dla mnie. Skończyłam tylko dlatego, że taki mam zwyczaj.

piątek, 26 listopada 2010

Trzecia z kolei



Wczoraj wieczorem powstała trzecia poszewka. Motyw brązowych kwiatów obszyłam ramką z czerwieni, bo niestety, ale próbka była za wąska o jakieś 1,5-2cm. Tył też musiał być trochę kombinowany, ale wydaje mi się, że całościowo wygląda to dobrze.





Dwa kolory tworzą tył i podobno oba mają pasować do wystroju pokoju, w którym jasiek znajdzie miejsce.



I ostatnie zdjęcie - trzy razem:



...oraz ich tyły - nic szczególnego ani wymyślnego, po prostu czerwień:



Główną zaletą tych poszewek ma być przytulność, miękkość i to wszystko, co najbardziej lubimy zimą. Mam nadzieję, że spełnią oczekiwania.  

piątek, 19 listopada 2010

Pierwszy przerywnik



Dziś uszyłam pierwszą poszewkę na jaśka. Nawet jestem z niej zadowolona. Sama nie wiem czy bardziej z kolorów, czy z faktury materiału. Materiał jest miły w  dotyku - jak to bywa z aksamitem. Natomiast jaki okaże się w użytkowaniu...? Zobaczymy. 


Zdjęcie niestety, ale na płask, bo ja takich jaśków nie mam:




Zrobione z drugiej strony pokazuje "inną twarz" poszewki:




A tył "na zakładkę", bo według mnie jest to dość wygodne w użytkowaniu:
 

Tu już nie bawiłam się w zszywanie z kawałków, bo i czasu brak, i nie ma takiej potrzeby. W końcu to będzie tylko tył poduszki:)

czwartek, 18 listopada 2010

Szycie



Tym razem będzie mały przerywnik od narzuty. Zajawka poniżej:




Zeszyłam ze sobą cztery różne materiały; różne kolorystycznie, a pochodzące z tego samego próbnika. 


Na kolejnym zdjęciu, następne zestawienie kolorów:


Też ten sam rodzaj materiału: miękki aksamit. Jeden gładki, drugi w prążki.


Przymierzam się też do przycięcia tych próbek:


Mięsiste kwiaty... piękne według mnie i wizualnie, i w dotyku.



Skąd mam to wszystko? Otóż w Portarlington babka likwidowała sklep z tkaninami zasłonowymi i obiciowymi. Wszystkie próbniki stały się moją własnością. Musiałam je wypatroszyć z ogromnych, sztywnych okładek, żeby upchnąć na półkach. Materiałów jest bez liku, dobranych  według wzorów, kolorów, faktur. Dla mnie raj:) Już w tej chwili musiałam coś zacząć robić, bo ręce świerzbiły. Niemniej jednak narzuta też powolutku idzie do przodu:)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Przypadkowe znaleziska


Zdarzyło się, że przechodziłam koło charity schop - ale przypadek, prawda? W każdym razie wyszłam na spacer przypadkowo o tej właśnie porze i przechodząc koło wspomnianego sklepu, zobaczyłam na wystawie piękne lustro. Tak trochę bez nadziei weszłam, żeby zapytać o jego cenę. Spodziewałam się, że nawet tam, będzie ono sporo kosztować. Dlaczego? Otóż miało piękną, rzeźbioną ramę(drewnianą) i szkło było grube; widać było, że jest stare, solidnie zrobione. Mimo wszystko zapytałam o cenę. I co? Lustro jest moje:) kosztowało tylko 20 euro. Stoi sobie teraz w sypialni i czeka na powieszenie.



Kolorystycznie pasuje mi prawie idealnie do mebli(tych które dopiero kupię, kiedy Iza wyprowadzi się z naszej sypialni); stoi oparte o ramę łóżka, więc można porównać(łóżko ma kolor ciemny orzech).





Na powieszenie w kuchni czeka też zegar:




Już raz mi wykupili - prawie identyczny, ale teraz udało mi się go "złapać". Jest duży, ma ponad 40cm średnicy. Wpasowuje się w kwiatowy wystrój mojej kuchni. 

Teraz szukam lustra do łazienki na dole. Przydałoby się jakieś niezbyt wielkie, owalne... Zobaczymy.

sobota, 13 listopada 2010

Kolejny pamiętny dzień


Dzisiaj Izabela znudziła się czołganiem po podłodze tudzież bujaniem się na czworaka. Spróbowała czegoś innego. 

Podciągała się na rączkach, podciągała, odpychała ile sił w mięśniach i:




Tak sobie klęknęła... ale to nie wystarczało.


Zaczęła wyginać nóżki...



...wciąż odpychając się rękoma...


...aż w końcu siadła:



...i od razu świat przybrał inne barwy. Jakiś taki ciekawszy z nowej perspektywy. Już nie kontemplujemy sufitu czy barwnych wzorów na podłodze. Już szyja nie mdleje od ciągłego podnoszenia, żeby zobaczyć coś, co jest wyżej poziomu podłogi.

Jakże radosny był ten dzień!