sobota, 31 lipca 2010

Nasza najmłodsza



Nawiązując do mojego bieżnika: dziękuję za Wasze liczne komentarze i rady. Tak, na pewno jeszcze raz będę go naciągać. Próbowałam żelazkiem coś zmodyfikować, ale to za mało. Teraz podejdę do tego spokojnie, bez nerwów, bo nie chcę być sfrustrowaną mamuśką, której coś nie wyszło:) Zobaczymy jaki efekt uzyskam po ponownym krochmaleniu i wtedy jeszcze raz Wam pokażę. Zrobię to jednak za jakiś czas, niech emocje we mnie opadną.


Teraz przedstawiam zdjęcia z serii "minki najmłodszej pociechy":














Zwyczajowo już, odwiedziliśmy Emo, żeby starsze mogły się wyszaleć:



...zaliczając wszelkie drzewa, pniaki, górki itp...


...ja pospacerować, a najmłodsza wyspać:




Siostra jak zwykle szalała z aparatem i oto efekty:



drzewka...



drzewa...



rodzina kaczek unosząca się na grafitowej wodzie...



 

i dostojne łabędzie.


A jutro jedziemy nad morze, do Tramore, w hrabstwie Waterford; podobno ma padać:) Czuję, że plaża będzie nasza.

środa, 28 lipca 2010

Co robić?

Wczoraj ugotowałam krochmal, zanurzyłam w nim bieżnik i zaczęłam rozpinać na łóżku. Już wczoraj wiedziałam, że to nie będzie cudo. Dziś wyjęłam szpilki, położyłam moje "dzieło" na stole i powiedziałam - kur... jego mać! - sorry za słownictwo, ale tak właśnie się czułam i nadal czuję. 


Moja ostatnia praca jest najgorszą ze wszystkich, które do tej pory zrobiłam! Poświęciłam jej tyle godzin i porażka. Nie pasuje liczba oczek - nie pasowała mi już w trakcie robienia, ale pomyślałam, że podczas blokowania to skoryguję. Tak się jednak nie stało. Krzywe jest wszystko i wszędzie: różyczki, pikotki, motyle i środek. Do tego wszystko sie podnosi mimo blokowania. Nie piszę już nic więcej. Zdjęcia same za siebie mówią:





















Chce mi się płakać. Tyle godzin pracy!!! 

niedziela, 25 lipca 2010

Koniec z łazienkami


Dziś mogę się już cieszyć gotowymi podłogami w łazienkach i pralni. Teraz pozostało uporządkowanie bałaganu - wszystko jest wszędzie, jak to podczas większych prac w domu. 


Na dole mamy pralnię i tutaj położyliśmy płytki najciemniejsze:





Na piętrze, podłogi układane były z płytek w dwóch kolorach i różnych rozmiarach w obrębie danego koloru:


Oczywiście są to małe powierzchnie i nie można tutaj wyeksponować całego piękna płytek, ale i tak swój urok mają. 


Najmniejsza łazienka - ta połączona z naszą sypialnią, ma podłogę w jednym kolorze, bo tutaj nie było miejsca na szaleństwa:


W zamian za to, wykorzystane zostały różne rozmiary płytek.

Jestem bardzo zadowolona z wyglądu i z efektu. Praca z tym materiałem była dość ciężka, bo płytki mają około 1cm grubości, może trochę więcej. Ciąć trzeba je było etapami. Docinanie do wszystkich kantów, rurek i innych nietypowych wywijasów, zabrało chyba 3/4 czasu pracy nad podłogami.  


Oczywiście nie wszystko w naszym domu, w pracach przy nim, układa się tak, jak chcielibyśmy. Przykładem tego są podłogi z paneli na dole. Dochodzę do wniosku, że ludzie, którzy to robili albo się nie znali na swojej pracy, albo zwyczajnie mieli w d... efekt końcowy. 
W ostatnim tygodniu podniosły się nam panele przed wejściem do pralni(po 7 miesiącach od położenia). Nie były ani zalane wodą, ani nie podsiąkły, ani w żaden inny szczególny sposób nie zostały potraktowane. Nie są też najgorszej jakości. Za to zostały za ciasno złożone; do tego dobijano je młotkiem. Teraz to wszystko wychodzi, ale też dopiero teraz jestem mądrzejsza o pewną wiedzę. O listwach - skertingach - nie wspominam nawet. Są poobijane, wyszczerbione i źle umocowane. Nie mam sił się już użerać z wykonawcą, więc poprawię je sama, kiedyś... w przyszłości bliżej nieokreślonej. Wiem już też na 100%, że nigdy nie poproszę tej osoby o jakąkolwiek pracę w moim domu. NIGDY. 

Żeby nie było, że tylko tak na smutno, pokażę mój ostatni nabytek:


Duży, pojemny, w sam raz na poranna herbatę.

sobota, 24 lipca 2010

Cisza na blogu


Wydłuża się czas ciszy na blogu ze względu na kilka rzeczy.

Po pierwsze - kładziemy płytki w 3 łazienkach, w zasadzie dwóch i jednej pralni. 

Po drugie - kończę szydełkowe "coś". Jeszcze tylko ukrochmalić i napiąć.

Po trzecie - pracuję w ogródku.

Po czwarte - czytam czwarty tom serii "True blood". Biblioteka zamknięta, ale Artur kupił mi przy okazji pobytu w specjalnym sklepie książkowym w Dublinie. 
Ciekawi mnie czy Nastunia, która odwiedza mój blog, zna ten sklep? Podobno duży(sama tam nie byłam) i zapełniony książkami nowymi - bardzo często sprzedawanymi w promocjach - i książkami z drugiej ręki. Do tego płyty z muzyką i filmami, także  w korzystnych cenach. Artur stwierdził, że gdybym tam weszła, to pewnie pół dnia by mnie szukali, a do tego trzeba by było podstawić samochód, żeby dowieźć zakupioną makulaturę. Dzięki temu przybytkowi nasz zasób książek znacznie wzrósł i myślę, że trzeba myśleć już nie o jednym czy dwóch regałach, ale o trzech. 
Dodam jeszcze, że moja siostra, która miała alergię na książki, czyta już trzecią i nie może się od niej oderwać. Atmosfera działa?:)) 


I właśnie dlatego cisza na blogu wciąż trwa:)

piątek, 16 lipca 2010

Zieleń i kolory



...na Zielonej Wyspie. I w zasadzie nie ma się czemu dziwić: mokro, ciepło, czego chcieć więcej? Moim roślinom nawet ślimaki niestraszne, bo nie są w stanie uszkodzić tej ilości liści. A ślimaków mam na kilogramy:)


Przed domem kolorowo:



Jak widać sąsiedzi wstawili płotek między nami. Sąsiad wpadł na genialny pomysł i pomalował go na czarno, żeby pasował do metalowych przęseł. Osobiście zostawiłabym go w kolorze naturalnego drewna, ale co tam. 


Z drugiej strony naszego wejścia też rośliny szaleją: 


Biały ubiorek zaczyna zarastać wszystko! A kiedy go sadziłam w marcu miał po 2cm wysokości i nie rokował najlepiej.


Jeszcze kilka fotek:


Dokupiłam lobelię  - mieszankę kolorów - i mam nadzieję, że będzie rosła, jak ta ciemnoniebieska.




Dwukolorowe goździki też w końcu zaczęły porządniej wyglądać. 




Ale ubiorek i tak zdominuje wszystko. Dziś już go nieco przycięłam, żeby nie zagłuszał innych roślin.




Natomiast groszek, jak był niefotogeniczny, tak i takim pozostał. Za to pachnie przepięknie.

sobota, 3 lipca 2010

Birr Castle, Co. Offaly


Tydzień temu wybraliśmy się do Birr, niedaleko nas - ok. 60km, w Co. Offaly. 


Dojazd od nas był całkiem prosty, w miasteczku Birr też w zasadzie nie można się zgubić, poza tym kogokolwiek zapytać o zamek w Birr, bez namysłu wskaże drogę. W przededniu naszego przybycia skończył się jakiś festiwal. Właściciele posiadłości wciąż byli jeszcze w zamku. 

Zamek został zbudowany w 1620r przez rodzinę Parsonów, Earls of Rosse(w wolnym tłumaczeniu, hrabiów Rosse; earl był to najwyższy, brytyjski tytuł arystokratyczny) których potomkowie do dziś żyją i pomieszkują w nim, stąd nie jest możliwe zwiedzanie go. Otwarte są tylko ogrody - olbrzymie obszary. 
Po wejściu zakupuje się bilety i w ich cenie jest zwiedzanie muzeum i ogrodów. Wiadomo, dzieci nie interesują się muzeami, więc tę część musieliśmy obejrzeć tylko pobieżnie. Sale poświęcone są inżynierom, naukowcom i ogrodnikom, którzy wykreowali te zielone przestrzenie i zajmowali się nimi przez lata. 




Tutaj uprzejmy pan poinformował mnie, że wejście jest z drugiej strony:) Nie byłam jedyną, która o tym nie wiedziała.


Wewnętrzna brama prowadząca na teren prywatny:




Ponieważ ogrody są rozległe, poustawiano wiele ławeczek opartych o drzewa:



Wielki teleskop - skonstruowany tutaj przez 3 hrabiego Rosse(w rodzinie Parsonów byli naukowcy i inżynierowie) w 1840r:



Widok na zamek z trasy spacerowej - powiewa flaga z herbem - znak obecności rodziny:



Dalej ścieżki wiodą wzdłuż meandrów rzeki Camcor:


...nad którą przewieszają się różne mosty:


Ten zbudowany w 1820r jest najstarszym, kutym z żelaza, mostem w Irlandii.


Po murach zamku wspinają się winobluszcze, róże i zapewne inne pnącza, których z tej odległości nie można nawet rozpoznać:



Z ławeczki miałam widok na piękne jezioro:



Jego wygląd został zmieniony w 19-tym wieku dzięki projektom 2-go hrabiego Rosse:




A tu nasza najmłodsza podróżniczka:



I nasz mały odpoczynek połączony z piknikowaniem:



Potem ruszyliśmy dalej, wzdłuż łąk z dzikimi kwiatami...



...pokonywaliśmy kolejne mostki...



...i schody...



...widzieliśmy wodospad...



...i studnię, której ściany wyłożone są muszlami...



...w taka mozaikę...



...wędrowaliśmy tunelami utworzonymi z gałęzi drzew ...



...oglądaliśmy najróżniejsze okazy drzew i krzewów(tutaj buk)...



...podziwialiśmy kwiaty wodne(grzybienie białe na zdjęciu poniżej)...




...aż taką furtką weszliśmy do "Ogrodu Milenijnego", zaprojektowanego przez matkę obecnego hrabiego, w 1935r, na pamiątkę jej małżeństwa...




Tam powitały nas aleje i alejki:



...dość dziwna - jak dla mnie - rzeźba...



Piękne łuki z grabu:



Urny(w liczbie dwóch) są sprowadzone z Bawarii i liczą około 300 lat:


Z tyłu widać białą ławkę - projektant to Anne - hrabina Rosse. Białe zakrętasy na oparciu tworzą inicjały jej i jej męża Michael'a - 6-go hrabiego Rosse.


Oczywiście przedstawiłam tylko skrawek tego, co zobaczyliśmy. Pokazałam to, co mnie urzekło. Zapewne każdy z Was zobaczyłby tam coś innego, piękniejszego i niepowtarzalnego w jego mniemaniu.