poniedziałek, 28 czerwca 2010

Sobotnia wycieczka



Ostatniej soboty wybrałam się z dwiema starszymi córkami na krótki-długi spacer do Emo. Pogoda była fantastyczna.

Z parkingu weszłyśmy prosto pod kopułę z koron drzew:





Dziewczyny biegały, skakały, obserwowały owady:




Przy tych ogromnych drzewach były takie malutkie:




Powitały nas też kwitnące różaneczniki:



...które przepięknie pachniały...




...ciekawie wyglądały nawet po przekwitnięciu...




...opadłe kielichy zdobiły trawę...




...a te na krzakach nosiły ślady po niedawnym deszczu...





Dziewczyny musiały "zaliczyć" cyprys, czyli wspiąć się między jego konary:






Cyprys wielkoszyszkowy jest naprawdę wielki:



Ja nie potrafię zrobić mu ładnego zdjęcia, bo to, nie oddaje uroku:



Najróżniejsze odmiany jaśminowców:




I Gosia zbierająca ich drobne kwiatki:



W cieniu też coś kwitło, tu np. pierwiosnki:



i naparstnice:



Ale inne kwiaty też znalazły dla siebie trochę miejsca:






"Zadowolona Gosia":



Jezioro prawie całe jest zarośnięte trzciną i skrzypem - to ten bardziej zielony na pierwszym planie:



Łabędzie kąpały się, kiedy przyszłyśmy nad wodę:




Nieopodal rosły grzyby - nie wiem jakie:




Potem wracałyśmy cienistym tunelem, podziwiając widoki obok:



A przy wyjściu pożegnały nas lipy, które niedługo zakwitną:


I tu wywiązała się rozmowa na temat polskiej i angielskiej nazwy miesiąca lipca. Gosia próbuje to wszystko ogarnąć, ale czasem ma problemy. Ciągle i niezmiennie pyta(zarówno ona, jak i Monika) czy u dziadków też teraz jest lato?

środa, 23 czerwca 2010

Ogrodowo


Może i trochę przynudzam z tymi kwiatami, ale jestem zadowolona, że w ogóle coś zaczęło mi tu rosnąć, choć jeszcze wiele pracy przede mną. 

Nasturcje wybujały mi w ciągu 2 tygodni i obecnie troszkę je przycinam, żeby nie zagłuszyły mi wieloletnich roślin:



Na parapecie postawiłam drugą skrzynkę(ryzykując, że Artur ją po prostu zwali, otwierając okno) ze scaevolą, ale o niej później.


Poniżej - piękno nasturcji:






liście pogryzione przez ślimaki; nie sypię jednak granulek, bo nasturcji mnóstwo, a chemia, to chemia.

 



Między nasturcją rośnie Helianthemum:



Dzwonek:




Różne odmiany goździków, w tym jeden pachnący:




A tu nasz frontowy ogród w porannym słońcu:




Bacopa pięknie się rozrasta:



A tu zbliżenie scaevoli - żeby kipiała kwiatami... tego nie mogę o niej powiedzieć. Może jeszcze trzeba dać jej szansę?



Po drugiej stronie ponownie zakwitły pierwiosnki:




Tuż obok nich ubiorek i lobelie oraz kilka goździków:


Groszek pachnący powoli się rozrasta, choć jak na warunki Irlandii, raczej nie szaleje. Za to pachnie niesamowicie. Już kilka metrów od naszego ogrodzenia czuć jego zapach. Fotogeniczny nie jest ani odrobinę:)) 

Zrezygnowałam z ogrodu kwiatowego na tyłach, poświęcając przestrzeń na dziecięce oprzyrządowania. I na dziś to tyle o moich kwiatach 

niedziela, 20 czerwca 2010

Upalna niedziela



Ponieważ Iza wciąż jeszcze jest dość mała, nie wyjeżdżamy nigdzie dalej. Plączemy się tylko po okolicy. 

Dziś(ze względu na pogodę) postanowiliśmy pojechać nad jeziora w Portarlington. Są usytuowane całkiem blisko. Nad pierwszym jest mała plaża:





Tuż obok jezior są torfowiska:



To białe w oddali to nie bawełna:) To kwitnące trawy.












To zapewne od torfu woda nabiera brunatnego koloru:





Dziewczynom oczywiście, ani nikomu z plażujących, nie przeszkadzało to w zabawie:








Idąc brzegiem można zrobić kilka ładnych zdjęć...




...pozachwycać się widokami...




...i dotrzeć do drugiego jeziora:




Obrazki czasem jak z bajki:




To jezioro jest już dużo, dużo większe i o wiele głębsze. Tutaj właśnie są pomosty dla amatorów moczenia kija:





Izabela plażowała z nami, ale w cieniu swojego leżaczka lub namiotu:



Zdjęcie zrobione zaraz na początku, więc jeszcze w rajstopkach i sukience:)


Gosia i Monika dołączały czasem do nas i przez chwilę siedziały na kocyku:







Stwierdziłam, że pojadę tam któregoś dnia na same zdjęcia. Musi tylko być to dzień deszczowy lub zaraz po deszczu, bo dziś kurzyło się niemiłosiernie! Po powrocie samochód pojechał do myjni, ponieważ oblepiony był brunatnym pyłem od czubka dachu po koła. Przed jazdą do domu musieliśmy przetrzeć okna, bo nic nie było widać przez taką zasłonę.