środa, 28 kwietnia 2010

...




Moje pierwsze zdjęcie po porodzie, na które "oficjalnie" dałam przyzwolenie:)) 






Nie zgodziłam się, żeby Artur zrobił mi zdjęcie na porodówce, bo wiem, że po "akcji" wygląda się - delikatnie mówiąc - średnio. Potem też byłam raczej wymięta i zmęczona. Powyższe zdjęcie jest robione z 5-dniową Izą. Obie już wyglądamy lepiej niż na samym początku:)

Ja powoli wracam do jakiej takiej formy. Brzuch mi się wchłania. Ciążę skończyłam z wynikiem 15kg. Wczoraj - tydzień po porodzie - stanęłam pierwszy raz na wadze. Trochę ponad 9 kilogramów zeszło i myślę, że jeszcze schodzi. Potem zostanie zrzucenie tego, co pozostało w nadmiarze:)) Zatem... za jakiś miesiąc lub półtora powoli wrócę do joggingu. 

wtorek, 27 kwietnia 2010

Słońce i perły



Kupiłam jakiś czas temu kolejny sznurek do mojej małej kolekcji:



Sznurek perełek, miałam na myśli(jaka szkoda, że sztucznych).

Świeciło słońce i to skusiło mnie do zrobienia zdjęć. Z wielu, które zrobiłam, wybrałam te dwa.




Mam słabość do tych okrągłych, lśniących kulek. Sama nie noszę ich zbyt często; miałam może dwa razy na sobie. Raczej towarzyszą mi w tworzeniu tła zdjęć, ale też tylko wtedy, kiedy mam na to czas.  

sobota, 24 kwietnia 2010

Monotematycznie



Tak, pewnie przez jakiś czas tak będzie na moim blogu:)





Serdecznie dziękuję za wszystkie gratulacje i życzenia! 



Mam nadzieję, że Iza będzie rosła zdrowo - tym bardziej, że w dniu naszego powrotu Małgosia dostała antybiotyk, a Monika pewnie niedługo zachoruje. Zatem życzyłabym jej i sobie, żeby przetrwała ten czas bez problemów.


Nie pisałam jeszcze tego, że w chwili urodzenia Iza ważyła 3.8kg(następnego dnia waga spadła jej do 3.690). Mierzy 56cm, więc przesadnie długa nie jest, ale też nie mała. Pięknie ssie pierś, więc na tym polu problemów też wielkich nie ma. Oby tak dalej.


Wyszłam ze szpitala zaraz następnego dnia, ponieważ tutaj długo nie trzymają.; można nawet rzec, że krótko:) Tym razem jednak uzbroiłam się w zapas recept na środki przeciwbólowe - nauczona doświadczeniem z poprzedniego okresu poporodowego. I całe szczęście! Kto rodził i miał założone szwy w wiadomym miejscu, domyśla się o co chodzi. Zatem nie czuję się najgorzej, chodzę i funkcjonuję prawie normalnie, gdyby nie pidżama i karmienie. Nocne pobudki jakoś nie dają mi się we znaki. Pewnie kilkuletnie przyzwyczajenie działa na plus. Zaczęłam nawet coś tam dłubać szydełkiem i na drutach. Na pewno też przeczytam sporo książek, bo Iza lubi sobie posiedzieć przy cycu dość długo.


I kilka zdjęć:












środa, 21 kwietnia 2010

Izabela już z nami



Wczoraj, to znaczy we wtorek o godzinie 6.55 urodziłam - razem z Arturem - Izabelę. Do szpitala trafiłam pół godziny przed północą. Wszystko poszło w miarę szybko i sprawnie.




Po południu Artur przywiózł dziewczynki, które były zachwycone i onieśmielone jednocześnie:



A dziś o 14 wróciłam do domu. Teraz przed nami wszystko co najlepsze:))


Ameise, gratulacje dla Twojej Siostry i życzenia wszystkiego dobrego! Jak widzisz, urodziłyśmy z jednodniową różnicą.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Problem ze skorupami



Dziś siostra powiedziała, że teraz ma znów problem z ustawieniem moich skorup. Rzadko już coś kupuję, musi zachwycić mnie kolorem, wzorem, kształtem. Mimo wszystko niekiedy, zupełnie niespodziewanie, coś się trafi. 

Tak było dziś, kiedy dojrzałam w kącie na stoliku kubek:




Z drugiej strony już mniej ozdobnie, ale też uroczo:



Kubek jest raczej z tych mało pojemnych. Takich na "moją" kawę - trochę więcej niż w filiżance, ale mniej niż w wielkim kubasie. Choć trochę słodkie te kolory, to jednak mnie urzekły.


Z zupełnie innej półki jest ta "porcelana":



Artur kupił mi ten spory objętościowo kubek(prawie pół litra) na moje herbaty. Żeby było jasne, to właśnie mój małżonek go zauważył i wybrał(czy to kwestia mocnej czerwieni, która podobno przyciąga uwagę mężczyzn?). Zastąpił w ten sposób dwa inne, które potłukłam we wściekłości - bo to taka moja mała przypadłość. Kiedy mnie ktoś zdenerwuje, podczas dużej kłótni, rzucam kubkami lub innymi tłukącymi się przedmiotami. Stąd nigdy przesadnego nadmiaru na półkach nie mam. Oczywiście nie robię tego podczas drobnych sprzeczek. Muszę być wściekła i wtedy rzucam naprawdę skutecznie, jeszcze nic się nie uchowało po takiej akcji:)




A tu nasz mały, tegoroczny zbiór szyszek - to na jego tle robiłam dzisiejsze zdjęcia:



Są tutaj szyszki z sosny czarnej -Pinus nigra, srebrnego świerku(znanego też jako kłujący) - Picea pungens, Jedlicy(daglezji) - Pseudotsuga menziesii. 

Kiedy zbieraliśmy je - a w zasadzie zbierały Monika i Gosia  - były ciasno zamknięte. Teraz, powoli rozchylają łuski i robią się coraz piękniejsze. Na Boże Narodzenie będą jak znalazł. 

sobota, 17 kwietnia 2010

Slieve Bloom Mountains po raz drugi







Tym razem trochę inaczej. Dziś na samym początku wybraliśmy trasę dla samochodów, to znaczy podjazd między wzgórzami. Trzeba przyznać, że nasz wóz się trochę napracował: raz w górę, raz w dół, prawie na hamulcu, bo przecież za zakrętem zakręt.




Ten brunatno-fioletowy kolor wzgórz to wrzosowiska, które dopiero "ruszają". Sprawdziłam to. Między wrzosami pełno porostów i mchów.




Tutaj widok na jedne z łagodniejszych zakrętów. Myślę, że we wrześniu lub nawet już w sierpniu przyjedziemy podziwiać fioletowe wzgórza. Teraz jeszcze nie mają tego uroku, choć i tak pięknie.



Po dotarciu na parking trzeba się było podzielić. Ja musiałam zostać, bo nie wspinałam się po śliskim zboczu. Za to moja siostra pobiegła na sam szczyt i zaczęła robić zdjęcia okolicy. Artur przeszedł się kawałek z dziećmi, ale drogą, na którą samochód już nie miał wstępu.










Potem był mały posiłek i chwila szaleństwa dla dziewczyn. Biegały między krzewinkami wrzosów, rozchylały je, szukały mchów, porostów i biedronek, których tu było sporo. Ja spokojnie czekałam na ławce:










Następnie zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę wodospadów - nieco większych niż ostatnio. Najpierw wkroczyliśmy w las - dość nastrojowy:



Dziewczynki pytały czy tu mieszka baba Jaga?


I zaczęła się wędrówka przy stromych ścianach i wąskich ścieżkach:





Dziewczynki znalazły nawet "domek elfów" - tam, gdzie widać ciemniejsze plamy, były zagłębienia i tunele, czyli według nich wejścia:




A poniżej płynęła i szumiała rzeka:





Monika oczywiście chciała koniecznie zejść nad wodę, potem tego samego zapragnęła Gosia:



Stałyśmy przy samej wodzie, a Monika podziwiała rozpryski.


Takich zakątków było pełno, niemalże na każdym kroku:








W końcu dotarliśmy do punktu, gdzie można było spocząć, a nawet wymoczyć nogi. Woda co prawda była LODOWATA, ale i tak to zrobiłyśmy: Gosia, Monika i ja:




W ciepłe dni można zejść niżej i się kąpać. Na pewno jednak musi być upalnie.







A woda była taka czysta:



Każdy kamień na dnie doskonale widoczny.


To już ostatnia taka wycieczka w tym okresie. Nie czułam się zmęczona, ale też uważam, że trzeba poczekać aż więcej drzew liściastych zazieleni się. W tej chwili jeszcze nie ma tego uroku. myślę, że za miesiąc będzie już inaczej, a i ja będę w innej kondycji. 



hrabina.ee, sobota, 17 kwietnia 2010

czwartek, 15 kwietnia 2010

Ogródkowo



Dziś trochę o roślinach. Dlaczego? Z kilku powodów:

- zawsze lubiłam kwiaty, więc skoro mam kawałek ziemi, to coś próbuję stworzyć;

- poprawiła się pogoda, trzeba to wykorzystać, skoro już coś mi wyrosło w pojemnikach;

- trawnik przed domem doprowadza mnie do rozpaczy, zatem chwyciłam dziś za szpadel - tak, sama; potem pomógł mi mąż;

- przekopałam kawałek trawnika, bo każdy mnie naciska na poród, więc może to pomoże? Na razie jednak nic się nie dzieje - nadal czekam.


A teraz kilka zdjęć z efektów, które w tej chwili może nie są wielkie, ale to początek.



Przed domem trawnik ma w sobie więcej chwastów, niż trawy. Pasek pod ścianą został ruszony. Potrzebuję więcej ziemi, którą przyniosę z tylnego ogrodu, żeby wyrównać poziom. Póki co postawiłam jeszcze ostatnie kwitnące szafirki - kupione za bezcen:





Szafirki powędrują do ziemi, podobnie, jak krokusy i mam nadzieję, że kolejnej wiosny będzie tu kolorowo:





Z drugiej strony wejścia mała rewolucja, bo wyrzuciłam 4 krzewy. Na to miejsce weszła róża pnąca i żonkile, hiacynty, pierwiosnki:




Tu jest posadzona róża:


Mam nadzieję, że ruszy z rośnięciem, bo wymęczona okropnie staniem w ciasnej doniczce od lutego.


A na tyłach domu mój mały rozsadnik:




Dziś groszek dostał większe doniczki i nadal musi czekać, ponieważ Elen poinformowała mnie, że w następnym tygodniu zapowiadają u nas śnieg i przymrozki. Wolę zatem mieć możliwość wniesienia go do pomieszczenia(choć ostatnie przymrozki niby przetrwał):





I zakupiona dziś werbena:



Mam takie dwie doniczki z werbeną i wielką nadzieję, że będzie rosła, jak u moich znajomych. Pięknie się zwiesza i kwitnie, jak szalona. Choć muszę przyznać, że odmiana różowa(której tu nie znalazłam), była większa i odporniejsza niż czerwona.

To na tyle z wieści ogródkowych. Zastanawiam się czy dzisiejsze kopanie(choć tak skrócone przez męża) pomoże mi i w końcu pojadę rodzić. Już mam dość czekania! Koniec jest chyba najgorszy. Tik-tak, tik-tak i.... nic się nie dzieje.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Zakończone definitywnie








Dziś jakoś się zebrałam i zakończyłam szycie zasłonek. Upięłam falbankę i przyszyłam ją na samej górze. 

Najgorszy był chyba ten etap:



Szycie ze szpilkami. Częściowo szło dobrze, aczkolwiek moja cierpliwość w tej chwili jest mała i w końcu zdecydowałam się dać normalną fastrygę i przejechać maszyną. Fastrygując jakoś się wyciszyłam, podobnie, jak przy układaniu tych zakładek.


Do samego końca nie byłam pewna efektu, ale w sumie zadowala mnie:







Teraz zasłonka powiewa sobie w delikatnym wiaterku wpadającym do jadalni. Moja siostra uznała, że w pewnej chwili tworzyło to taki romantyczny obrazek. 

Teraz mogę iść rodzić:))
hrabina.ee, wtorek, 13 kwietnia 2010

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Slieve Bloom Mountains






Niedaleko nas rozciągają się góry, bardzo stare, choć niskie masywy. Leżą głównie w County Laois, choć zahaczają też o County Offaly.  Znajdują się tam wspaniałe trasy spacerowe, mniej lub bardziej trudne. 
Ze względu na mój stan - 2 tygodnie do porodu - wybraliśmy najkrótszą - tylko 3km. 

Na miejsce dojechaliśmy od Mountmellick. Drogi były malownicze - na zdjęciach robionych z samochodu tak tego nie widać - ale też dość wąskie, co jest tu niemalże normą:






Na parkingu czekają na chętnych małe mapy:


Całego terenu gór i okolic...



... oraz wyszczególnione trasy od naszej strony:

... czyli w tym wypadku 3 szlaki w Glenbarrow: 3km, 7km i 12km.


Już na wstępie - przy samym zejściu na ścieżkę - witają nas dawne, kamienne płoty, obficie porośnięte mchami:





Droga zaczyna biec w dół, co w moim przypadku, jest przyjemniejszym etapem:


Siostra nie omieszkała ująć mnie z moim potężnym, 9-miesięcznym brzuchem.



Wkoło rosną stare bluszcze, czepiające się w zasadzie już wszystkiego:





Potem wchodzimy w las - praktycznie dziewiczy, bo ręki ludzkiej w nim nie widać, albo bardzo umiejętnie wykonała swą pracę:




W dole rzeka Barrow:



A obok nas... drzewa, mchy, głazy:







Mosty na druga stronę były pozamykane, ze względu na osuwające się zbocza - efekt ostatniej zimy. Mogliśmy sobie tylko postać przy nich:





Trochę wspinania i podchodzenia pod wzniesienia było, nie powiem. Siostra zrobiła mi zdjęcie, żeby wszyscy widzieli, jak skakałam po kamieniach:





Prawie na każdym kroku natykaliśmy się na piękne widoki, czasem jak z bajek, czasem, jak z filmowych plenerów. Do tego dochodził kolor soczystej zieleni i rozświetlającego ją słońca:


















Wreszcie dotarliśmy do punktu nr 1, czyli końca naszej trasy. Tutaj można było rozłożyć się na piknik przy drewnianych stołach lub na kamieniach koryta rzeki:










Dziewczyny biegały i chlapały wodą w czasie jedzenia i po posiłku:



Na wystających kamieniach, a może już głazach, tworzyły się małe wodospady:






Mało jeszcze widać tej irlandzkiej zieleni u nas, ale też przyroda ma kilkutygodniowe opóźnienie. Myślę, że na kolejną wycieczkę wybierzemy się w to miejsce już po moim porodzie. Wtedy będzie więcej liści i zieleni, co stworzy nowe, niepowtarzalne widoki. Poza tym wybierzemy się w troszkę dłuższą trasę. 


Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym wpisem. Chciałam się podzielić widokami i tym, co mnie urzekło.  

  
hrabina.ee, poniedziałek, 12 kwietnia 2010