środa, 31 marca 2010

Zakończone i zaczęte



Jak to już u mnie tradycyjnie się dzieje, tuż przed finiszem ciąży mam najwięcej energii i pomysłów. Tylko nie zawsze daję radę wszystko zrealizować. Brzuch nieco przeszkadza.


Uszyłam w każdym razie tetrowe pieluszki - zdjęć nie ma, musicie uwierzyć na słowo. Poprzedni zestaw oddałam dziewczynie, która wtedy była w potrzebie.



Szczęśliwie zakończyłam podkładki na stół:


Najwięcej czasu zajęło mi oczywiście wykończenie i to ostatnich dwóch. W końcu jednak mam. 

Pisanki malowane farbami akrylowymi schną, więc zdjęć jeszcze nie ma.

Siostra dowiozła mi materiał z Polski. Mam zamiar uszyć z niego zasłony na drzwi do ogrodu. Obecnie wiszą tam zasłony w kolorze lnu - strona od pokoju; od strony ogrodu mają biały kolor i na ten zamierzam nałożyć warstwę kwiatową. Następnie właśnie kwiaty dać do wnętrza, a "len" od ogrodu.

Materiał prezentuje się tak:





I w zbliżeniu:


Myślę, że polne kwiaty będą tak samo dobrze pasowały do kuchni z drewnem, jak pasował len.

Materiał jest już pocięty, czeka na zeszycie i wykończenie. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się to zrobić przed porodem, a może nawet przed świętami. 

Wielkich planów na święta nie mam. Nie sprzątam(tak generalnie, od podstaw, bo szkoda mi na to czasu i energii), nie planuję dużo jedzenia(bo z gości nikt nie zawita do nas; mają inne plany: libacyjno-wycieczkowe). Zamierzam natomiast upiec dwa serniki i dwie szarlotki, makowiec i ciasto drożdżowe - dla nas i dla Plunketa, którego mój małżonek spotyka w sobotę. Ja oczywiście jeszcze pojadę do Portlaois ze święconką, a przy okazji zrobię ostatnie zakupy. 
Potem, aby tylko przeczekać święta(w trakcie których przybędzie mi z 10 kilogramów), dotrwać do 14 kwietnia - do urlopu Artura i... mogę już rodzić. 

niedziela, 28 marca 2010

Kolejna wycieczka




W Emo z około 3 tygodniowym opóźnieniem kwitną kwiaty. 


Żonkile zaczęły już pokrywać dywanem połacie pod drzewami: 




Krzewy też przygotowują się do pełni rozkwitu:




Na razie skromnie, czasem po jednym kwiatku...





... lub tylko kilka kwiatostanów...





...ale wszędzie już widać wiosnę...




Odkąd przyjechała siostra, mogę liczyć na dokumentację zdjęciową mojej ciążowej sylwetki:
 













Przyznam jednak, że nie lubię swoich zdjęć z okresu ciąży i mam ich bardzo mało.

piątek, 26 marca 2010

Kolejna wizyta i kolejny skan...




...zaliczony dzisiejszego ranka. No, może nie ranka, ale całkiem wcześnie. Już o 9 byłam zarejestrowana i czekałam na pielęgniarkę. Tutaj taki system(przynajmniej w naszym szpitalu), że najpierw pielęgniarka mierzy ciśnienie, sprawdza próbki moczu, waży, itp. Wszystko wpisuje do karty, a potem lekarz tylko przejrzy wyniki i robi skan. Nie ma badań wewnętrznych!!! 
Dziś, po raz pierwszy w historii moich ciąż, widziałam się z irlandzkim lekarzem(w szpitalu - mam na myśli). Do tej pory zawsze był to ktoś z Indii, Nigerii, Libii, Tajlandii, itp. Nie, żebym miała coś przeciw, bo są tak samo dobrymi specjalistami, jak reszta. To tylko pokazuje, jak duży odsetek obcokrajowców pracuje w szpitalach.

Wróćmy jednak do malucha. Nadal ułożony prawidłowo - głowa w dół. Dziś jednak lekarz powiedział, że wielkość dziecka jest w  normie, a nawet, że może urodzić się mniejsze, niż moje pozostałe. Na pewniaka stwierdził, że to dziewczynka - pokazał mi nawet - wiecie co:)) - choć ja tam za wiele dopatrzeć się nie mogłam. 
Potem pobrali mi krew, żeby zbadać poziom przeciwciał(uroki bycia Rh-, kiedy mąż jest na +) i to wszystko.

Mają nadzieję widzieć mnie za 3 tygodnie. Zobaczymy, bo znajome Irlandki pod szkołą obstawiają, ile wytrzymam:)Wróżą mi do 2 tygodni... może...

I jeszcze jedno - od ponad miesiąca szaleję za rzodkiewkami! Jeżdżę specjalnie po nie do sklepu - nawet wieczorem potrafię wsiąść do samochodu tylko po to, żeby je kupić. Dziennie zjadam 2-3 paczki po 200gram. Dzień bez rzodkiewek jest nie do przeżycia. Dziś w sklepie zabrałam ostatnie 4 opakowania, a dwa dni temu kupiłam 6. Nie wiem dlaczego, ale w tej ciąży mam ochotę na takie rzeczy: w occie i coś pikantnego. 
Na tej podstawie wszyscy oczywiście wróżą, że to będzie w takim razie chłopak, bo tak inaczej się czuję i mam tak różne potrzeby, niż poprzednio. Wychodzi jednak, że wróżby się nie sprawdzą - nie pierwszy raz zresztą, bo począwszy od pierwszej ciąży miałam za każdym razem mieć chłopca(brak plam na twarzy, brak krostek, przebarwień - to niby takie symptomy oczekiwania chłopaka; poza tym brzuch spiczasty czy okrągły, nie pamiętam, bo ja w takie rzeczy nie wierzę) 

Ponieważ jednak wszystko jeszcze może się zdarzyć... czekamy do porodu. Artura szanse na posiadania syna spadły do absolutnego minimum, ale jakoś się nie przejął. Z uśmiechem mówi, że od teraz dziewczyny bawić się będą robotami, mieczami i zaczną oglądać "Gwiezdne wojny", bo on przebierania lalek ma dość.


Mamy już imiona - dla chłopaka oczywiście od początku mieliśmy(od pierwszej ciąży miał być Marcin, no ale cóż... wygląda na to, że jednak nie będzie). Dla dziewczynki też w końcu znaleźliśmy, a było trudno: ładne, polskie, a jednocześnie łatwe dla Irlandczyków. Nareszcie mamy. Jeśli przyjdzie na świat dziewczynka, będzie to Izabela.



Miłego weekendu!

poniedziałek, 22 marca 2010

...




Siostra przylatuje za dwa dni, Sean mnie rozgrzeszył i powiedział, że teraz już mogę rodzić(tak, jakbym miała na to jakiś wpływ), bo osiągnęłam koniec 36 tygodnia. Zobaczymy, co nam czas przyniesie. W sumie dobrze byłoby poczekać, bo Artur ma urlop dopiero od 14 kwietnia(to nasz wybór, nie narzut od góry), ale... 

sobota, 20 marca 2010

Skorupy




Niektórzy z Was wiedzą, że miłośniczką skorup wszelakich jestem od dawna. Gromadzę je ku wielkiemu przerażeniu małżonka, a także ogromnej uciesze własnej. 
Wczoraj nabyłam kolejne. Piękne talerze z niebieskim motywem kwiatowym:





Udało się - o dziwo! - zdobyć cały komplet.



Znalazłam też dwa talerzyki deserowe z motywem bratków:





I jedną filiżankę:




Żeby było ciekawiej, zarówno talerzyki deserowe, jak i filiżanka, są  z Polski. Na talerzykach napisane jest Chodzież, a na filiżance - Miśnia. Ciekawe w czyich rękach zawędrowały na Zieloną Wyspę?


Dziewczynki dostały dwa - według mnie urocze - kubki na mleko(jako, że mleko uwielbiają pić):



Kubki zostały od razu włączone w obieg. Mam nadzieję, że jakiś czas wytrzymają w jednym kawałku.

czwartek, 18 marca 2010

W pośpiechu



Wczoraj był u nas dzień wolny ze względu na święto Św. Patryka. W związku z tym, musiałam szybciutko zrobić coś zielonego dla dziewczyn(ja na szczęście zielony płaszcz mam). Co powstało? Takie małe coś:



Szydełkowe kwiatki, które umocowałam na klamerkach.


Od spodu wygląda to tak:






I jeszcze prezentacja na głowach:












I szaleństwo na placu zabaw:



środa, 17 marca 2010

Ozdobne klamry




Od jakiegoś czasu gromadzę sobie paski z ozdobnymi klamrami. Kupuję je przy jakichś okazjach. Mniej uwagi poświęcam samemu paskowi, bo wiem, że mogę go zawsze w jakiś sposób zmienić czy odnowić. 

Póki co mój mały zbiór wygląda tak:









Ten z odrobiną niebieskich refleksów podoba mi się najbardziej:





Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła je wykorzystywać, bo w tej chwili... sami wiecie. Leżą w szafie i czekają.

poniedziałek, 15 marca 2010

To, co pod sufitem i inne sprawy




Dziś pokażę żyrandol w naszej sypialni. Jeden z nielicznych, który miał szczęście zawisnąć, w przypływie natchnienia mojego małżonka:))









Oczywiście przesadziłabym mówiąc, że tylko to zostało zrobione. Dziś stanęło łóżko dla mojej siostry, a tydzień temu szafa. Niemniej jednak żyrandole zakupione do kuchni i korytarza, leżą w pudełkach, w częściach i mają się dobrze. 

Kolejna rzecz dla mnie bardzo ważna - samochód dostał certyfikat NCT! Mam już papierowy dysk włożony za szybę i mogę spokojnie odetchnąć i jeździć dalej. 


Byłam też na wizycie u pielęgniarki. Wszystko jest w najlepszym porządku. Dziecko leży głową w dół, brzuch opuszczony mocno, moja waga  w normie - 11kg. Końcówka 8 miesiąc - brak opuchlizny na nogach, rękach i tylko coraz mocniejsze ciśnienie w dole - wiecie, o co chodzi:)) Do tego dobry poziom żelaza. Sean powtórzył dzisiaj, że dobrze by było, żebym wytrzymała te dwa tygodnie, a potem...mogę rodzić. Tak sobie jednak myślę, że teraz wszystko "pognało" do przodu, a potem okaże się, że dotrwam do terminu, a może go nawet przekroczę.
Tak naprawdę jednak, wolałabym już urodzić. Nienawidzę bycia w ciąży. Nie lubię tych wszystkich zmian, dodatkowej wagi, nawet jeśli wciąż słyszę, że to normalne. 
I tak muszę przyznać, że tym razem jakoś wszystko idzie lepiej. Ja sama czuję się nieporównywalnie dobrze. Może dlatego, że część tego okresu, to były różne załatwienia, zakupy, jeżdżenie i nie miałam czasu na myślenie o sobie? Dom nas pochłonął. Wiele rzeczy spadło na mnie samą i musiałam to przejść. Dni i tygodnie mijały i tak dobijam do końcówki. Wiele na pewno pomógł samochód - myślę, że to dzięki niemu nie puchną mi nogi - nie mam tak obciążonego organizmu przez chodzenie, a wszystko jest zrobione(przez to jestem spokojna i zrelaksowana). 
Pomóc mogły też moje przedciążowe treningi - bieganie i pływanie. Jogging skończyłam w trzecim miesiącu, a pływanie około piątego i to tylko ze względu na brak stroju. A może też moja dieta jest inna niż kiedyś? Na pewno piję mnóstwo wody, niegazowanej i gazowanej, bo często mam ochotę na bąbelki. Tu muszę dodać, że mój małżonek przestał pić słodzone napoje gazowane, a dołączył do mojej wody i efekty są w postaci utraconych ponad 5 kg! 

Mniejsza o to, co wpłynęło na mój stan, tak dobry obecnie, czekam na wielki finał i mam nadzieję, że nastąpi on już niebawem. 

Tymczasem znikam, bo dziś oglądam w  końcu "New moon" czyli "Księżyc w nowiu".  

sobota, 13 marca 2010

Zakończone






Do świąt Wielkanocy już jestem przygotowana. Serwetka do koszyka gotowa. Ciekawe, czy zostanie u mnie? Jakoś co roku robię te serwetki i wciąż, jak przychodzi co do czego, nie mam żadnej. 




Z rozpinaniem było trochę problemów.Nie chciała osiągnąć kwadratowego kształtu. W końcu jakoś poszło, choć mój brzuszek mi w tym nie pomagał.

Środek to takie małe ananaski, a może tulipany?



Najwięcej problemów było z rogami - ich prawidłowym rozpięciem - i tak naprawdę zrobiłam to tylko prowizorycznie, żeby nadać jakikolwiek kształt:





Jak już mam takie tło, to zaprezentuję moją fiołkową filiżankę - sztuk - jeden:



...i kubeczek fajansowy, z przeznaczeniem na kawę - sztuk dwie:





I jeszcze motyw w lekkim zbliżeniu:

hrabina.ee, sobota, 13 marca 2010

czwartek, 11 marca 2010

Zamieszanie




Po pierwsze padł kabel łączący mój komputer z internetem - znowu piszę od Artura(jak ja nie lubię jego klawiatury).

Po drugie obie dziewczyny zachorowały - a od grudnia było już tak ładnie! Gosia ma kaszel i powiększone węzły chłonne - cały tydzień siedzi w  domu, ale bez antybiotyku! Miała małe krwawienia z nosa; Sean - lekarz rodzinny - stwierdził, że w tym wypadku nie ma się co martwić.
Monika wymiotowała jednej nocy i ma biegunkę, ale też taką w normie, jeśli można to tak określić. W każdym razie siedzę w domu z nimi dwiema i mam ochotę zabić albo je, albo siebie - zależnie od sytuacji.

Przy okazji wizyty z Gosią, zapytałam co mam sądzić o tych wszystkich "przygotowaniach" mojego ciała do porodu? I tu potwierdziły się opinie niektórych z Was i moja - może być przesunięcie 2-3 tygodniowe ze względu na to, że lekarze mają sztywne wytyczne jak liczyć dni ciąży, a natura jest naturą. Sean prosił tylko, żebym wytrzymała jeszcze minimum 2 tygodnie, najlepiej 3, bo wtedy, nawet dla dziecka urodzonego wcześniej, nie ma już niebezpieczeństwa. Zatem, aby tylko wejść w 36 tydzień i wszystko będzie ok, a może nawet lepiej. Dla mnie lepiej, bo jest mi już ciężko - 12 kg na plusie! Pozytywna strona tego wszystkiego - jeszcze nie puchną mi ręce, ani nogi. Nawet pod koniec dnia wyglądają normalnie.

Artur podjął decyzje o urlopie - wysłał już terminy. ciekawe, czy wstrzelimy się z porodem, czy nie? Nawet jeśli nie, to jakoś to przeżyję. W końcu i tak nikt nie urodzi za mnie, a na miejscu mam kilka znajomych, które mogą mnie zawieźć do szpitala, jak już wszystko się zacznie.  

niedziela, 7 marca 2010

Niespodzianka




Jutro idę na kolejną wizytę do pielęgniarki, ale tak naprawdę chciałabym się zobaczyć z naszym lekarzem rodzinnym. Trochę mnie ostatnio dziecko zaskoczyło.

Najpierw nie zwróciłam na to uwagi, ale jednego dnia usłyszałam kilka niezależnych stwierdzeń na temat tego, jak bardzo mi się opuścił brzuch. Kobietki - matki po przynajmniej dwóch ciążach -pytały mnie kiedy mam termin, bo wyglądam jakby miało to nastąpić już wkrótce. Były zaskoczone, że jeszcze 7 tygodni do końca.
Po powrocie do domu stwierdziłam, że naprawdę brzuch poszedł mocno w dół. Nie wiem dlaczego nie zwróciłam na to uwagi wcześniej? W końcu od tygodnia mogę spać nawet na plecach i się nie duszę. Czy nie jest to dziwne? Dla mnie tak, bo będąc w poprzedniej ciąży, od 7 miesiąca począwszy, spałam na siedząco. 

Do tego dwa dni temu zaczęłam odczuwać lekkie promieniowanie w dole brzucha i kręgosłupie. Znam je. Wiem, że to może być tylko przygotowanie do wielkiego dnia, ale... nieco zamętu wprowadziło to w mojej głowie. Niemożliwe, żeby była aż taka pomyłka, bo kalendarz mam prowadzony systematycznie. Chyba, że jednak coś się tam poprzestawiało, coś było inaczej, niż nam się wydaje. Ze skanu dziecko wyszło większe, niż wychodzi z terminu kalendarzowego. Tylko tak naprawdę to nic nie potwierdza, ani nie wyklucza. Pozostaje czekać.


Cóż, bać się nie boję, w końcu to nie pierwsza ciąża i nie pierwszy poród. Artur lekko spanikował i prosi, żebym chociaż do przyjazdu siostry poczekała:)) Myślę jednak, że zwolnię trochę z pracami w ogrodzie, grabieniem, przekopywaniem, itp. i powinnam dotrwać. 

piątek, 5 marca 2010

Zajawka

Takie małe zdjęcie tego, czym się momentami zajmuję, bo dom, płytki i inne rzeczy nie pochłonęły mnie całkowicie. Mam po prostu mniej czasu i chęci na robótki, ale wciąż coś robię.

Oto dowód:




środa, 3 marca 2010

Ogród i płytki




Dla tych, którzy czekają na moje działania w ogrodzie mam krótkie info: w tym roku na pewno nie będę tam nic szczególnego robić. Dlaczego? Otóż mój ogród to ok. 10m kw podmokłego terenu. To coś wygląda mniej więcej tak:




Ze względu na posiadania - już niedługo - trójki dzieci, wszystko przeznaczam na rekreację. Zero roślin ozdobnych, chyba, że w pojemnikach pod ścianą. Oprócz rozrywki, ogród służy jako suszarnia prania i miejsce na kosze na śmieci. Zatem sami rozumiecie, wiele nie podziałam.

Poza tym w tym roku chcę zobaczyć, jak sprawuje się tutejsze podłoże. Jak na razie nie wróży dobrze, bo po lekkim deszczu toniemy po kostki w błocie przez minimum 2 dni. Czeka mnie więc stabilizacja podłoża. Spróbuję z trawą. 
Póki co, po wygrabieniu zeszłorocznych chwastów i śmieci, tony petów, gwoździ i drutów, teren wygląda tak: 



Żywię ogromną nadzieję, że trawa zechce tu rosnąć, choć jak na razie nie ma najmniejszego jej śladu - nawet tej, co się sama wysiewa, jak chwast.



A poniżej dzisiejszy, niespodziewany zakup:




Jak widać: trzy kolory i cztery różne wielkości, z których znajomy będzie układał nam podłogi w pralni i dwóch łazienkach.
 


Choć nieco z zaskoczenia, to jestem zadowolona ogromnie. Płytki są świetnej jakości; wszystkie wzięte z końcówek i wystawek od faceta, który nimi handluje. Dzięki temu zapłaciłam chyba ćwierć tego, co są warte. 
Irlandczyk próbował namówić mnie na marmur(taki prawdziwy), bo też została mu końcówka. I też pasowałby mi do łazienek, ale w marmur nie inwestuję, bo jak na razie, nie przewidujemy pozostania w tym domu do końca życia. 

Po dzisiejszym dniu samochód jest w środku dokładnie uświniony błotem, liśćmi, trawą i nie wiem czym jeszcze. Ale co tam bałagan:)) Grunt, że niedługo będą podłogi tam, gdzie nie śniło mi się, że będą w najbliższym czasie. 

poniedziałek, 1 marca 2010

Początek marca




...i kolejna wizyta w Emo. Dziś wszyscy, jako, że małżonek ma zawsze wolny poniedziałek - taki przedłużony weekend.



Cała przyroda woła, że już wiosna i tylko ranne przymrozki(przynajmniej w naszym rejonie, wciąż nas trochę straszą). Łabędzie zaszyły się w ustronny kącik na wyspie - tam zapewne mają gniazdo - i szykują się na tę porę roku:




Przebiśniegi już przekwitają:


...a słoneczne promienie dają nadzieję zbliżającego się ciepła.



I kilka ujęć, które mi przypadły do gustu:




Pokręcone konary tych drzew tylko teraz są tak dobrze widoczne.





Cichy zakątek z brzozą.





Słońce oświetla zeschłe, rude liście buka, które nie opadły przez zimę.



A poniżej  dwa zdjęcia nad jeziorem. Czy wiecie w którym miejscu przebiega granica z wodą? Co jest nad wodą, a  co już jest tylko odbiciem?