sobota, 27 lutego 2010

Termin



Dziś nasz samochód miał termin NCT. Z samego rana mąż pojechał do Portlaoise, żeby podstawić samochód na testy. 
Wczoraj byłam na myjni, żeby wyczyścić go z zewnątrz, potem z odkurzaczem pomykałam w środku(bo brudny samochód może nie zdać NCT).

Obawiałam się bardzo tych testów, bo auto nie miało certyfikatu od ponad 5 lat. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Bałam się, że wyjdzie jakaś droga naprawa, którą trzeba wykonać i to bez żadnej dyskusji. 

Nasz Renault nie zdał dziś testów z powodu... źle ustawionego przedniego światła. I tylko tyle. Ponieważ w momencie kupowania zapewniono nas, że światła są w porządku, nie sprawdzaliśmy tego. W ogóle nie jeździliśmy do żadnego mechanika i nic nie robiliśmy, wychodząc z założenia, że co to, co jest źle, wyjdzie na testach i to po nich będziemy "odwiedzać" warsztaty.  
Mamy 3 tygodnie na dopracowanie samochodu i dostajemy certyfikat na 2 lata. 


Jestem niesamowicie zadowolona, bo nie spodziewałam się, że to 11-letnie auto śmignie na testach. I co najważniejsze: mam teraz pewność, że jeżdżę bezpiecznym samochodem. Tutejsze kontrole naprawdę to sprawdzają. Nie są robione sztuka dla sztuki, bądź zdzierania pieniędzy(choć pewnie znajdą się i takie pojedyncze przypadki).


Teraz czekamy na mój termin:))

czwartek, 25 lutego 2010

Okno zmieniło wygląd




Wczoraj powiesiłam zrobioną na szybko firankę - krótką, żeby nie zasłaniała zbyt dużo.










Z zewnątrz wygląda to tak:





Zmykam, bo dziecko strasznie kopie, nie mogę wręcz siedzieć.

środa, 24 lutego 2010

Wspomnienie ostatniego lata...




...zatrzymane w małych bukiecikach, leży na moim kuchennym parapecie. 









Za każdym razem, gdy zatrzymuję na nich wzrok, przypominają mi się gorące, letnie dni spędzane na pobliskiej łące. Uświadamiam też sobie, z każdym tygodniem wyraźniej, że to lato będzie zupełnie inne. Z różnych względów.

Będzie trzecie dziecko

Mieszkamy w nowym miejscu

W końcu może zwiedzimy jakiś kawałeczek Wyspy

poniedziałek, 22 lutego 2010

Monika i puzzle




Zupełnie niedawno Monika dojrzała puzzle. To znaczy widziała je cały czas, bo Małgosia wciąż uwielbia układać obrazki i w tej chwili porywa się z nasza pomocą - choć niewielką - na 100 części. A Monika? 

Pewnego dnia wielkie odkrycie! Ona też ma swoje puzzle! I ona też będzie układać! I tak się to wszystko zaczęło. Najpierw 12 elementów, powoli, krok po kroku, próbowała załapać, jak dopasować te wszystkie wcięcia i wypustki, te fragmenty obrazków... to było najtrudniejsze, bo denerwowała się strasznie, że nie pasuje, że puzelek nie chce wchodzić. 
Teraz już siedzi cierpliwie nad obrazkiem 24 częściowym lub nawet troszkę większym. Oczywiście wciąż z naszą pomocą, bo czasem element nie pasuje - trochę krzywo przykłada i w krzyk!

Dziś ułożyłyśmy farmę - 45 części - trudne to było!  








Ostatecznie jednak dziecko zadowolone zakończyło układankę i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, poszło bawić się lego:))


A tutaj nasz zbiór puzzli. Zawsze w miejscu łatwo dostępnym, zawsze gotowy do użycia:


niedziela, 21 lutego 2010

Podkładki pod talerze



Powolutku szyję podkładki pod talerze. 

Około roku temu kupiłam dwa małe ręczniki z kolorowym, bardzo sympatycznym wzorem. Sprawdziłam, jak sprawują się po praniu. Kolor nie schodził, więc postanowiłam je wykorzystać na podkładki. Od planów do jakichkolwiek początków ich realizacji upłynęło wiele wody w rzece. W końcu zabrałam się za szycie. 

Ręczniki przecięłam na pół(na każdej połowie był identyczny wzór), podkleiłam flizeliną i dodałam ocieplinę:











Później docięłam spód:






Pozostało obramowanie. Na początku myślałam o identycznym ze spodem, ale jakoś tak mdło wyglądało to wszystko:





Znalazłam inne płótno i z niego wycięłam lamówki. Wydaje mi się, że teraz wygląda lepiej:





Tak naprawdę efekt zobaczę, jak uszyję całość i położę na stole. Jeśli będzie źle... odpruję lamówki i zmienię na inne. 




Ze względu na zbliżającą się Wielkanoc, przeglądam wzory serwetek do koszyka, bo co roku robię jedną, a potem zmienia ona właściciela. Za moją zgodą oczywiście:))  

sobota, 20 lutego 2010

O urządzaniu domu



Często pada pytanie, ze strony rodziny czy też znajomych w Polsce, jak tam nasz dom i czy już urządziliśmy się? 

Trudno na to odpowiedzieć, bo zależy, co kto rozumie pod pojęciem "urządziliśmy się". 

Nie mamy tyle pieniędzy, żeby pójść do sklepu meblowego i kupić wszystko w jednej chwili. I prawdę mówiąc, ja nie miałabym z tego przyjemności, choć wiem, że są tacy, którzy wprowadzają się albo do urządzonego mieszkania, albo wcale. 
My wszystko robimy powoli. Chcemy mieć czas, żeby na pewno kupić i zrobić to, co nam odpowiada. 
Nie przemalowuję ścian w domu, nie kupuję tapet, bo wiem, że nie mam do końca wyklarowanej koncepcji o tych sprawach. 

W tej chwili zaopatrujemy się we wszelkie półki i szafki, które są nam niezbędne. Ale też wszystko to dobieram sobie według jakiegoś ogólnego zarysu.  

Powoli z pudełek wyciągam to, co kupiłam przez ponad 4 lata pobytu tutaj, a co leżało zapakowane w folie i papiery, gdzieś głęboko w szafach. 

I tak w kuchni, na lodówce pojawiły się dzbanuszki - jeden już Wam prezentowałam; teraz dostawiłam dwa kolejne:















Dokopuję się też powoli do koszyków i koszyczków, drewnianych pojemników... ale o nich napisze kiedy indziej. Dziś jeden z koszyków:




Znalazł zastosowanie w kuchni. 



Czasem denerwuje mnie ten bałagan, czasem chciałabym już mieć te wszystkie szafy i szafki, poukładać rzeczy i mieć nasz "rozpierdzielnik" z głowy. Ale dni płyną i do głowy przychodzą inne, często lepsze rozwiązania, których nie byłabym w stanie wprowadzić na samym początku, a które mogę zrealizować powoli. No bo powiedzcie, gdzie nam się spieszy?


Wiem, że niektóre osoby nie zrozumieją naszego postępowania i sposobu myślenie, ale to naprawdę nie nasz problem:))

piątek, 19 lutego 2010

Był kolejny skan



Udało mi się dziś dotrzeć na usg. Zostawiłam dziewczynki u  koleżanki - Małgosia ma przerwę między semestrami - i pojechałam do Portlaoise. 
Początkowo myślałam, że nic z tego nie wyjdzie - poczekalnia była pełna kobiet już zarejestrowanych i moja godzina 10.00, wpisana w kartę, nic tu nie miała do rzeczy. Poszło jednak nadzwyczaj szybko.
Lekarz zrobił skan i okazało się, że dziecko odwróciło się główką w dół. Ma prawidłową pozycję. Wspomniałam o tym, że ostatnio mnie nastraszyli cesarką, ale lekarz stwierdził, że 2 miesiące to jeszcze dużo czasu na ustalenie ostatecznej pozycji. Na razie jest ok. Podobno maluch jest całkiem spory - tego się nie spodziewałam, bo brzuch mam mniejszy niż w czasie ciąży z  Moniką, a i moja waga jest znacznie mniejsza.
Zapytałam, czy może określić płeć. Poszukał, popatrzył i powiedział... że na 90% to dziewczynka. Nie daje gwarancji, bo nie widać wszystkiego super wyraźnie, ale... tylko się uśmiechnął:))


Cóż, wygląda na to, że...  mój małżonek będzie rodzynkiem wśród kobiet:)

czwartek, 18 lutego 2010

Dwie godziny




Po południu, po dwóch godzinach moich wyczynów kuchennych, stół wyglądał tak:






Ale też za chwilę, po jego sprzątnięciu, na talerzach pojawiło się to:




Dwa pełne faworków talerze po dwóch godzinach pracy, takiej od przygotowania składników, do postawienia talerzy na czysty stół. Czy dużo pracy? Nie wiem. Na pewno ogrom satysfakcji, kiedy dzieci siadły i z zachwytem zaczęły jeść.   

wtorek, 16 lutego 2010

Ważka







Gdzieś, wśród wielu zrzuconych rzeczy na stoliku w charity schop, leżała sobie cichutko zapomniana broszka:






Wygrzebałam też plastikową, błyszczącą  bransoletkę, z której wykorzystam niektóre koraliki:





Przyznam się, że wzięłam ją głównie dla tej jednej różyczki:


Jest pięknie wymodelowana, ma delikatną barwę kości słoniowej. Na pewno kiedyś się przyda.


Znalazłam też śliczny, srebrzysty wisiorek z różą, ale nie udało mi się na razie zrobić mu sensownego zdjęcia, a na byle jakim, traci cały swój urok.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Krzesło



Jakiś czas temu staliśmy się posiadaczami krzeseł:




Są naprawdę solidne, z prawdziwego, ciężkiego drewna.  Sąsiedzi Irlandczycy chcieli się ich pozbyć, więc my je przygarnęliśmy. Bardzo podobają mi się ładnie wytoczone elementy:




Jedyne, co mi w nich nie pasuje, to kolor i siedziska; kolor jest za ciemny do kuchni, a w pokoju dziennym krzeseł nie przewidujemy, natomiast jeśli idzie o siedziska  - łuszczy się materiał z którego są wykonane.





Chcę je zrobić od początku. Już nawet znalazłam częściową instrukcję, jak wykonać taką plecionkę. 


Póki co na siedziskach znalazły się poduszki, które do tej pory czekały na swój czas, leżąc w pudłach:





W niedługim czasie poszukam specyfiku do zdjęcia wierzchniej, ciemnej warstwy. Chciałabym osiągnąć efekt kolorystyczny zbliżony do koloru naturalnego dębu, żeby wpasować meble do kuchni.

niedziela, 14 lutego 2010

Książki




Aby poprawić sobie nastrój po ostatnich przeżyciach, kupiłam książki. Zupełnie przypadkowo, w charity schop, znalazłam całą serię książek Meave Binchy - irlandzkiej pisarki. 
Od Artura koleżanki dostałam dwie powieści tej autorki: "Circle of friends" i "Firefly summer" i tę ostatnią zaczęłam czytać(w tym momencie "Pilot's wife" drugi raz poszła w odstawkę; jakoś nie mogę dobrnąć nawet do połowy, po kilku stronach odkładam). Wciągnęła mnie nie tyle wartką akcją, co stylem pisania; jest urokliwa. Zatem widząc na półce kolejne powieści M. Binchy nie zawahałam się ani przez chwilę. Oto mój plon:




Oczywiście są to książki z różnych serii, ale mi to nie przeszkadza, tym bardziej, że zapłaciłam za wszystko 5 euro:))

Artur dochodzi do wniosku, że w tej sytuacji potrzebne nam będą 3 regały, albo półki na wszystkich ścianach, żeby zmieścić nasze zapasy. 




Od Gosi dostaliśmy takie prezenty z okazji Walentynek:





Dzieciaki robiły w szkole te laurki, oczywiście z pomocą pani. Małgosia z dumą wręczyła nam je w domu, przypisując każdą do osoby: biedronka dla mnie, kwiaty dla taty. Artur twierdzi, że na pewno było odwrotnie:) 



Natomiast temat cesarki i złego ułożenia stanął w cieniu, choć tak naprawdę ja wciąż o tym myślę. 3 lata temu, kiedy miała się rodzić Monika i też była taka sytuacja, jakoś nie przejęłam się tak mocno ewentualną cesarką, bo nie wiedziałam co to znaczy poród naturalny. Teraz wiem i nie chcę mieć cięcia, po którym będę "wyłączona z obiegu" nie tydzień, ale co najmniej 2 lub 3. A tutaj jedno dziecko do szkoły, drugie do przedszkola. Artur może trafi z urlopem, może nie. Ustalać musi go już na początki marca, a jak trafić w termin? Nawet ten z cesarką. To wszystko mnie męczy, ale staram się myśleć pozytywnie. Rozmawiałam z moją babcią, która mnie pocieszała i stwierdziła z ogromnym przekonaniem, że dziecko się odwróci, bo ma czas. 

Zatem... czekamy.

piątek, 12 lutego 2010

Poszłam na wizytę




W końcu trafiłam do pielęgniarki. Wizytę mam za sobą. I co z tego? Czy jest mi lepiej? Nie. Czuję wściekłość!

Trzecie dziecko i trzecie pieprzone ułożenie pośladkowe.

Liczę na to, że dziecko zmieni decyzję i przekręci się głową w dół. Nie chcę mieć cesarki. Miałam jedną i nie chcę mieć drugiej. I to nawet nie o to biega, że jakoś źle dochodziłam do siebie. Nie. Ale nikt mi nie wmówi, że jest się tak samo sprawnemu, jak po porodzie naturalnym, po którym wstałam i poszłam na swoją salę. Po którym mogłam pójść i wziąć prysznic, zająć się normalnie dzieckiem, a nie być uzależnioną od innych.

Reasumując - wizyta dała mi teraz porcję stresu, który mnie nie opuści aż do momentu zapadnięcia jakiejkolwiek decyzji. Dlatego nie lubię w czasie ciąży chodzić na badania. Żeby było fajniej, za tydzień będę mieć spotkanie w szpitalu, potem za dwa pielęgniarka znowu chce mnie widzieć, itd., itd. Poezja! 

czwartek, 11 lutego 2010

Popołudniowa wycieczka




Odebrałam Małgosię ze szkoły i ze względu na piękne słońce, wybrałam się z dziećmi do parku w Emo. Wzięłyśmy ze sobą chleb, żeby karmić kaczki i łabędzie, bo to dla dziewczyn jest wciąż niesamowitą atrakcją. 
Ponieważ jest środek tygodnia, w parku było mało ludzi - można powiedzieć, śladowe ilości. Ptactwo wygłodzone, całe zleciało się do nas.  





Ze starymi łabędziami przypłynęły młode.









Stałam nad jeziorem do ostatniego okruszka. Na koniec przyleciały gołębie, kosy i rudziki. Radości było co niemiara! Na szczęście dla mnie, chleb się skończył:))



Potem poszłyśmy już do samochodu, bo pomimo słońca, było dość zimno. Nie na darmo mamy po - 5 stopni w nocy. W dzień też odczuwa się to ochłodzenie, które napływa do nas od strony Wielkiej Brytanii.


W drodze powrotnej natknęłyśmy się na kwiaty:







Kwitną głównie przebiśniegi, które pokrywają bielą całe połacie. 



Znalazł się też ciemiernik - Helleborus.


Drzewa wciąż są gołe i tylko te iglaste odcinają się zielenią od szarego tła:





wtorek, 9 lutego 2010

Zaniemówiłam




Wczoraj dostałam przesyłkę z Polski.

Kiedy otworzyłam kopertę, zaniemówiłam. W środku znajdowały sie takie cudeńka:



Dostałam je od kogoś, kogo jeszcze nie dane było mi spotkać osobiście. Myślę jednak, że łączy nas ta specyficzna nić porozumienia, a dzięki niej, kiedyś do takiego spotkania dojdzie. Może wtedy, gdy już wybierzemy się do PL samochodem, a nie samolotem? 
W tej chwili mogę tylko powiedzieć: dziękuję! Do tej pory serwetki leżą w jadalni i cieszą moje oczy; przekładam je i podziwiam kilka razy dziennie. Są dla mnie tym bardziej cenne, że ja tej techniki nie opanowałam i nie podejrzewam, żebym w przyszłości się za nią zabrała.


Poniżej najnowszy nabytek:



Dzbanuszek, który będzie pasował do naszej kuchni, w której już niepodzielnie króluje drewno, kwiaty i len.





Natomiast na kominku zagościł hiacynt, który mój małżonek sprytnie złamał, machając kocem. Był przekonany, że kwiat tylko się przygiął pod ciężarem "przeżyć" i za jakiś czas wstanie. Niestety. Kwiatostan musiał być ścięty i teraz kończy rozchylać kielichy w wodzie: