wtorek, 14 grudnia 2010

W skrócie



Święta już niedługo. Zapewne z tego względu zrobiłam sobie mały wielki bałagan w domu. Dlaczego? Otóż w życiu naszej rodziny od zawsze było tak, że tuż przed świętami, ewentualnie jakimiś większymi wydarzeniami, koniecznie trzeba było zrobić coś ważnego. To coś wiązało się z remontem, naprawianiem sprzętu, itp. 
Co takiego ja robię? Zażyczyłam sobie miliona półek w pralni, zdemontowania szafki w kuchni i przystosowania jej od nowa do miejsca jej przynależnego; teraz też nagle wyszła naprawa karnisza, który wyrwały dziewczyny, z tym że tutaj to nic wielkiego: rozprucie kawałka ściany, zagipsowanie i takie tam... Przy okazji powiesimy lustro, zegary, półki. Oczywiście dzisiaj zrobiliśmy tylko połowę. Druga część w piątek, o ile Artur da radę wytrzymać w jednym domu z facetem, który to wszystko montuje.  

Żeby tego wszystkiego nie było za mało: 

- pieczenie pierników(oby wszechobecna wilgoć tym razem przysłużyła się nam i nawilżyła ciastka! choć - - wielkich szans jej nie daję na tydzień przed świętami), 
- wyjazd do Ikei(nie mam pojęcia kiedy go wcisnąć?), 
- wyjazd do wielkiej stolicy hrabstwa na zakupy przedświąteczne... 
...i kilka innych spraw.

Oczywiście NCT samochodu. Termin mam na 4 stycznia, ale już muszę pomyśleć o zmianie oleju, filtrów, sprawdzeniu hamulców i sprzęgła. Muszę umówić się z mechanikiem(sama nie zmienię oleju, nie mam do tego warunków, nie mam co z tym olejem zrobić), a dziś zapomniałam. Nie podejrzewam, żeby przed świętami miał czas, a potem to już chwila i NCT. Na ostatni dzień zostawię sobie tylko ustawienie świateł i niech się dzieje co chce! Albo zda testy, albo będzie powtarzał. Zobaczymy. Oczywiście wolałabym tę pierwszą opcję. 


Dziś Małgosia przyniosła kartki z życzeniami od kilku swoich koleżanek z klasy. Aha! Więc ja czym prędzej muszę gnać do sklepu, żeby postąpić podobnie: napisać życzenia dla nich. Nie wiedziałam, że tutaj tak dzieciaki robią(rok temu byliśmy w PL, więc nie zebrałam doświadczeń).
Sami dostaliśmy kartki od sąsiadów(o tym wiedziałam i jestem przygotowana).


Wiecie co mnie dziś spotkało?
Caroline - matka jednej z przyjaciółek Gosi, a przy okazji moja znajoma - rozwaliła mnie totalnie! Artur zabrał mi samochód. Miałam do wyboru naginać z dwójką dzieci do szkoły, a potem do przedszkola(Monika byłaby tu najbardziej zmęczona, bo dla niej to kawał drogi), albo wziąć taxi. Spontanicznie zadzwoniłam do Caroline, która zawsze przejeżdża koło naszego domu wioząc córkę do szkoły i zapytałam, czy mogłaby zabrać Gosię. Oczywiście się zgodziła. Piętnaście minut później była przed naszym domem i co się okazało? Dziś jej córkę zawiozła znajoma. Ona natomiast ubrała się i przyjechała specjalnie po Gosię, bo chciała pomóc. Byłam totalnie zaskoczona i zakłopotana jednocześnie. Powiedziałam jej to, ale Caroline tylko się śmiała i stwierdziła, że przecież to zabierze jej 10 minut, więc w sumie nic wielkiego. 
Po co to piszę? Po to, żeby pokazać, że jeśli ludzie chcą, to potrafią sobie pomagać i się wspierać. Dzięki temu, że jest nas 6, zawsze możemy liczyć, że któraś będzie w stanie pomóc, że nie zostanie się na lodzie. Czy to nie jest fajne?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz