niedziela, 3 października 2010

Czas płynie...



...dni uciekają, a ja nawet nie wiem kiedy. Wydaje mi się, że wczoraj był poniedziałek, a to już kolejna niedziela. 
Monika od środy była w domu, bo lekko zachorowała. Lekko, to znaczy, że obyło się bez lekarza. Wydaje mi się, że jest trochę lepiej. Oczywiście nie utrzymałam jej w domu, żeby podleczyć, bo albo była Evie, albo Brandon, albo jeszcze ktoś. I oczywiście dzieciaki lądowały w ogrodzie i tam szalały. Może ten tran, brany od roku, jakoś pomaga i kaszel nie rozwinął się w coś innego?

Izabela przy tym wszystkim jakoś się trzyma. Lekki katarek, ale nawet nie mogę na to narzekać, bo dwa dni "pofurkotało" w nosie i przeszło. 

Monika nadal "próbuje" moja stanowczość w przedszkolu. Cały czas powtarza: nie chcę do przedszkola(w tym czasie bierze swój lunchbox, ubiera się i idzie do samochodu), potem próbuje płakać, błagać i... zostaje z większym lub mniejszym(czasem żadnym) rykiem, by po minucie zająć się zabawą. Wiem, bo Corina zawsze wychodzi po mnie i zapewnia, że moja córka już jest zadowolona.

Teraz kilka zdjęć - głównie Izabeli, jako że przed obiektywem uciec nie może:))





Po nieprzespanej nocy - ale takiej naprawdę nieprzespanej. Rankiem dziecko było padnięte.





U cioci na kolanach i z ukochanym smokiem.





Któregoś dnia było chłodniej i założyłam opaskę na głowę. Wyglądała uroczo.




A kiedy się śmieje... trudno nie zareagować. 



I na koniec nasza trójka:




Zdjęć starszych dziewczyn nie mam. To znaczy mam, ale nie takie, które tutaj można wstawić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz