czwartek, 11 marca 2010

Zamieszanie




Po pierwsze padł kabel łączący mój komputer z internetem - znowu piszę od Artura(jak ja nie lubię jego klawiatury).

Po drugie obie dziewczyny zachorowały - a od grudnia było już tak ładnie! Gosia ma kaszel i powiększone węzły chłonne - cały tydzień siedzi w  domu, ale bez antybiotyku! Miała małe krwawienia z nosa; Sean - lekarz rodzinny - stwierdził, że w tym wypadku nie ma się co martwić.
Monika wymiotowała jednej nocy i ma biegunkę, ale też taką w normie, jeśli można to tak określić. W każdym razie siedzę w domu z nimi dwiema i mam ochotę zabić albo je, albo siebie - zależnie od sytuacji.

Przy okazji wizyty z Gosią, zapytałam co mam sądzić o tych wszystkich "przygotowaniach" mojego ciała do porodu? I tu potwierdziły się opinie niektórych z Was i moja - może być przesunięcie 2-3 tygodniowe ze względu na to, że lekarze mają sztywne wytyczne jak liczyć dni ciąży, a natura jest naturą. Sean prosił tylko, żebym wytrzymała jeszcze minimum 2 tygodnie, najlepiej 3, bo wtedy, nawet dla dziecka urodzonego wcześniej, nie ma już niebezpieczeństwa. Zatem, aby tylko wejść w 36 tydzień i wszystko będzie ok, a może nawet lepiej. Dla mnie lepiej, bo jest mi już ciężko - 12 kg na plusie! Pozytywna strona tego wszystkiego - jeszcze nie puchną mi ręce, ani nogi. Nawet pod koniec dnia wyglądają normalnie.

Artur podjął decyzje o urlopie - wysłał już terminy. ciekawe, czy wstrzelimy się z porodem, czy nie? Nawet jeśli nie, to jakoś to przeżyję. W końcu i tak nikt nie urodzi za mnie, a na miejscu mam kilka znajomych, które mogą mnie zawieźć do szpitala, jak już wszystko się zacznie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz