sobota, 31 października 2009

Sukienka



Dziś skończyłam sukienkę:








Nie obyło się bez małych problemów, ale uporałam się z nimi. Przede wszystkim zakładki, które były oryginalnie na górze sukienki, nie współgrały z marszczeniem, które zrobiłam na dodanym, jasnym materiale. Wszystko brzydko odstawało. Zaszyłam więc zakładki. Dzięki temu, że się nie rozchylają, dół sukienki układa się o wiele ładniej. 

piątek, 30 października 2009

Była sobie sukienka



Kiedyś dostałam sukienkę dla Moniki. Jakoś tak się zdarzyło, że nie nałożyła jej w odpowiednim czasie i sukienka zrobiła się za mała. Ponieważ bardzo mi się podobała, postanowiłam teraz coś z niej zrobić. 


W oryginale wyglądała tak:



Rozmiar: 1,5-2 lata.



Po mojej małej przeróbce, będzie wyglądać tak:





Na razie jest tylko sfastrygowana i czeka na zeszycie, co zapewne dziś nastąpi. 

Odcięty dół też będzie wykorzystany, tylko muszę zebrać potrzebne materiały, bo pomysł już mam. 

poniedziałek, 26 października 2009

Jednak ruszyło



Wyjęłam szydełko. Jakoś do tego "narzędzia" mam największe przekonanie. Sięgnęłam po obrobione słupkami kwadraty materiału i postanowiłam zacząć wstawkę z kwiatków. 


Kiedyś zobaczyłam taki bieżnik/serwetkę i zachorowałam na nią:




Postanowiłam, że zrobię coś podobnego, tylko w większym formacie - obrus. Ponieważ mam jakieś blade pojęcie o kolorystyce naszego przyszłego pokoju dziennego, przegrzebałam swoje zasoby materiałów i zaczęłam. 
Jakiś czas temu - dość odległy - raczyłam Was wpisami o cięciu, obrębianiu i obszydełkowywaniu kwadratów. Teraz nadeszła chwila, żeby zająć się tymi kwiatuszkami w środku. 
Dziś zrobiłam i przyczepiłam pierwszy, łącząc tym samym dwa kawałki materiału:





Przede mną pracy ogrom - jakiś milion kwiatuszków, ale też nikt mnie nie pogania, bo nasz własny dom nie zmaterializuje się już w ciągu kilku dni. Zatem, bez zbędnego pośpiechu, a dla przyjemności raczej, będę sobie dłubała te drobinki.


I jeszcze jedno - nasze dziecko dało dwa dni temu pierwszy, namacalny znak swojej obecności. To nie są ruchy oczywiście, ale takie "plumkanie" w brzuchu - tak ja to określam. 

piątek, 23 października 2009

Wymuszona przeróbka



Choć nadal nie mogę szydełkować ani szyć, wczoraj musiałam przezwyciężyć wstręt. Małgosia przymierzyła sukienkę na dzisiejsze przebieranie w szkole. Okazało się, że suknia za krótka chyba około 15cm. 

Zaczęłam szukać czegokolwiek podobnego w moich zasobach materiałowych. Znalazłam złocisty szal z szyfonu. Pocięłam go na pół i przyszyłam do spodniej warstwy sukienki. Efekt nawet zadowalający:




Gosia w każdym razie zadowolona i nie świeci łydkami:))


Może to inauguracja powrotu do robótek? Choć nie podejrzewam.

poniedziałek, 19 października 2009

Nadal bez robótek



Kolejny wpis o tematyce innej niż robótki ręczne. Czas płynie dość szybko i za chwilę umknie mi z pamięci to, co miałam opisać tygodnie temu. 


We wrześniu mieliśmy małą imprezę w Portarlington. Ludzie wylegli na główną ulicę. Były tam przygotowane przez szkoły i kluby prezentacje tańca i muzyki irlandzkiej, pokazy akrobatyczne; było rękodzieło wszelakie, reklamowały się sklepy i sklepiki, robiły małe wyprzedaże. Na placu zabaw przygotowano kilka atrakcji dla dzieci i oczywiście nieśmiertelne malowanie twarzy. 
Gosia, jak zwykle, zażyczyła sobie motylka, natomiast Monika wyszła jako tygrysiątko:




We wrześniu, a nawet teraz, w październiku, wciąż dopisuje nam pogoda. Co prawda częściej już pokropi, nawet spadnie dość mocny deszcz, już noce są zimne, ale mimo wszystko bywają piękne, słoneczne i ciepłe dni.

Małgosia szaleje na hulajnodze:





Oto ranek, kiedy Monika odprowadza siostrę do szkoły:






Monika poczyniła ogromne postępy w samodzielnym jedzeniu łyżką czy też łyżeczką. Cały czas chce sama i sama. Różne są tego efekty ale najczęściej już całkiem dobre.







Ostatniej soboty mieliśmy małą imprezę. Koleżanka z Małgosi klasy - Abby - miała urodziny. Pojechaliśmy do pobliskiego Portlaoise. Tam, w specjalnie przygotowanych salach, dzieciaki miały sporo atrakcji. Polegało to głównie na bieganiu, zjeżdżaniu, wspinaniu się po siatkach, drabinach z lin, zabawach w basenie z piłeczkami, huśtaniu na linach, pomykaniu tunelami, itp. Po 90 minutach szaleństw dzieciaki dostały posiłek i tort. 
Do domu wróciliśmy wieczorem. Wszyscy byli zadowoleni: dziewczyny i ja. Monika i Gosia wyszalały się z koleżankami, a ja spędziłam czas w miłym towarzystwie. 
Przyznam, że zaskoczyła mnie Monika. Była tam najmłodsza, za towarzystwo miała tylko irlandzkie dziewczynki, a mimo to od pierwszej chwili podała rączkę jednej z dziewczynek(której nie znała wcześniej) i poszła się bawić. Przez półtorej godziny nie miałam dzieci. 

Tuż przed imprezą obie moje córki łaskawie dały się uczesać, a nawet pozwoliły zrobić sobie kucyki.













Z ostatnich wypowiedzi najmłodszej chyba najciekawsze jest to, jak wstaje ciut świt, wygląda z łóżeczka i pyta mnie:

- Mamo, jeszcze nie dopiero? 

albo: 

- Mamo, jeszcze nie godzina? - oba zdania mają oznaczać, że jeszcze nie nadeszła pora wstawania. 


Czasem się pomyli i mówi, że "najdobrzej" jej smakuje coś tam.



Małgosia poznaje kolejne literki, uczy się je pisać, nawet polubiła pracę domową od kiedy znalazłam na nią sposób. Na pracę, nie na Gosię:)

Dzieciaki w "juniorach" dostają tu we wtorki zeszyt z wklejonymi kartkami, na których opisana jest literka i towarzyszy jej rysunek. Praca domowa polega na napisaniu po linijce danych literek. Zadana jest od razu na 3 dni(3 kartki z literkami) a w piątek dziecko odnosi zeszyt do szkoły. Nauczycielka zabiera, sprawdza i przygotowuje kolejne prace. 
Kontakt z nauczycielem mamy za pomocą pisanych kartek, tzn. jeśli coś nas interesuje to piszemy i wkładamy kartkę do teczki. Nauczycielka sprawdza teczki i wkłada do nich wszelkie informacje dla nas. Tak to wygląda w sprawach prostych. Jeśli rodzice mają życzenie, mogą się umówić telefonicznie na konkretną godzinę i wtedy poruszyć dręczące ich problemy.  


Nie twierdzę, że taki system funkcjonuje w całej Irlandii, we wszystkich szkołach. Tak jest u nas. Jak na razie mnie to zadowala.

sobota, 10 października 2009

Jeszcze trochę...


...i dobiję do końca trzeciego miesiąca ciąży. Mam nadzieję, że może tym razem nudności nie będą się ciągnęły przez 5-6 miesięcy, jak to było z poprzednimi ciążami. 

Kolejna ciąża i kolejne doświadczenia. Mając dwójkę dzieci, w tym jedno chodzące do szkoły, czasem nawet nie zastanawiam się, że mnie mdli, tylko robię to, co muszę. A muszę wstać raniutko, przygotować Gosi i Monice śniadanie, Gosi dodatkowo kanapki i picie do szkoły, ubrać obie dziewczyny i zawędrować do szkoły. Na szczęście nudności przesunęły mi się ostatnio na późne popołudnia, zatem ranki jakoś znoszę. Na nogi stawia mnie mocna herbata z dużą ilością cytryny. Na kawę nadal nie bardzo mam ochotę, ale wstręt do herbaty na szczęście minął. 
Za to pojawiły się migreny, które towarzyszą mi w ciążach. Już niedługo bo za około 3 tygodnie(gdzieś tak w 4 miesiącu ciąży) wybiorę się na pierwszą wizytę do lekarza(u nas jest to lekarz pierwszego kontaktu, nie ginekolog). Wtedy poproszę go o coś na uśmierzenie bólu.

W tym wszystkim dochodzę do wniosku, że tym razem jakoś mniej dają znać o sobie szalejące hormony. Nie mam takich napaści gniewu, takich huśtawek nastroju. 
Raz co prawda zdarzyło mi się zadzwonić z samego rana do męża i straszliwie, ale to straszliwie, nawrzeszczeć na niego za to, że poprzedniego dnia zbudował córkom domek z klocków lego z jednym wejściem. Dziewczyny zrobiły awanturę w domu, a ja wściekłam się na niego. Potem było mi strasznie głupio, że nie wstrzymałam się kilka sekund z telefonem, ale Artur do dziś śmieje się z domku z jednym wejściem i opowiada o tym kolegom w pracy.

W związku z powiększeniem rodziny planujemy zmianę mieszkania na nieco większe, a w przyszłości też kupno samochodu. Nie wiem jak daleka będzie to przyszłość, wiem jednak, że auto na pewno będzie mi już teraz potrzebne. Szczególnie, kiedy urodzę dziecko, Monika zacznie przedszkole, a Gosia będzie chodziła do szkoły. 


Do robótek wstręt nie przeszedł. Wszystko szczelnie schowane w szufladach. Nawet nadchodzące święta nie mobilizują mnie do niczego. 
Za to zaczęłam czytanie książek. Obecnie jest to "Spuścizna" Singera i "The host" S. Meyer.  Jednocześnie stosik filmów do obejrzenia rośnie i tu niechęć nie mija. Może niedługo? W końcu w listopadzie wchodzi do kin "New moon"...