poniedziałek, 19 października 2009

Nadal bez robótek



Kolejny wpis o tematyce innej niż robótki ręczne. Czas płynie dość szybko i za chwilę umknie mi z pamięci to, co miałam opisać tygodnie temu. 


We wrześniu mieliśmy małą imprezę w Portarlington. Ludzie wylegli na główną ulicę. Były tam przygotowane przez szkoły i kluby prezentacje tańca i muzyki irlandzkiej, pokazy akrobatyczne; było rękodzieło wszelakie, reklamowały się sklepy i sklepiki, robiły małe wyprzedaże. Na placu zabaw przygotowano kilka atrakcji dla dzieci i oczywiście nieśmiertelne malowanie twarzy. 
Gosia, jak zwykle, zażyczyła sobie motylka, natomiast Monika wyszła jako tygrysiątko:




We wrześniu, a nawet teraz, w październiku, wciąż dopisuje nam pogoda. Co prawda częściej już pokropi, nawet spadnie dość mocny deszcz, już noce są zimne, ale mimo wszystko bywają piękne, słoneczne i ciepłe dni.

Małgosia szaleje na hulajnodze:





Oto ranek, kiedy Monika odprowadza siostrę do szkoły:






Monika poczyniła ogromne postępy w samodzielnym jedzeniu łyżką czy też łyżeczką. Cały czas chce sama i sama. Różne są tego efekty ale najczęściej już całkiem dobre.







Ostatniej soboty mieliśmy małą imprezę. Koleżanka z Małgosi klasy - Abby - miała urodziny. Pojechaliśmy do pobliskiego Portlaoise. Tam, w specjalnie przygotowanych salach, dzieciaki miały sporo atrakcji. Polegało to głównie na bieganiu, zjeżdżaniu, wspinaniu się po siatkach, drabinach z lin, zabawach w basenie z piłeczkami, huśtaniu na linach, pomykaniu tunelami, itp. Po 90 minutach szaleństw dzieciaki dostały posiłek i tort. 
Do domu wróciliśmy wieczorem. Wszyscy byli zadowoleni: dziewczyny i ja. Monika i Gosia wyszalały się z koleżankami, a ja spędziłam czas w miłym towarzystwie. 
Przyznam, że zaskoczyła mnie Monika. Była tam najmłodsza, za towarzystwo miała tylko irlandzkie dziewczynki, a mimo to od pierwszej chwili podała rączkę jednej z dziewczynek(której nie znała wcześniej) i poszła się bawić. Przez półtorej godziny nie miałam dzieci. 

Tuż przed imprezą obie moje córki łaskawie dały się uczesać, a nawet pozwoliły zrobić sobie kucyki.













Z ostatnich wypowiedzi najmłodszej chyba najciekawsze jest to, jak wstaje ciut świt, wygląda z łóżeczka i pyta mnie:

- Mamo, jeszcze nie dopiero? 

albo: 

- Mamo, jeszcze nie godzina? - oba zdania mają oznaczać, że jeszcze nie nadeszła pora wstawania. 


Czasem się pomyli i mówi, że "najdobrzej" jej smakuje coś tam.



Małgosia poznaje kolejne literki, uczy się je pisać, nawet polubiła pracę domową od kiedy znalazłam na nią sposób. Na pracę, nie na Gosię:)

Dzieciaki w "juniorach" dostają tu we wtorki zeszyt z wklejonymi kartkami, na których opisana jest literka i towarzyszy jej rysunek. Praca domowa polega na napisaniu po linijce danych literek. Zadana jest od razu na 3 dni(3 kartki z literkami) a w piątek dziecko odnosi zeszyt do szkoły. Nauczycielka zabiera, sprawdza i przygotowuje kolejne prace. 
Kontakt z nauczycielem mamy za pomocą pisanych kartek, tzn. jeśli coś nas interesuje to piszemy i wkładamy kartkę do teczki. Nauczycielka sprawdza teczki i wkłada do nich wszelkie informacje dla nas. Tak to wygląda w sprawach prostych. Jeśli rodzice mają życzenie, mogą się umówić telefonicznie na konkretną godzinę i wtedy poruszyć dręczące ich problemy.  


Nie twierdzę, że taki system funkcjonuje w całej Irlandii, we wszystkich szkołach. Tak jest u nas. Jak na razie mnie to zadowala.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz