sobota, 29 listopada 2008

Troszkę nas oszroniło




Troszkę nas oszroniło wczoraj, dzisiaj... Ochłodziło się znacznie i na pewno temperatury w ciągu ostatnich dwóch nocy spadły do zera, a może niżej. Do tego mgła. Gęsta, biała jak mleko(tu nie przesadzam; widać tylko to, co w zasięgu ręki).


Dzisiaj z samego rana Gosia wyjrzała przez okno i bez namysłu zaczęła wołać: śnieg leży! Niestety, to był tylko szron; dużo go było - to prawda i trawa w zasadzie w całości zbielała, ale... TO TYLKO SZRON. Moja córka przeżyła wielkie rozczarowanie. Koniecznie chciała wyjść na dwór i jeszcze osobiście sprawdzić czy przypadkiem mamie nic się nie pomyliło. Ubrałyśmy się dość ciepło, czapki, rękawiczki, itd. 
W pierwszej chwili dziewczyny były zachwycone!



Biegały po trawnikach i cieszyły się, że trawa szeleści:)




Tupały i "szurały" ile wlezie!




Gosia tłumaczyła coś Monice, kiedy stały pod brzózką.



W pewnej chwili... Małgosia stwierdziła, że jest zimno, że zmarzły jej ręce i że ona już chce do domu!

Udało mi się jeszcze uchwycić kilka rzeczy:



Oszroniony, kwitnący bluszcz...




...jeden z naszych zimozielonych krzaczków...




...i przybrane lodowatą bielą opadłe, brązowe liście.


Gosia do końca dnia nie chciała wyjść na spacer - nawet krótki. Powiedziała, że jak pojedziemy w lutym do dziadków, to ona nie chce chodzić po śniegu, bo jej "ręce odpadną" - to jej słowa.



Dowiedzieliśmy się ostatnio z mężem, że nasza córka w przedszkolu mówi po angielsku. Może mówi, to takie mocne słowo, ale pani opowiedziała, jak Małgosia wybiera co chce do picia, jak określa rodzaj soku. W domu natomiast nie chce słyszeć tego języka. Czasem tylko zapyta, jak coś nazwać po angielsku i tyle. 

Od czasu do czasu odwiedza nas w domu Charlotte ze swoją 6-letnią córką. Wtedy zdarza się Gosi, że powie do mnie "thank you", albo "look mama" - żebym spojrzała na coś. Obie z Charlotte podziwiamy, jak dzieci bawią się razem, dogadują, tak naprawdę nie znając języka. Zupełnie im to nie przeszkadza. 
A najlepsza jest Monika, która zapytana przez kogoś po angielsku z zapałem kiwa głową i robi bardzo mądrą minę! Dla niej język to nie problem:)


Na zdjęciach niżej pokazuję Wam, jakie może być zastosowanie najzwyczajniejszej korony:



Wynalazek Moniki.



Chyba dość dobrze się sprawdzał, bo chodziła z ta koroną na głowie bardzo długo.

Od około trzech dni Monika całuje z głośnym cmoknięciem. Mało tego, robi to w odpowiedniej chwili. Na przykład wtedy, gdy o 4-5 nad ranem idzie do mnie do łóżka i chce "cycy". Tak, bo moja Monika wciąż nie może rozstać się z piersią. Powoli ją odzwyczajam, ale 3-4 razy dziennie musi sobie posiedzieć, possać i poprzytulać się. Podobnie nad ranem. Kładzie się wtedy obok mnie, po czym podnosi, opiera na łokciu i cmoka mnie w policzek. Następnie układa się na poduszce i mówi"cycy". Rozczulające!


Małgosia jako starsza siostra często staje na wysokości zadania i kiedy Monika uderzy się, upadnie, pomaga jej wstać i pociesza: nie martw się, wszystko będzie dobrze. Głaszcze Monię i powtarza: już nie boli, prawda?

Ale kiedy starsza siostra nie ma humorku... potrafi klepnąć Monikę czy nawet odepchnąć ją. Ta zaczyna płakać, biegnie do nas i woła "gogo" - to znaczy że Gosia coś jej zrobiła(już nie jest taka bezradna). Coraz częściej sama Gosia przyznaje się do tego. Raz powiedziała mi z rozbrajająca szczerością: "mama, ja natrzaskałam Monikę, ale tylko trochę". 
Czasem chciałoby się parsknąć śmiechem, a trzeba zachować powagę.


Wpis trochę długi ale z dedykacją dla Rodzinki i Przyjaciół.

środa, 26 listopada 2008

Przynajmniej jedno...








...zostało skończone:



Przód




Tył


Monika nie chciała pozować, więc zdjęć nie będzie, bo szyjogrzej dziś "poszedł" do dziecka koleżanki. Przymierzyła i okazał się dobry. Całe szczęście. Ona jest zadowolona, ja jestem zadowolona. Czego więcej trzeba?

poniedziałek, 24 listopada 2008

Inspiracja z netu



Aktualny dopisek:

Znalazłam to wiele lat temu - jesli ktoś zna źródło, czy mógłby się ze mną podzielić? - zakochałam się i wciąż trzymam na dysku




Kiedyś znalazłam w sieci(nie wiem na jakiej stronie - nie pamiętam, nie zapisałam tego, a szkoda) taki komplet:



















Zakochałam się w nim, choć nie umiałam nawet połowy tego, co umiem teraz. Skopiowałam opis i czekał. Czekał cierpliwie do tej pory. Dziś go wydrukowałam i zamierzam sobie poczytać i się w niego bardziej zagłębić.

To tak na wszelki wypadek, gdyby mi się wszystkie robótki pokończyły i gdybym nie miała już książek do czytania:))

czwartek, 20 listopada 2008

Kilka rzeczy w jednej chwili...








... czyli normalne życie maniaczki igieł, drutów i nitek.


Po obejrzeniu bluzeczki, którą zrobiła Lucille,(notka z 28 września tego rokuna jej blogu) naszła mnie ogromna ochota na taką samą. Może nie identyczną - moja włóczka ma srebrną nitkę:) - ale niezwykle podobną. Ze względu na brak czasu mam na razie zrobiony tył i kawałek przodu:




Niestety, za późno nauczyłam się odpowiedniego robienia pikotków na drutach. W związku z tym mam takie coś na dole:



Mam na myśli ten rządek z gęsto usianymi dziurkami.

W chwili obecnej muszę to po prostu ładnie podszyć, a mogłam najzwyczajniej w świecie przerobić na drutach z właściwym rządkiem... Cóż, następnym razem będę mądrzejsza. Chyba.


Kolejna rzecz, która mnie skusiła, to szyjogrzej:




Robię go dzięki Maknecie. Na jej blogu znajdziecie przepis. Ja go troszkę zmodyfikowałam - dałam jeden warkocz na środku(ale z identycznej liczby oczek) i tył już robię bez warkocza, same paseczki. Przez to wyjdzie troszkę większy od przodu, ale chyba minimalnie.


Zaczęłam też łączyć włóczkowe łatki i robię taki patchwork z próbek wzorów, włóczek, itd.:



Przy okazdji mam nadzieję nauczyć się pięknego zszywania poszczególnych części. Nadzieja nadzieją, zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak widać, zdjęcie ponure ale u nas dziś troszkę pochmurno.


Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć haftu:



Obrazek z Cross Stitcher. Rok temu wyszywałam podobnego misia. Siedział na dachu.
Całkiem przyjemna praca.

Oczywiście mam zaczęty kolejny obrazek z serii miniatur, ale tam nie ma nawet czego pokazywać.


Jakiś czas temu poddałam pudełka pewnej metamorfozie - na razie to jej początek, bo wciąż szukam ładnego papieru do wykończenia:



Pudełka zostały przycięte i oklejone kilkoma warstwami szarego papieru pakowego i kleju z mąki. Dzięki temu są niezwykle twarde. Jak widać "wersja tymczasowa" ma się nieźle i jest już w użyciu. Niemniej jednak, jak tylko znajdę odpowiedni papier, to wykończę pudełka. 

Tak mnie naszło





O tym, że jesień do nas zawitała, pisałam już dawno. Tyle tylko, że tutaj, na Zielonej Wyspie, jest ona inna. Przynajmniej dla mnie. 
Mocna, nasycona zieleń w zestawieniu z żółknącymi i opadającymi liśćmi. Ta zieleń towarzyszy nam przez cały czas. I przez nią właśnie inaczej odbieram tutejszą jesień, choć przecież drzewa bez liści już mamy:





Tylko częste deszcze i wiatry powoli wzbierające na sile, nie pozwalają zapomnieć o jesieni. I o tym, że zagłębiamy się w nią coraz bardziej. I jeszcze pozostałości po kipiących kwiatami begoniach, ustawione w koniakówkach na parapecie:



One też przypominają, że to koniec lata:)


Dlatego taka mała rzecz nie opuszcza miejsca na stole:



Nie jest to kominek zapachowy tylko taki zwyczajny.


Wieczorem zapalam świeczkę i...:



...jest światełko.

Okna w namalowanym kościółku i domach nagle rozświetlają się i wszystko razem tworzy nastrój spokojnych, cichych wieczorów. Wieczorów, które spędzam z mężem; wieczorów, podczas których czytam, bądź dziergam... Wieczorów, których nie zamieniłabym na inne, bo takie uwielbiam. I tego nie rozumieją moi znajomi z Polski i chyba nigdy nie zrozumieją.

piątek, 14 listopada 2008

Szydełko






Od jakiegoś czasu pracuje u mnie szydełko. Niezbyt dużo, tylko troszkę, kiedy mam chwilę.


Powoli robię śnieżynki, bo potem okaże się, że z niczym nie zdążę. Do tej pory wyszydełkowałam tylko kilka:





















Jak widać nie są usztywnione, a tylko rozpięte szpilkami - Monika bardzo mi w tym pomagała, co na niektórych zdjęciach widać.


A tu jeszcze taki mały fragmencik:




To zaczątek motyla do bieżnika. Podejście trzecie lub czwarte, już nie pamiętam dokładnie. Sama byłam ciekawa efektu i dlatego dziś rozpięłam na szpilkach ten kawałek robótki. Jeśli mam być szczera, to nie podoba mi się on tak, jak kiedyś. Może spodziewałam się czegoś lepszego

sobota, 8 listopada 2008

Zasłonki w starym mieszkaniu



Nawet nie zasłonki, a takie "zaślepki" na okienka nad drzwiami.


Dwa dni temu wyciągnęłam maszynę do szycia:




...i skończyłam zawieszki nad drzwi w naszym korytarzu:





Ponieważ nad każdymi drzwiami mamy okienko, w sypialniach zawsze było jasno, kiedy ktoś zaświecił światło na korytarzu albo w łazience. "Zmontowałam" takie niby zasłonki - na wysokość okienka i ponad rok czekały na doszycie tego białego marszczenia. W końcu się doczekały:)

Pracy było na pół godzinki - zasłonek sztuk 8.

Dzieciowato i jesiennie



Nie wiem czy pokazywałam już, jak moje dwie pociechy siedzą przy jednym, małym - za małym dla nich obu - stoliku:



Będą się cisnąć, przepychać, nawet płakać ale nie zejdą:)


A tu kolejna zabawa, która najczęściej jest wspólna i podczas której toczą boje - niekiedy zaciekłe, do pierwszych łez:



Monia ma w rączkach dwa ludziki, którymi "chodzi" po domku i okolicach i coś im opowiada, czasem śpiewa. 




Przez okno też można wchodzić, prawda?

Ta zabawa jest jednym z przykładów, jak Monika naśladuje Gosię. Wiele razy nie rozumie co robi ale papuguje. Ostatnio zaczęła przynosić mi skarby "na niby", pokazywać, że w korytarzu jest wilk lub potwór, którego obie się boją i przed którym uciekają, itp.

Od 3 miesięcy Monika nie śpi w ciągu dnia. Tylko czasem pada, kiedy jest wyjątkowo zmęczona. Na początku byłam tym bardzo zaskoczona, bo niespełna półtoraroczne dziecko i nie ma ani jednej dziennej drzemki! Teraz już przywykłam. Niemniej jednak miło, kiedy mam taki widok przed oczami:



Nieodłączny miś:)






Ponieważ ostatnio mieliśmy wyjątkowo ładną pogodę - jak na tutejsze warunki - zrobiłam kilka zdjęć podczas spaceru:











Liście, liście! Wszędzie liście, które szeleszczą tak zachęcająco, które bierze się garściami, po których się biega...




Trochę zieleni też mamy.




I oczywiście jesienne bukiety, które zbierają obie i wręczają każdemu. Nie tylko nam, rodzicom ale także osobom, z którymi rozmawiamy. Sąsiedzi wracają do domów z pękami żółtych liści, czasem z gałązkami lub patykami:) 

piątek, 7 listopada 2008

Coś, co czekało...




... cierpliwie od ponad roku. 

Dwa dni temu wyciągnęłam maszynę do szycia:




...i skończyłam zawieszki nad drzwi w naszym korytarzu:





Ponieważ nad każdymi drzwiami mamy okienko, w sypialniach zawsze było jasno, kiedy ktoś zaświecił światło na korytarzu albo w łazience. "Zmontowałam" takie niby zasłonki - na wysokość okienka i ponad rok czekały na doszycie tego białego marszczenia. W końcu się doczekały:)

Pracy było na pół godzinki - zasłonek sztuk 8.

czwartek, 6 listopada 2008

Dla koleżanki




... a właściwie dla jej dzieciaczka - chłopczyka. 


Miałam tylko takie włóczki, więc coś tam wymyśliłam:












Wzór... nie ma w zasadzie wzoru, bo czapka to ściągacz 2x2 i dalej gładki. Paski układaja się tak, jak mi przyszło do głowy w trakcie pracy. 

Myślę, że jeszcze zrobię sznureczki do wiązania. Tylko wciąż zastanawiam się, czy zrobić je granatowe czy niebieskie, a może też w paseczki, jak czapka? I nie mogę się za bardzo zdecydować czy szydełkiem(są według mnie sztywniejsze i przez to może mniej wygodne dla malucha) czy na drutach do skarpet(powstaje rureczka, która jest milsza w dotyku).


A tutaj czapeczka, którą kiedyś pokazywałam tylko na balonie:)









Czapka jest dla Gosi, ale Monika uwielbia ją zakładać, nawet jeśli spada jej na oczy.

Mieszanka



Skończyłam kolejnego Dropsa: 





Pojechał do Polski.

Zaczęłam bluzeczkę na drutach - już mam przód. 

Od czasu do czasu dłubne krzyżyki - mam dwie kartki na święta - w zasadzie ich namiastki:













Obrobiłam sweterek trawiastą włóczką - tylko mankiety i kaptur - i zmieniłam guziki:






 


I nieprzerwanie robię bieżnik irlandzki - już zaczęłam motyle z obrzeżem.